– 87 –

Trochę się nazbierało zaległości. Tak jakoś wyszło, że cały czas pisze o tym, że czas odpocząć i inne w ten deseń słowa, a z tego mojego odpoczynku niewiele wychodzi. No dobrze, może nie tyle nic nie wychodzi, co jest on niejako intensywny, a przynajmniej taki bywa, i prowadzi ni mniej, ni więcej, jak do zmęczenia… Bardzo intensywny był poprzedni weekend. Oj całkiem bardzo. Takiej intensywności bardzo mi trzeba było. Trochę przyrody (Cergowa), trochę gadaniny, trochę nowych ludzi, trochę alkoholu i powroty w środku nocy oraz całkiem porankiem. Trochę tańca, trochę, śmiechu. Po prostu lato. Jedne drobny foch, jedna oczywista propozycja z pijackim zapytaniem „…aaaale dlaczego?”. Jak to „dlaczego?” Bo tak, a raczej bo nie. Tak po prostu. Najlepszym podsumowaniem poprzedniego weekendu są stare piosenki Wandy i Bandy. Może tylko w odwrotnej kolejności niż zamieściłam.

Tak w między wierszach, stwierdzając z zimną jędzowatością, to chyba całkiem sporą dozę dobrego humoru, zapewniło mi to „…aaaale dlaczego?” … i zwyczajne „Po prostu, bo mnie nie pociągasz pyszczku.” Bo wolę tę stronę medalu, niż patrzeć jak tłumy znajomych się postarzały, bo po co mam liczyć ich i swoje lata. Skoro czas dla mnie okazał się nieco bardziej łaskawy, a może po prostu, w tym swoim pędzie, nie zawsze dostrzegałam jego upływ, to chyba trzeba to jednak doceniać. 🙂

Dlaczego tak? Bo tak, bo dobrze czasem jest oderwać się od codzienności i od rutyny, a co do zmęczenia, takie fizyczne jest też potrzebne, choćby dla równowagi do tego psychicznego biorącego się z monotonii codzienności i z natłoku tych wszystkich „powinnam”, „muszę”, „należy” i „wypada”.

Tymczasem należało wrócić z obłoków i ogarnąć bieżące potrzeby. Pół tygodnia przesiedziałam nad tym nad czym musiałam, plus, dorzuciłam do tego całą sobotę, a kiedy w niedzielę byłam w miarę ogarnięta, to okazało się, że ładną pogodę gdzieś wcięło, że jest zimno i że pada deszcz.