– 137 –

Za oknem zrobiło się szaro i ponuro. Dokładnie tak, jak w mojej głowie. Kolory nie są mi do niczego potrzebne. Czasem są zwykłą stratą czasu. Niczym więcej.

Czasem posiadanie żwawego, małego kocurka ma sens. Ma sens tym większy im bardziej kocurek zainteresowany jest pomocą w pisaniu na klawiaturze. Dzięki czterem łapkom kocurka idzie w niebyt wszystko to, co w niebycie, zdaje się, powinno pozostać.

Cztery łapki spacerujące po klawiaturze zostawiły tylko pierwszy akapit. Dobrze tak. Reszta była bezsensownym chaosem, który niczego nie wnosił. Nigdzie nie prowadził. Kolejną klatką moich myśli.

Tym co najlepiej mi w życiu wychodzi, to skupienie się na rzeczach wymiernych. Przyziemnych, z pozoru mało znaczących. Na tu i teraz. Więc tym się zajmę. Chociaż Pani A. twierdzi, że to błąd i uciekanie, że to unikanie zmiany w myśleniu, w czuciu… Być może ma rację. Dopuszczam takie podejście. Jest to możliwe. Codzienność, ze swoją wymiernością, zatrzymuje mnie w miejscu, ale też daje poczucie bezpieczeństwa.

W tym wszystkim zabawne jest to, że to co lat temu kilka mi przeszkadzało, co doprowadzało mnie do poczucia wściekłości, dziś jest tym za czym się chowam. Tak. Poczucie bezruchu i stagnacji kiedyś bardzo mi doskwierało. Dziś, dziś jest tym czego kurczowo się trzymam. W sumie nic więcej nie mam po za całym tym „dzisiaj”. Przyszłość jest tylko złudzeniem, marzeniem, nadzieją. Przeszłość… wciąga niczym czarna zimna otchłań…

 

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.

– 121 –

Tak sobie myślę, że życie jest jakie jest, i że wielu rzeczy w nim nie uda mi się zapewne zrozumieć, a jeszcze mniej poznać, więc nie staram się pojąć i zrozumieć wszystkiego. Staram się egocentrycznie skoncentrować na mikro świecie i chyba na prawdę dobrze mi idzie. Myślę, że są tacy, którzy stwierdzą, że za dobrze.

Kolejna zabawa internetowa, pseudo test na połączenie świadomości z podświadomością i nadświadomością. Krąży tego po sieci na pęczki i w przeróżnych wydaniach, nie ma więc nad czym się rozwodzić kiedy idzie o treść. Kiedy jednak popatrzeć na to, że jeden z punktów wskazywał aby wymienić 5 osób dla ciebie ważnych i okazało się, że w tym miejscu byłam w stanie wymienić tylko jedną osobę… nieco się przestraszyłam w pierwszym odruchu. No bo jak to, nie mam bliskich osób?

Otóż, prawie nie mam. Właściwie to nie mam zupełnie. Nie takie, o których myślę w „zabawie”. Jest Młody i tyle. Reszta jest poza kategorią. Poza jednak można być na wiele sposobów. Można być ponad i poniżej oraz w środku. Młody jest we wszystkich obszarach, reszta ludzkości dla mnie funkcjonuje poniżej, a grupka powyżej jest bardzo hermetyczna i kameralna. Przyznam jednak, że w ostatnich latach skurczyła się ta grupka dosyć mocno, choć nigdy nie była wielkim tłumem.

Nie mniej jednak, tak mnie na refleksje naszło i wychodzi mi z tych refleksji, że te kilka lat wstecz zostawił po sobie o wiele dotkliwsze zgliszcza niż mnie samej się wydawało. Zdecydowanie, od 3 lat odsuwam wszystkich od siebie. Trzymam na dystans. Bez szczegółów, bez spoufalania, z upodobaniem do ciszy.

Nie ma ludzi, jest cisza. Czasem, z rozpędu, mam chęć coś powiedzieć, zadzwonić może. Zamieram w pół myśli, odkładam telefon. Nie mówię, nie dzwonię, nie rozmawiam. Chełbię ciszę. Cisza jest spokojna, stabilna i bezpieczna. Cisza nie boli, a ludzie bolą. Niektórzy bolą bardziej od innych, dlatego potrzebna jest cisza. Bez niepokoju, bez nadziei trudnych do realizowania, bez złudzeń, bez goryczy, bez cierpienia. Cicha, spokojna, bezpieczna.

