– 123 –

Prozaicznie będzie. Przyziemnie nawet. Dopracowałam się dziś pęcherzy na stopach. Wpadłam na ten szalony, specyficznie pokręcony pomysł, aby na spacer wyprać się w nowych sandałkach na koturnie. Czemu by nie? Każdy nowy but zawsze okupuję pęcherzami. To taki chrzest obuwniczy. Normalka u mnie. Nie ma nad czym się tkliwić. Skoro o tym wiem, to rozsądnym rozwiązaniem byłoby przebrać buty przed spacerem przez całe miasto, no dobra, przez pół miasta, pieszkom. Nie przebrałam, to nie przebrałam – mam pęcherzy kilka drobnych. Na całe szczęście w samochodzie mam i sportowe buty i baleriny, a gdyby mi było mało – to kupiłam dzisiaj sobie czarne sandałki…

Jest to milion pięćset dziewięćdziesiąta ósma para czarnych sandałków na obcasie, w której chodzić za bardzo nie mam gdzie, ale takiej jeszcze nie mam, no i cena – no 25 PLNy (80% sale). W pierwszej cenie nie kupiłabym ich na pewno, ale za dwie dyszki? No jak nie, jak tak. Jednak aby smutno nie było sandałkom dorzuciłam im do towarzystwa trzy bluzeczki po piątaku. Bez większych skrupułów, gdyż 2 worki dobrych wystawiłam do śmietnika, i kolejny się zbiera. Ubrań, którym poza moją niechęcią do ich nic nie dolegało właściwie.

NIe o tym miało jednak być, bo jedyne co napisać chciałam, że spacer mój załatwił mi blisko 10 tysięcy kroków (w jakiej wielkiej aglomeracji mieszkam 😉 ), a zwyczajowo mam problem z dobiciem do 1 000. W nagrodę zjadłam na obiad wielkaśnego burgera i cudem (wołami z burgera najprawdopodobniej), powstrzymałam się od deseru. Co więcej, powstrzymałam się od deseru zupełnie, nawet na małe co-nie-co się nie skusiłam. Niestety od jakiegoś czasu miewam problem z tym niekuszeniem się na małe co-nie-co po treściwych posiłkach. Dlatego też jestem z siebie dumna. Może powinnam z tego uczynić sobie jakieś motto w nowym, kolejnym roku życia?

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

– 85 –

Obawiam się, że jeszcze jakiś czas tematem przewodnim będą samochody. Gdyż normalnie to wszystko zmienia się w tym temacie jak w kalejdoskopie. Zaczynając oglądać samochody zakładałam, że będzie to niewielki aut, choć zdecydowanie jednak większy od Tastasia, ale bez szaleństw. Nie minęło wiele czasu jak z hatchbacka zrobił się sedan… a teraz… okaże się, że może mi stanąć pod domem ponad 4 metrowa 17-letnia angielska (z rodowodu fabrycznego, nie z kierownicy) limuzyna.

No i tu zaczynają się problemy. W tym słowie. Limuzyna. Boże, czy ja już taka stara jestem, że limuzyną mam jeździć? Popieprzyło mnie do końca. Mnie lubiącą w samochodach niefrasobliwość, pazurki i brak zobowiązań połączone z obiecującym przyspieszeniem i krótkim przełożeniem w skrzyni biegów. Mam to wszystko zostawić za sobą, i jak przystało na panią w średnim wieku, mam odkryć zalety stateczności i powagi? Prowadzi się to dobrze, nawet bardzo dobrze, jest zadbane, dobrze utrzymane, nic nie zgrzyta, nic nie szumi, nic nie tłucze – auto płynie… a ja w nim… płynę majestatycznie… ja i majestat? Cholera, stara jestem, prawie płakać mi się chce. Nie wiem tylko, czy nad samochodem, czy nad sobą.

Staram się zapanować nad sobą, bo znam swoją skłonność do histerii, tyle, że choć wygodnie i dobrze mi się w nim jechało, to on po prostu nie pasuje do mnie. Oj, ja wiem, że żaden mężczyzna tego pewnie nie zrozumie, ale po prostu – on do mnie nie pasuje. Albo jeszcze gorzej, do części mnie, tej snobki, która czasem gdzieś wyłazi, to pasuje jak ulał, i to ona go wczoraj oglądała zdaje się, ale do mnie, babki, która biega na bosaka po trawie, kładzie się prawie w kałuży, żeby zrobić zdjęcie… i co ? I wsiada uniurana do samochodu z beżową tapicerką? Letnie sandałki, na szpileczce, delikatne, i zwiewna sukienka, odwieszone zostały ze 3 lata temu do szafy. Zdecydowanie pasowały by do tego samochodu bardziej niż ubłocone trepy. Pochodzą z innego życia, a mnie dobrze w tym życiu, które mam teraz. Tamto życie zostało o jedno zapalenie spojówek od płaczu,  10 kg i kilka worów obsmarkanych chusteczek temu.

