– 101 –

Nie zdawałam sobie do wczoraj sprawy z tego, jak bardzo jestem zmęczona. No jestem. Do tego stopnia, że wczoraj, kiedy B. powiedziała mi, że serial, który jej dałam, bardzo jej się podobał i zostawił niedosyt, i że czekanie na kolejny sezon jest deprymujące, ja nie wiedziałam o jakim serialu ona do mnie mówi. Nic. Czarna pustka w głowie, ani tytułu, ani bohatera choćby jednego, czy przebłysku obrazu, choćby cienia jednej sceny. Jedyne co pamiętałam to, to, że skończył się „za szybko” i u mnie również pozostawił niedosyt, ale o czym był? To jedyny serial, jaki dałam do tej pory B., więc to nie tak, że nie ogarniam kolejności seriali, czy innych założeń w temacie. Co to, to nie. Dopiero dzisiaj rano przypomniałam sobie co to takiego ja jej dałam. O czym, o bohaterach, o tytule, a wczoraj – czarna pustka. Dwanaście godzin później.

Z drugiej strony, zazwyczaj miałam tendencję do tego by przedobrzyć. By stawiać sobie więcej zadań do ogarnięcia niż wynikałoby to z rozsądku. No i gdybym jeszcze nie wiedziała, że jednak potrzebuje czasu na odpoczynek… ale gdzie tam. Jak w ogień w kolejny plan długoterminowy weszłam, choć dobrze wiedziałam, że po poprzedniej fantazji obciążania swojego człowieka, jeszcze się w pełni nie pozbierałam.

Tak więc wrzuciłam do szuflady kilka suplementów, magnez i inne takie tam. Do tego, czas najwyższy, ogarnąć temat posiłków, tego co jem, kiedy i gdzie. Bez paliwa długo i daleko się nie da jechać, a ja właśnie to próbowałam uskuteczniać kolejny raz. No może nie tyle, bez paliwa, co na paliwie zdecydowanie złej jakości, niedostosowanym do trasy.

Do tego ta pogoda mnie rozbija, a raczej rozbijała. Liczę, że powoli teraz wszystko w pogodzie wróci na „swoje miejsce”, a ja dzięki temu zdążę złapać w końcu trochę swojej jesiennej energii. Bo teraz to jest mój najspokojniejszy, najbardziej energetyczny czas w roku. Czas kiedy ładuję swoje akumulatorki na resztę roku, a tu masz, ani śniegu, ani długich zimowych wieczorów, a do przesilenia zimowego z każdym dniem bliżej, a ja nadal na rezerwie jadę.

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

– 79 –

Jestem zmęczona jak dziki koń po westernie. Potrzebuję się na chwilę zatrzymać zanim zaryję nosem o glebę i padnę, i zasnę tam gdzie tym nosem o glebę ryć będę. Na dzień dzisiejszy miało być już widać powoli lekkie zwolnienie tempa. Jakoś słabo je widzę. Jednak, kilka dni jeszcze i się ogarnę. Jak się ogarnę, to się wyśpię, gdyż wczoraj to po prostu dałam cudowny popis zmęczenia, idąc sobie na koncert i prawie na nim zasypiając.

Mała dygresja. Gdyby mnie nie wyrzucono ze starego adresu, to właśnie wrzuciłabym linka do ubiegłorocznych notek z koncertu. Pomarudziłabym, pozachwycałabym się również. Nic z tego.

Tak więc byłam na koncercie, posłuchałam, a że po oczach raziła mnie pozłota barokowa podświetlona na czerwono, to zamknęłam oczy. To i tak lepiej niż w ubiegłym roku, gdyż na moje szczęście, nikt nie wpadł na pomysł, aby włączyć „robaczki” świetlne, które tańczyłyby na tych pozłotach w tej czerwieni.

Mieszanka jazzu i barokowego brzmienia z akustyka jednego z kościołów miejskich… rozłożyły na łopatki resztkę mojej silnej woli i prawie mnie uśpiły. Było ok, ale zdaje się, że moje zmęczenie było jednak większe niż mi się wydawało. Ledwie doczłapałam do domu, walnęłam się w łóżko i wstałam dziś rano, acz nie mogę powiedzieć, że się wyspałam.

