– 165 –

Czasem człowiek nie chce przyznać, że coś się zmienia. To bez znaczenia, w którą stronę się zmienia i co – chodzi o sam fakt zmiany. Po prostu, dobrze mu w tym co jest i jakie jest, że zmiana wydaje mu się zbędna, ale ona przychodzi.

Zmiana ma to do siebie, że zawsze przychodzi. Nie zawsze wiadomo po co i w jakim celu, a ludzie takie rzeczy lubią wiedzieć, ale pewne jest to, że przyjdzie. Taka natura rzeczy, że wszystko podlega zmianie. Po prostu wszystko. I już. Problem zaś jest nie w samej zmianie, a w tym, jak my do niej podchodzimy. Zmiana jest jedyną niezmienną częścią życia.Tyle w temacie zmiany.

Chodzi mi o to, że po prostu czasem coś jest niespójne, albo przynajmniej takie nam się wydaje. Czasem ta niespójność jest w nas, czasem w otoczeniu, a czasem i tu, i tu. Zazwyczaj jest ona zapowiedzią zmiany. Zmiany, która albo wszystko rozwala w pył i chaos, aby na nowo budować albo też zmiany, która przechodzi w spójną nową jakość, gdzie wszystko zaczyna nagle wpadać na swoje miejsce, niczym puzzle, dając określony obraz. Obraz czasem może się podobać, a czasem nie.

Moim obrazem ostatnio są informacje. Choć tutaj już raczej można mówić o wiedzy, a właściwie o dowiadywaniu się tego, czy owego. Dowiadywanie się ma to do siebie, że nie zawsze człowiek dowiaduje się spraw, które mu odpowiadają. No więc, ja się ostatnio dowiaduję tych mniej podobających się spraw. Jestem więc chwilami rozdrażniona. Nic na to nie poradzę. Czasu nie cofnę, mogę tylko zadbać o to, aby pińcet razy uświadomić ludziom, że cenię sobie samodecydowanie, samostanowienie i prywatność. Mogłabym napisać, że czasem miewam tendencje w kierunku: „Nic o mnie beze mnie”. Ludzi jednak nie zmienię, więc jedyną rzeczą, jaka mi pozostaje to nauka cierpliwości, pogodzenia się z niefrasobliwością osób z mojego otoczenia oraz pogodzenia się z tym, że ludzie są ludźmi i zawsze trafi się ktoś, kto będzie gadał, ktoś kto będzie przekręcał fakty, lub powtarzał ich własną wersję będącą przeróbką tego co usłyszał od innych, z drugiej ręki. Swoją drogą, czasem, w takich chwilach, człowiek dowiaduje się o sobie różnych całkiem ciekawych rzeczy. Co więcej, moją ulubioną wersją dowiadywanie się różnych rzeczy o sobie jest ta, w której wszystkiego dowiaduje się od osoby postronnej, która sobie nieuświadamiań, że mówi właśnie o mnie… ot, powtarza po kimś i to z podwójnym tullupem, czy inną akrobatyczną figura z podwójnym obrotem…

– 30 –

Ludzie się boją. Często nawet nie wiedzą sami dokładnie czego, ale się boją. Wczoraj, przypadkiem, uderzyło mnie to jak bardzo powszechny jest strach. Może dopiero wczoraj, bo wcześniej po prostu się nad tym nie zastanawiałam. Nie żeby teraz nagle była we mnie potrzeba głębokich przemyśleń i studiowania tematu. Po prostu stwierdzenie takie mam.

Zatrzymałam się na chwilę w swoim pędzie i nawale obowiązków i potknęłam się o ten strach. Każdy ma swój. Jedni ukrywają go pod płaszczykiem nonszalancji, inni udają, że jest on im obcy. Każdy też dotyczy innej sprawy, innej sfery, innego przedmiotu. Też mam swoje lęki. Zmieniają się ze mną. Dorastają, jak i ja dorastam.

Jako dziecko bałam się wieczorów i nocy kiedy nasłuchiwałam, co się dzieje w sąsiednim pokoju, nigdy nie wiedząc co wieczór i noc przyniesie. Nakrywałam głowę poduszką i zastanawiałam się, czy wszystko jest porozkładane na właściwych miejscach, żeby było pod ręka.