W sumie to tak na prawdę najwredniejsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mam z kim porozmawiać o tym pieprzonym samochodzie, bo dziewczyny się nie znają, a z handlarzem to nie rozmowa, powie wszystko żeby go sprzedać. Zawsze mogę go wziąć i próbować sprzedać dalej – spokojnie, mogę krzyczeć za niego o 1/3 jego ceny więcej i jeździć między czasie. Kokosów bym na nim nie zarobiła, ale zawsze zwróciłby się koszt przerejestrowania oraz filtrów od gazu, które są do wymiany.

– 84 –

Tak sobie siedzę, i tak sobie patrzę na mrugający kursor w edytorze tekstu. No i co ja mam tutaj napisać, skoro nie bardzo jest o czym pisać. Nie bez wpływu jest też to, że ostatnio zwiększyłam częstotliwość bywania na pogrzebach. Tak już kolejny rok i żadnej w tym trendzie przerwy w postaci wesela, czy chrzcin. Jutro pogrzeb brata babci.

Miał swoje lata i od kilku dodatkowo chorował na jedną z tych mało przyjemnych chorób, kiedy powoli zapomina się kim się jest, kim się było, kim są bliscy. W sumie, raz jeden choroba ta okazała się zbawienna, gdyż uwadze umkną fakt śmierci najmłodszej z córek.

Raptem, nie dalej, jak początkiem miesiąca byłam na pogrzebie ojca kolegi z pracy. Było to ledwie kilka dni po tym, jak odszedł również tato koleżanki z pracy. Nieco wcześniej, inne, znajome nazwiska na klepsydrach, a w tym i z naszych lat już również. Brat znajomej oraz innym „młody” człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówiła, ale i A.S. i A.P. zastanawiały się, czy przypadkiem nie jest to ktoś znajmy, bo skoro z osiedla, to przynajmniej z widzenia…

Więc tego deszczowego lata mija mi melancholijnie dzień za dniem. Tak jakoś z dystansem i z wewnętrznym niemym krzykiem: co się dzieje! co się dzieje! Ludzie odchodzą, a ja rezerwuje bilet kosmicznie drogi na busa do stolicy, przeglądam ogłoszenia z ofertami samochodów i zastanawiam się czy wolę archaiczną podrasowaną audiczkę, czy może nieco bardziej niemrawą lagunkę, choć vektra jeszcze też jest w całkiem niezłym stanie. Jeden Francuz, jeden Niemiec i jeden sfrancużony Niemiec. Gdyby nie to, że przywykłam, pewnie deprymowałby mnie sposób rozmowy Panów, którzy orientują się, że samochód chce kupić kobieta. Uroki mieszkania na krańcu świata. Przerabiałam schemat już na większą skalę kupując mieszkanie, a przecież to nonsens jest zwracać uwagę na taką pierdołę, jak to czy kupującym jest kobieta, czy mężczyzna. Doprawdy, kobieta może mieszkać sama bez uszczerbku na swoim zdrowiu i ogarnąć samodzielnie rachunki, remonty i sąsiedzkie konotacje. Samochód tez może kupić sama, i nie musi być to mini autko, z maleńkim silniczkiem. Poza tym audi z silnikiem 1,8 raz, że jeszcze demonem mocy nie jest, dwa, że te silniki akurat były chyba jedne z mniej trafionych i takie tam bzdety… z resztą, poza porsche 911, chętnie nabyłabym takie jedno subaru impreza… bynajmniej z tych starszych, choćby takie

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/881502507_2_1080x720_type-r-22b-kultowe-dwudrzwiowe-subaru-w-doskonalym-stanie-dodaj-zdjecia_rev001.jpg

czy ten przód nie jest genialnie zaprojektowany

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/902523192_1_1080x720_gt-turbozadbanyokazja-nowe-miasto-lubawskie.jpg

 