Dzień wcześniej byłam za to u Smoka. Ponieważ Adasia ominęłam łukiem szerokim plantów, czasu starczyło tylko dla ognioziejcy. Zdecydowanie jest on większą atrakcją dla dzieci niż siedzący i milczący wieszcz. Zdaje się, że widać byłam dzieckiem zwichrowanym od samego początku, skoro smoka mniej preferowałam od Adasia. Adaś miał tylko jednego, naonczas, konkurent w postaci łabędzi nadwiślańskich. Tak więc szybkie lody, smok i powrót do domu nocą prawie. Całe szczęście, że „nawigacja” (czyli ja zaczęła się zmęczeniowo zawieszać już po tym, jak kierowca w postaci niejakiej M. załapał dobrze miejsce i trasę powrotną i praktycznie nie potrzebował konsultacji. Choć z drugiej strony… trasa jest prosta – jedź prosto do domu 😉 … bo faktycznie – skręcać nie bardzo jest gdzie, co najwyżej w jednym miejscu się zjeżdża na inną drogę i dalej prosto. Tak więc objechałyśmy, wtorkiem Krakówek, wczoraj praca, rosyjski i koncert, dziś praca i rosyjski, a jutro praca i mniej atrakcyjne zajęcie, bo zdaje się, że pogrzeb jako uczestnik mam wpisany w swoim grafiku.

I tak to się plecie powoli do przodu, dzień za dniem.

 

– 71 –

Cały czas coś się przestawia, coś się przemieszcza w czasie i przestrzeni. Bynajmniej nie wpływa to na moje pozytywne nastawienie do rzeczywistości, gdyż jednak chciałabym miec to i owo już za sobą i mieć po prostu chwilę czasu dla siebie. Nie marudzę, wiedziały gały co brały, jednak gały były przywyknięte do zdecydowanie większej stabilności. Labilność terminów nieco mnie deprymuje. Tym bardziej, że jednak chyba jestem już całkiem mocno zmęczona minionymi miesiącami i czekam na wakacje z utęsknieniem. Jeszcze jakieś 2,5 tygodnia na nie przyjdzie mi poczekać, a później… zdaje się, że nei będę wiedziała co mam z nadmiarem czasu zrobić. Najpewniej posprzątam gruntownie, włącznie z myciem okien i na Włościach i w Wersalu, praniem firan i innymi cudami i wiankami, gdyż może się skończyć malowaniem Włościowej kuchni, gdyż zamieżam, juz w sumie od kilku miesięcy, dokooptować jej szafkę na stan. Szafka nie będzie nowa, ale w nowym wydaniu… w końcu puszka farby kosztuje 20 kilka  pln-ów … ale nówka odmalowana szafka, pozostałe odszorowane… jak nic – ściany się będą prosić o malunek. Nie jest ich wiele, więc jest bardzo duża możliwość, że się doproszą, nie jestem tylko pewna na jaki kolor obecnie.

Tym czasem jednak mózg mi paruje, czaszka dymi i z przemęczenia mniej pamiętam niż kilka tygodni temu. Nadal też, można mnie dźgać szpilkami i po rusku gadać nie będę, co nie przeszkadza mi czytać płynnie (po cichcu), i całkiem sporo rozumieć. Spokojnie mogę oglądać ichniejsze filmy, o ile nie przekrzykują się w dziesięciu, to to czego nie rozumiem, wychodzi z kontekstu.

Z tym gadaniem to mam tak od ogólniaka, i od tej śmądy co się przypierniczała na angielskim do akcentu. Normalnie się jej zdawało, że nie wiadomo co, bo można było wymyślić własny słowotwór byleby był z odpowiednim akcentem! Co ciekawsze, nie wiem skąd ona ten właściwy akcent znała, skoro sama nigdy w Anglii nie była… no cóż, dawno to było, angielski dopiero zaczynał swoją karierę wypierając sukcesywnie rosyjski. Mnie zaś po uwagach i dywagacjach owej kobitki, notabene z bardzo siermiężną wadą wymowy, została głęboka niechęć do mówienia w obcym języku. Mogę czytać, mogę słuchać, ale nie gadać. W rosyjskim mogę pisać… choć, od zawsze, znaki miękkie są abstrakcją, więc albo ich nie ma zupełnie, albo je wstawiam w hurcie.

Tymczasem udam się po kolejną kawę, gdyż przesypianie połowy nocy, tylko dlatego, że uzupełnia się opisy i rysunki, to jednak nie jest dla mnie. minimalny czas snu dla mojego człowieka nie powinien spadać poniżej 7 godzin, a ostatnio rzadko do nich do bija, przez co zaczynam odczuwać skutki takiego trybu funkcjonowania.

Jeszcze 2,5 tygodnia i będą wakacje. Tego się będę trzymać. Byle do brzegu i można będzie się polenić, odpocząć i robić coś innego lub robić po prostu nic.