Temu wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jedna myśl. Myśl, że doszłam do punktu, w którym ja najzwyczajniej i całkiem po prostu NIC NIE MUSZĘ. Nic nie jestem nikomu winna, niczego od nikogo nie oczekuję, nie mam bezwzględnie wymagalnych zobowiązań wobec innych osób. Nie topię się w tych wszystkich wypad – nie wypada, powinnam – nie powinnam. MOGĘ WSZYSTKO. Mogę to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mogę tak jak mi odpowiada, bez konieczności dopasowywania się do cudzych roszczeń, oczekiwań, ramek.

Tylko, że to wszystko to jedno, bo móc, to jeszcze nie znaczy chcieć. Więc siedzę i tak się zastanawiam nad tym moim chcę – nie chcę. Bo chcieć, to dawać. Dawać siebie i z siebie, ale ja już nie mam co dać. Wszystko zostało zabrane, sporo z tego zmięte i wywalone, jako zbędny balast. Więc teraz nie mam już co dać. Dlatego siedzę sobie tu gdzie siedzę tak cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bezproblemowo. Bez konieczności dawania, ale też bez konieczności brania. Żadnej wymiany. Jak mogłabym brać, kiedy nie mam nic w zamian?

 

– 37 –

Miało być obrazkowo i zimowo, będzie pretensjonalnie i całkiem literkowo.

Po pierwsze to zdaje się, że antypatia do mnie może być bardzo trwała. U jednej Pani trwa od ponad 10 lat i zdaje się, że tak już jej zostanie. Płakać nie będę z tego powodu. W swoim czasie wiele zdrowia mnie kosztowała, ale też dzięki niej się życiowo zahartowałam i nauczyłam się świadomie dostawać po dupie. Pani owa wybitnie nie znosiła jeśli się jej wytykało różne niedociągnięcia w obowiązkach, niezgodności i wybiórczą, zależna od nazwiska, interpretację przepisów prawa. Ile razy ja się tłumaczyłam na dywaniku u szefa z tego, że owa Pani nie rozumiała połowy rzeczy jakie się do niej mówi, to wiem tylko ja. Bo rozumienie też miała bardzo wybiórcze i zależne od nazwiska. Mniejsza z większym, jej pech, bo nadal zawodowo jesteśmy w pewnym sensie powiązane i czasem bywa tak, że wypada się nam skontaktować. O ile ja nie mam oporów, o tyle ona zazwyczaj dzwoni do M., która nie dosyć, że siedzi po drugiej stronie korytarza, to jeszcze nie zawsze wie co zostało wysłane… ale co poradzisz, skoro niektórzy są niereformowalni i animozji nie potrafią odłożyć na bok.

Właściwie to tak sobie myślę, że ludzie okropnie dużo energii tracą na nielubienie innych osób, na chowanie animozji i pielęgnowanie niechęci. Też tak długo miałam, ale od jakiegoś czasu, sama nawet nie wiem od kiedy, przeszło mi. Są osoby, które lubię, ale reszta jest mi zwyczajnie obojętna. Nawet Pan Hrabia, który tak długo jak trzyma się ode mnie z daleka jest mi obojętny. Pomimo wszystko co w moim całym życiu nawywijał, i pomimo tego jakie zafundował mi wspomnienia z dzieciństwa. Owszem, jeśli nasze drogi się przecinają dostaję obfity zastrzyk adrenaliny, ale on mija, a ja nie zaprzątam sobie głowy tym człowiekiem. Co do adrenaliny, to po ponad 30 latach stałej gotowości, 5 lat jest okresem zbyt krótkim by wyciszyć w organizmie odruchy nawykowe, które zapewniały ochronę. Właściwie, jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się od emocji z nim związanych uwolnić, a tu masz, sama nie wiem kiedy przeszło. Kiedy minęło. To co pozostało to żal i gorycz, ale i te jakby z czasem stawały się mniej dotkliwe. Nie mniejsze, bo tego nie da się zmniejszyć, ale mniej dotkliwe, bo ileż można walczyć z tym czego nie można zmienić? Więc uczę się nie walczyć z wiatrakami przeszłości. Wkładam je na miejsca, jak puzzle i staram się iść dalej. Idę dalej, ale już z nimi wygodnie ułożonymi w plecaku życia. Jak widać korzyści są szersze niż były zakładane. Ludzie mnie „nie buzują” na stałe, tylko czasem, gdy podniosą mi ciśnienie.