Tak więc, to lato jest mocno popieprzone. Ludzie odchodzą, a ja siedzę i przeglądam ogłoszenia samochodów, których mój obecny budżet nie ogarnia, bo wiecie, kupić kultowy samochód i jeździć nim w gazie to po prostu jakaś żenada byłaby, więc jestem przyziemnie żenująca, zajmuję się czymś w zasadzie nieistotnym, mało znaczącym. Tracę czas, którego przecież nie wiem ile mi zostało. Nie wiem ile go zostało komukolwiek z osób, które znam, a ja zamiast je doceniać, zamykam się i siedzę wpatrzona w monitor, bo… nie wiem, nie umiem, wyjść zza jego zasłony. Tak tkwić tutaj jest po prostu łatwiej i prościej… i mniej boli, kiedy coś się dzieje.

– 68 –

Mezalians popełniłam. Weszłam na chwile do jednej internetowej księgarni. Tak tylko na chwilę, żeby tylko czas zagospodarować skoro drukuje mi się sporo ważnych rzecz w dużej ilości stron… no i popłynęłam. Zdaje się, że muszę sobie zrobić wywieszkę „zakaz wchodzenia do księgarni internetowych” i przyczepić na wszelkie monitory przy których pracuję. Zdaje się, że jest to niezbędne, gdyż ale i bowiem, do 22 czerwca mam zakaz zbliżania się do książek innych niż bezwzględnie konieczne. Po prostu czasu mało, książek koniecznych do przeczytania dużo.

Po 22 czerwca mam zamiar się kocykować pod krzaczkiem, na kocyku i czytać to i owo. No bo ileż można książeczek odkładać na półkę i czekać, aż znajdzie się na nie czas, a one tam sobie leżą, pachną nowością i kusza niemożebnie. Oj kuszą jak nic. A cóż ja mogę teraz? Co najwyżej westchnienie może się mi wyrwać z piersi.

– 61 –

Wpadłam dzisiaj wczesnym porankiem na krótką wizytę do Arosu. Czasu nie miałam zbyt wiele, potrzeby były mocno określone, ale… jak to z zakupami bywa, okazało się, że zamiast 50 PLNów zostawiłam dwa i trochę raza tyle, i nie byłoby w tym doprawdy nic zdrożnego, gdyby nie to, że wczorajszego wieczoru bardzo podobną kwotę zostawiłam w innym miejscu na inne papierowe cuda, choć tamto akurat się nie liczy, gdyż wczorajsze zakupu pójdą w świat. Zważywszy, że to nawet nie połowa miesiąca jeszcze, zdecydowanie od teraz przesiadam się z powrotem na pliki pdf… zdecydowanie wychodzi mnie to taniej, ale zdaje się, że klucz do oznaczania rośli może być niezastąpionym narzędziem do ogarnięcia tematu pod nazwą „Botanika”. Owszem, mogłam poszukać go w pdf-ie, albo zeskanować, albo skserować… mogłam, ale ktoś kto go wydal też z czegoś musi żyć, a zejście do jego śmiesznego formatu, poniżej B5, to jest okropna upierdliwość w kserowaniu, że nie wspomnę o niemożliwości współpracy bezpośredniej ze skanerem szczelinowym. No i tak to, jeszcze Biochemia do ogarnięcia, ale doprawdy nie bardzo wiem jak do tego jeża się zabrać, ale jak już złapię koniec niteczki to nie popuszczę…

– 51 –

Jutro zapowiada się długi dzień, zwłaszcza zważywszy na to, że rozpocznie się w okolicach 3 z minutami. Zdecydowanie więc w środku nocy. W związku z tym długim dniem okazało się, że są mi potrzebne gacie. Zwykłe, bez cudów, wianków i wodotrysków. Zwykłe, bawełniane, wygodne i najlepiej ciemne. Niby nic wyszukanego, a pojawił się problem. Problemem okazało się mieszkanie na dwa domy, gdyż wszystkie grzeczne gacie zostały w Wersalu, a na Włościach, albo wyjściówki, albo koszmar taktyczny do comiesięcznych zadań specjalnych.

Poszłam na zakupy i okazało się, że zakupy to nie taka prosta sprawa. Albo koronki takie, owakie i jeszcze inne, albo… moje gacie taktyczne są przy tym cudne. W ten sposób zdaje się, dowiedziałam się, że obecnie nosze najbardziej popularny rozmiar na prowincji. Nie sądzę wszak, żeby nie zamawiano do sklepu majtek bawełnianych akurat tylko w moim rozmiarze, podczas gdy wszystkie pozostałe są dostępne.

