– 15 –

Wczorajszej nocy miałam paskudny sen o zębach. Okropny. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam rano, nim jeszcze na dobre moja świadomość się wybudziła, to najpierw językiem a później jeszcze paluchem, posprawdzałam stan mojego uzębienia. Dopiero ustaliwszy, że wszystko jest, tak jak być powinno, we właściwym stanie i na właściwym miejscu, odetchnęłam z wielką ulgą. Jednak, sen sam w sobie okazał się proroczy, gdyż ledwie kilkanaście godzin później, tak z wieczora, okazało się, że oto malowniczo ukruszyła mi się plomba. Rzecz jasna, nie zrobiła tego o godzinie, o której dzwonienie do Zębologa ma jeszcze sens, więc teraz przebieram w miejscu nóżkami, stoję prawie w blokach startowych, czekam niecierpliwie aż zegar wskaże godzinę dziewiątą bym mogła złapać za telefon i do skutku wybierać numer. Do skutku, czyli do efektywnego odebrania połączenia przez Zębologa.

Dawno mnie u niego nie było, raptem od wiosny. Czyli niewiele mniej niż rok, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju wyczynem. Nie miej i tak się pocieszam, że nadal mam własne zęby, co zważywszy na ich raczej kiepską z natury jakość, jest już osiągnięciem samym w sobie. Nie są idealne, ale są moje. No i nadal są. Kiedy Młody się urodził, liczyłam na to, że zęby odziedziczy po rodzinie ojca, niestety, poczęstowałam go naszymi szczerupami. Koniec końców, Zęboleg, jest u nas na stałym etacie.

Z innych kwestii to najchętniej zwinęłabym się pod kocyś i poszła podrzemać jeszcze chwilę. W ramach petycji wnoszę żeby ta zima się w końcu zdecydowała czy jest, czy jej nie ma, bo taki brak zdecydowania, to doprawdy, ale jest mało przyjemny, zwłaszcza rozpatrywany przez pryzmat nieustająco wiejącego wiatru i latających gałęzi.