Owszem, poza Panem Hrabiom, jest też kilka innych osób, które podnoszą mi ciśnienie, ale nic ponadto. Kilka następnych mniej lub bardziej mnie irytuje i potrafi zezłości, ale też są to najczęściej efekty z gatunku: akcja – reakcja. Kiedy znikają z mojego widnokręgu, znika irytacja i znika to co może jej towarzyszyć. Czasem nawet gdy są w pobliżu, nieszczególnie zajmują moje myśli. Nawet P. dzisiaj to tylko garść żalu, pół garści smutku oraz połowa z moich siwych włosów. Nawet do manipulantki Z. mam ambiwalentny stosunek, a jedyne co mnie zastanawia, od czasu do czasu, w odniesieniu do jej osoby, to, to jak można tak koncertowo spieprzyć życie wielu osób na około i to tych najbliższych. Jednak to też nie jest kwestia bezpośrednio z nią związana. Przychodzi mi ona na myśl, bo boję się, ze ja mogłabym tak spartolić komuś życie na starcie jak ona to robi. Jest ucieleśnieniem mojego lęku w odpowiedzialności za innych ludzi. Pewnie by się wściekła, że zamiast rozpaczać i drzeć włosy z głowy, bluzgać na nią i jej złorzeczyć, ja siedzę i jej współczuję oraz współczuję jej dzieciom. Paradoksalnie nie dzięki P., a dzięki niej wiele dowiedziałam się o sobie, poznałam kilka swoich granic i powzięłam kilka przekonań, czego w swoim życiu nie chcę.

Skąd te nostalgie i refleksje, ano zima sobie poszła precz. Zbliża się dla mnie trudny czas, bo wiosna, to nie jest moja ulubiona część roku. Właściwie wiosna, to moja najmniej lubiana pora roku. Do kolejnej zimy wile minie miesięcy, ale zdaje się, że zlecą całkiem szybko… być może nawet szybciej niż chciałabym, czy chcielibyśmy.

– 11 –

Nie łapię tego wordpressa normalnie. Raz udaje mi się wejść w panel taki konkretny, a raz za diabła nigdzie go nie ma. Tak się zastanawiam, czy to kwestia mojego zaciemnienia, czy mojego szczęścia. Zaciemnienia bo nie pamiętam jak tam wlazłam, oraz możliwość, że ten złomek ma za stary system do zczytania jakiś ustawień, a szczęścia bo całkiem możliwe, że w jakiejś chwili udało mi się wpakować w ustawienia płatne… no i wszystko byłoby git, gdybym mogła jeden z widżetów sobie modyfikować. Nie mogę. Jednak pomyślę o tym jutro… a raczej sprawdzę na innym kompiszczu. Tymczasem się oddalę i ułożę sobie pasjansa.

P.S. Ogólnie nie chce mi się pisać o ważkich i istotnych sprawach, mam falę na pisanie o bzdetach. Chyba zwyczajnie nie może do mnie dotrzeć, że poprzednie 14,5 roku idzie się za chwilę paść i to nie z mojej przyczyny.

Z drugiej strony, tak szerzej patrząc, to… właściwie jestem na bardzo takim samym etapie życia jak wówczas, tyle, że trochę starsza, choć nie wiem, czy mądrzejsza. Obecnie też siedzę nad różnymi papierzydłami i staram się sobie wbić do głowy to co na nich jest, choć poziom absurdalności tych wysiłków jest o wiele wyższy niż ten z przed blisko 15 lat. Życiowo też brak mi zobowiązań. Tu to nawet szerzej mi ich brak. Młody ma swoje lata i swoje życie, zaraz ruszy już całkiem w swoją stronę. Prawie widzę jak zbiera się do „lotu”, może nieco panikując i z jakimś przerażeniem, ale to u niego norma (histeryk mi się trafił, ale to akurat do opanowania jest). Żadnych damsko – męskich przepychanek. Gdyby nie małżeństwo z bankiem to byłabym wolna jak dzika świnia na wiosnę. Choć to małżeństwo akurat jest o tyle dobre, że mogę robić co chcę i gdzie chcę i z kim chcę, byleby na moim koncie bankowym, w stosownym dniu miesiąca, były środki płatnicze na określonym poziomie. Żyć nie umierać.