Przez chwilę zastanawiałam się nad tymi o rozmiar większymi. Luźne, wygodne, spod dżinsów nie spadną, nogawką nie wylecą, ale… jeśli konieczność rozebrania się będzie i okaże się, że zlecą? … albo, że razem z dżinsami się zsuną? Ogólnie, jakoś to pewnie bym przeżyła. W końcu byłby to ani nie pierwszy, ani nie ostatni lekarz który mnie bez majtek oglądałby. Jednak skoro to akurat nie TAKI lekarz, albo gdyby padło na jakąś pielęgniarkę? Za duże zostały odłożone na miejsce. Wizja była zbyt drastyczna, jak na porę poobiednią. Rozmiar mniejsze też odpadły, a nawet jeszcze wcześniej niż te rozmiar większe. Noszenie za ciasnych gaci jest dla mnie abstrakcją jakąś i nie bardzo wiem czemu miałoby służyć, bo wygodzie i praktycyzmowi na pewno nie, a co do walorów estetycznych fig próbujących przeciąć kobietę w poprzek, też akurat poza moimi upodobaniami jest temat.

Kilka sklepów dalej udało się jednak dobić targu. Nie do końca o to chodziło, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zdecydowanie za to muszę przejrzeć stan moich szuflad bieliźniarek i proporcje praktycznych do nie praktycznych ubrań wyrównać… albo wybrać się na jakieś słuszne zakupy. Może jutro. W końcu i tak będę w galerii czekała na publiczny środek komunikacji… więc przecież nie muszę jechać pierwszym dostępnym, tylko następnym… lub kolejnym… zwłaszcza, że ze względu na aurę pogodową może okazać się, że Adasia jednak nie bardzo będę miała okoliczność odwiedzić. Wizyta bez odwiedzin u Adasia, się nie liczy, ale zakupy liczą się zawsze. Przydały by mi się jakieś spodnie, jednak nie zdziwię się, jeśli zamiast spodni, przytargam kolejną sukienkę… gdyż odkrywam pewną zasadę Pań w średnim wieku:

  1. Obcasy wysokie ukrywają pierwsze zbędne kilogramy.
  2. Drugie zbędne kilogramy chowają sukienki.
  3. Jeszcze coś uda się zamaskować sukienką i w butach na obcasie.
  4. Czas przestać się oszukiwać, że cokolwiek da się w jakikolwiek sposób ukryć.
  5. Można za to wyeksponować cycki, bo prawdopodobnie jest to o wiele łatwiejsze niż próba okrycia ich jakąkolwiek bluzką, która nie przypomina jednocześnie namiotu…

Zdaje się, że dobiłam powoli do punktu 3… i trochę mi z tym ciężko, zwłaszcza, że nawet biorąc pod uwagę chińskie biustonosze (które jak i chińskie obuwie, rozmiary mają w głębokim poważaniu najczęściej, a jedyne czym się chełpią, to duża lub gigantyczna wkładka „pusz-apu”), nie chcą przekroczyć magicznej literki, poza którą rozciąga się punkt 5 … który zdaje się dla mnie dostępny jest tylko w obszarze biodra i uda… przy czym nie jest to nic nowego… czyli nic się nie zmienia, tylko czas biegnie nieubłaganie do przodu…

– 49 –

Wiosno-lato nie odpuszcza u nas. Niestety, choć obiecują deszcz, to na razie go nie widać, a szkoda, gdyż jakieś  przelotne opady bardzo by się przydały.

Jest niedziela, siódma rano, a ja już po kawie jestem i toczę bój z szafą. To znaczy z tym, czy mam pod ręką jakieś portki w które się wbiję, a których nie muszę przerabiać, gdyż nie mam na to czasu. W-F dzisiaj mamy. Znaczy się odrabiamy W-F wyjściem w teren. Wyjście w teren ma to do siebie, że praktyczniejsze jest chodzenie jednak w spodniach, a z tym kłopot u mnie ostatnio. Deficyt mi się w szafie zrobił. Albo wywalone bo beznadziejne, albo wywalone bo za małe, a chciej coś sensownego kupić, to wszystko dziurawe… więc po co ja wywalałam moje podarciuchy?

