– 48 –

Wczoraj, po fabryce, wybrałam się na spacer do lasu. Był on mało spacerowy, gdyż nadane mu było pewne przeznaczenie, a pierwotny cel wędrówki nie opiewał takich ekscesów jak las. Owszem, w Wersalu będąc, do lasu mam blisko. Nawet nie, że za rogatki miasteczka. Mniejsza jednak o to, gdzie ten las mam, a o to co w tym lesie rzecz się ma.

Otóż, las lasem i roślinkami stoi, ale nie tylko. W lesie są też zwierzątka i żyjątka.  O ile ze zwierzątkami wchodzenie sobie w drogę może być unikane całkiem łatwo, o tyle żyjątek nie da się uniknąć, zwłaszcza gdy włażąc do tego lasu przewalasz ziemię swoimi „ręcami”. Tak więc pajęczakowate, mrówki i komary przywitały mnie w tym roku, może nieco późno, ale bardzo owocnie. Pędziłam z tego lasu do domu prawie jak oszalała, no dobra, przesadzam, jeszcze w tym szaleństwie opamiętania znalazłam na tyle, aby do sklepu wstąpić na drobne zakupy. Nie mniej jednak, wszystko w tym lesie chciało mnie zjeść, pożreć i w ogóle. Jeżyny mnie zaatakowały i dzika róża również. Nie mniej, to co w planach wędrówki było celem, udało się odnaleźć tylko w małej ilości. Za to inne, nieplanowane zupełnie cele zostały namierzone i wykopane oraz umieszczone w lodowce na rzecz tego, że dziś trafią do gazety… której wczoraj zapomniałam sobie kupić więc musiały chcąc nie chcąc trafić do lodówki. kokorycz w prawdzie miała mieć inne zastosowanie, ale i jej lodówka nie ominęła, gdyż nie pomyślałam, że mając na prawdę imponujący w zawartość barek, podręczny, nie mam w nim ani grama czystego alkoholu, że o mocniejszych wariantach czystości nie wspomnę. Tak więc dziś czeka mnie popołudnie przetwórcze.

Niepocieszona jestem, gdyż podbiał właśnie się zawija już z kwitnieniem, a mnie nie udało się odnaleźć żadnego jego stanowiska innego niż na poboczu drogi lub w przydrożnym rowie, ale akurat na związku metali ciężkich zapotrzebowania obecnie nie mam, za to chętnie syropek spróbowałabym zrobić. No więc tak się życie kolebie powoli. Od dnia, do dnia.