– 13 –

No więc mam to moje wyczekane łóżko. No. Mam. Szczerze, to teraz z niecierpliwością będę czekać do lata żeby je odczyścić i odmalować tak jak to powinno wyglądać. Okropnie mnie drażni niedoróbka typu „bo tam i tak nie widać”. I dobrze, ale co z tego, że tam nie widać. Ja wiem że tam jest tak, a nie inaczej. Jednak plus jest jeden i niewątpliwy – w końcu nie śpię na podłodze, ale za to na wysokościach. Na wysokich wysokościach. Miałam obawy, że moje wymierzone 30 cm, które zmieniłam w sumie na 35 cm, że może być mało praktyczne jeśli dorzucić szuflady do kompletu. W każdym razie z maksymalnie 35 cm zrobiło się tak na prawdę nieco więcej, a do tego jeszcze grubość materaca i mam… 60 cm wysokości łoże. Czego nie wzięłam pod uwagę… grubości desek użytych oraz techniki pracy stolarza.  Wielowarstwowej techniki pracy, która dołożyła kilka nadprogramowych centymetrów.

Jak już pogoda będzie sprzyjająca, to jak się dorwę do puszki z farbą, to dopiero zacznie to łóżko wyglądać może nieco lepiej. Pod warunkiem, że nie dorwę się do szlifierki, choć może lepiej nie. Może zostać przy samym malowaniu? Nie mniej jednak, marudzenie marudzeniem, grunt, że łóżko jest. Na wymiar odpowiedni, zmieściło się bez obijania ściany i nie wychodzi poza przewidzianą wnękę, a to już naprawdę duża zaleta, gdyż obawiałam się, że taki stan łóżkowy nigdy nie nastąpi. Nastąpił. Majątku na to nie straciłam, więc mogę napisać, że wartość usługi jest równa jakości usługi. Premia została u mnie w portfelu, a kosmetyczne poprawki naniesione zostaną wiosną. Jedno jest pewne. Jest solidne. Przynajmniej na takie wygląda.

W ramach pocieszenia kupiłam sobie na wyprzedaży buty. Liczę, że będą dobre, bo mam kiepski humor i to nie ze względu na łóżko, a ze względu na całokształt. Ogólnie pogoda niedomaga, bo kto to widział deszcz w styczniu. Tęsknię za śniegiem i za wyprzedażą upatrzonych butów. Wszystkie inne przeceniają, a tych jednych nie, ale ja cierpliwa jestem, a ostatecznie, najwyżej kupię sobie inne, a te, jak przecenią to je tez sobie kupię.

Poza tym, tak na prawdę to jestem cholernie zmęczona i cholernie zniechęcona, gdyż kolejny raz robię robotę głupiego. Robota głupiego polega na robieniu tego samego po kilka razy dlatego, że niektóre głąby nie potrafią nauczyć się liczyć w zakresie do 100. Rozumiem, że 100 to więcej niż 10 , i że palców może brakować, ale do cholery – każdy ma kalkulator w szufladzie i arkusz kalkulacyjny w kompie, a policzyć prostych rzeczy nie umie. Rzygam tym. Co mocniejsi agenci zwiali po prostu na chorobowe… grunt to odpowiedzialność… bo nie, że coś i szczególnie dolega, poza niechęcią do pracy i/lub dodatkowym zajęciem poza umową tutejszą… a przecież szkoda urlopu…

Tak więc dzisiejsza notka jest równie entuzjastyczna jak cyferka, która ją promuje, i dokładnie oddaje mój nastrój, który raczej jest mało przyjazny. Dobrze, że w domu nie czeka na mnie żaden facet, bo przecież, faceci kochają ciepło domowych pieleszy, szeroki uśmiech, poczucie humoru i ogólnie, mocno relaksujący charakter kobiecy, któren to będzie balsamem po ciężkim dniu na ich skołatane życiem nerwy i ciało… bez względu na to jak beznadziejny dzień miałaś sama… masz być ostoją ciepła domowego.

Tak, zdecydowanie, koc, kubek gorącej herbaty i dobry film stanowią zdecydowanie lepszą wizję od tego by być super żoną, podającą z miłym uśmiechem pełnym zębów z reklamy, w seksownym fartuszku, cieplutki obiad i gazetę oraz pilota do TV. Normalnie jakbym widziała amerykańskie plakaty z lat 50 (???) bodajże… osobiście chyba wolę jednak ZSRR i jego hasło „kobiety na traktory”… tam tez sporo udawania było, ale chyba jednak wolę udawać siłę niż pasażerkę ekspresu do wariatkowa z wiecznym uśmiechem na twarzy… (te akapity o kobietach… to taka lekka reperkusja bieżącego wpisu Bachusa)