O szafie już było, więc bezpieczniej chyba wrócić, do wyjścia terenowego. Pogoda, jak malowanie. Słońce trochę tylko ostre, jak na mój jasny obiektyw w Perełce. Jednak dla odmiany, tarniny już pięknie białe. Dla odmiany od ubiegłego roku, kiedy to nie mogły się zdecydować, czy już chcą kwitnąć, a później kwitły kiedy w zasadzie było zimno, buro i ponuro. Mnie to akurat zupełnie nie przeszkadzało, po za drobnym faktem w postaci niechęci do wychodzenia gdziekolwiek, kiedy na głowę może  w każdej chwili lunąć wiadro zimnej wody. Dziś jednak nic nie zapowiada takich ekscesów, a gdyby nawet to mam nową kurtkę. Normalnie to nie jest szczyt marzeń moich i szczerze, mam ochotę wyciągnąć z szafy moją starą poczciwinkę, ale została oprotestowana i zakazana. A. powiedziała, że nie będzie się do mnie przyznawała jeśli będę ubierać tego potargańca. Ok. Jakoś to przeżyję, acz potargańca nie wyrzucę. Jeszcze się przyda i w cale nie jest potargany, ani mocno spełznięty, zawsze był w barwach maskujących, a teraz może jest jeszcze lekko spełznięty, ale nadal daje radę.

Nie mniej jednak, wczoraj, w jednym supermarkecie, drogą kupna, nabyłam za 29 PLNów kurtkę (cena wyprzedażowa). Kurtkę funkcyjną, zieloną jak trawa na łące, więc obecnie też prawie ma barwy maskujące, ale nie pasuje mi do plecaka! Plecak jest granatowo-różowy… na pewno się nie zgubię w morzu zieleni. Szaro-zielony plecak też mam, ale to na dłuższe wyjścia, gdyż zdecydowanie jest większy… 35 litrowy plecak na krótki wypad w teren jest nieco za duży, nawet kiedy upycha się do środka aparat foto. Więc będę lansować się w czarnym plecaku… a może jeszcze zajrzę na stronę jednego serwisu sportowego, czy nie ma jakiś plecaków które bardziej korelowałyby z moją nową kurtką, oczywiście za rozsądną cenę (trochę tych plecaków nam się nagromadziło w domu, ale ciągle jesteśmy z Młodym na etapie poszukiwania tego jedynego, najwłaściwszego)… tylko, czy w niedziele z zakazem handlu, handel obnośny w Internetach też nie działa? Czy jednak działa? …

Trzymajcie się dobrze i udanej niedzieli.

– 18 –

Zaszalałam. Kupiłam sobie plecak. Powinnam jutro go mieć. Całe, a właściwie nie całe 30 PLNów. Normalnie szaleństwo. Teraz jeszcze tylko chciałabym żeby okazał się mniejszą wtopą niż ostatnie zakupy internetowe. W prawdzie one były obuwnicze, acz wtopa (z przegapieniem terminu do odesłania) całkiem moja i niestety powiedzmy sobie szczerze, w moim przypadku, zupełnie normalna.

Za plecakiem rozglądam się od dłuższego czasu, gdyż te które mam są za duże, albo tak stare, że normalne plecaczki tak długo nie żyją. Jak widać mam słabość do staroci, nie tylko w zakresie elektroniki, ale i plecaków. Niestety, niedomagające zamki w plecakach, które rozsuwają się same kiedy chcą, nie sprzyjają upychaniu do nich dobytku. Plecaka szukam od jakiegoś czasu, i nawet nie o cenę chodzi, ale o to aby był mały i miał duuuużo kieszeni. Abstrakcja. Powiadam wam, abstrakcja. Niestety niektórych rzeczy nie da się reanimować w nieskończoność. Wszystko ma czas życia zaprogramowany, jeśli nie w genach, to przynajmniej w nitkach lub w układach scalonych. No więc tak, czekam niecierpliwie na przesyłkę. Problem w tym, że w tym sklepie niekiedy przesyłka idzie wbrew zasadom logistyki… okrążą kraj ze 3 razy nim trafi pod właściwy adres. To doświadczenia A., ale zobaczymy. Jeszcze może udałoby mi się buty dorzucić do kompletu i będzie gites. W sensie, buty na teraz, bo na wiosnę to mam… raczej mam, a może nie mam? Mam, czy nie mam, zawsze mogę przecież przygarnąć jeszcze jedną dodatkową parę… butów nigdy dość i nigdy zbyt wiele.