Lata później bałam się, że coś mi się stanie i Młody przejdzie pod kuratelę OMD, a dla obu byłoby to niewyobrażalnym dramatem, choć dla Młodego bardziej, bo OMD do roli ojca dojrzał dopiero teraz, kiedy Młody z poziomu młodego mężczyzny powiedział mu w prost, że spierdzielił sprawę.

W między czasie bałam się, że P1 i P2 zostaną na mojej głowie, i że nie podołam. Długo czułam to jako swój bezwzględny obowiązek, aż zrozumiałam, że oni mają prawo do własnego życia, z którego do tego czasu nie korzystali. To co będzie moją powinnością, to pomóc im w nauce tego życia samodzielnego, a nie żeby przejąć rolę Matki Rodzicielki i wyręczać ich w życiu.

Gdzieś w te minione lata wkradł się strach przed samotnością. Jednak, kiedy przyszło do rzeczy, to okazało się, że większym wyzwaniem jest wpuszczenie do swojego poskładanego życia drugiej innej osoby, niż sam strach, który nagle skarlał, a samotność przestała przerażać i okazała się starą, dobrą znajomą.

Nie boję się Boga. Bóg jest miłosierny, wybaczający, litościwy, każdemu daje szansę. Nawet jeśli nas doświadcza, jeśli zadaje pokutę, ostatecznie zasady są jasne: niebo dla dobrych i nawróconych do dobrego, piekło dla złych. Każdy ma wybór, sam decyduje. Tu nie Boga się lękać należy, a zwyczajnie samego siebie i swoich wyborów, swoich decyzji, swojej wolnej woli.

Nie boję się ludzi. Co mogą mi zrobić, czego ja nie mogłabym zrobić im. Mamy takie same możliwości podejmowania działania i decyzji. Nie jestem ani lepsza od nich, ani gorsza. Jestem taka sama, jak oni. Wszyscy ludzie. W gruncie rzeczy – zwierzęta. Zasada jest prosta: przetrwa najsilniejszy.

Nie boję się maszyn. Wiem, że przyjdzie chwila kiedy uniezależnia się od człowieka, i powiedzmy sobie szczerze, ale „Terminator” okaże się filmem proroczym. Przetrwa silniejszy. Kto nim będzie? Nie wiem. Jednak skłaniam się, że maszyny, choćby przez czas jakiś.

Nie boję się wielkiej wojny. Niektórzy się jej boją. Liczą na to, że nie będzie miała miejsca. To płonne nadzieje są. Kwestią nie jest, czy będzie miała ona miejsce, raczej kiedy się zdarzy. Jak to mówią – kwestia czasu – nic więcej. Jaki ma sens strach przed nieuniknionym?

Dziś boje się jednego. Boję się, że nie zdążę zobaczyć tego wszystkiego co chciałabym, nie zdążę przeczytać, poznać, dowiedzieć się. Jest taki ogrom rzeczy do poznania, w którym jestem jak pyłek. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a życie jest takie krótkie i tyle z niego już zmarnowałam! No i trochę jeszcze boję się siebie. Tak dla zasady. Bo siebie zawsze warto się bać, bo nigdy nie znasz siebie tak dobrze, by przewidzieć własną reakcję. Tak długo, jeśli coś się nie stanie nie masz pewności jak się zachowasz, zawsze do tej chwili będzie to tylko domniemanie. Tylko przepuszczenie, coś co rzeczywistość zdemaskuje szybko i prosto odzierając każdego ze złudzeń co do własnej osoby.

Czym jest strach, a bardziej, czego się boimy? Boimy się rzeczy pewnych, które wiemy dokładnie jak będą wyglądać, a wygląd ten nam się nie podoba oraz i przede wszystkim, boimy się tego czego nie znamy, nie rozumiemy i wyobrażamy sobie w jakiś absurdalny sposób. Najbardziej jednak, nie wiem czy to kwestia czasów, czy gatunku ludzkiego, boimy się czasu. Jego nieubłaganego upływu. Boimy się czasu i tego co przyniesie, bo każdego z nas, bez względu na to kim jesteśmy, jacy jesteśmy, co robimy, czeka ten sam koniec. Nie ma wyjątku. Wobec śmierci jesteśmy równi, tylko każdy z nas ma swój własny czas na to ostatnie spotkanie. Tym jednym się różnimy.