– 133 –

Środa. Po urlopie, po wyjazdach, po chorowaniu. Kiedy już człowiek raz na kilka lat w końcu pójdzie na ten 10 dniowy urlop, to nagle się okazuje, że pierwsze pół zapierdziela, jak mały samochodzik, a drugie pół choruje. Ponieważ nie ma trzeciego pół, to nagle okazuje się,  że człowiek nie ma czasu nawet na odpoczynek, nie wspominając o tym, że jakieś małe szlajanko urlopowe mógłby popełnić. Kiedyś to popełniałam szlajanka z plecaczkiem li i jedynie, oraz przez całą Polskę. Tak w poprzek, albo wzdłóż, a teraz? Stacjonarna się zrobiłam. Trudno mi się wyrwać od samej siebie i swoich myśli. Jednak, rzutem na taśmę, z rozbiegu, bez wdawania się w nadmiar analizy, spakowałam plecaczek i pojechałam na weekend. Z głosem dziwnym, z gorączką, z nieuporządkowanymi myślami i uczuciami.

Kiedy masz długoterminowe wewnętrzne przekonanie, że nie pasujesz nigdzie i do nikogo, i kiedy z takim przekonaniem najchętniej zostałabyś w domu, bo w domu nie ma nikogo, ani niczego, a nagle decydujesz się na to żeby wsiąść w samochód, jechać od czorta kilometrów, i spędzić weekend z ludźmi, których praktycznie nie znasz – to jednak jest wyzwanie. Kiedy jednak okazuje się, że ci ludzie cię akceptują, nie oczekują od ciebie nic ponad to abyś była, nie oceniają, nie krytykują za wiszenie na telefonie*, to nagle znowu nie wiesz co masz ze sobą zrobić. Więc znowu siadasz z boku, bo tak bezpieczniej, bo może mniej widać dezorientację sytuacją. Starasz się nie histeryzować i nie popadać w melodramatyczną nutę, a tego jednego powodu, że warto przewartościować (w końcu pozytywnie) ten swój świat z krzywego połamanego lustra.

Później, wsiadasz w samochód, wracasz do domu i czujesz, że brakuje ci tych ludzi, choć poznałeś ich ledwie, chwilę, dwie chwile temu. Jasne, że z tym poznawaniem to nie tak, bo przecież część „znam” od lat, nie raz wielu nawet, ale znanie – znaniu równe nie jest. To realne znanie zawsze jest lepsze – bo żywe jest, bo jest prawdziwe, bo nagle ktoś powie coś miłego, pochwali, przytuli z zaskoczenia, co opcją jest dobrą, bp kaktus nie zdąży wyleźć, czy choćby „panna niedotykalska”.

Później jedziesz dalej, bo jednak masz od małego czorta kilometrów do przejechania w drodze powrotnej. Więc sobie tak jedziesz, nieznaną trasą, za mapami wujka Gogiela i dumasz nad milionem spraw – tak o wszystkim i o niczym, co na prawdę wyjątkowo się uzupełnia z faktem, że chwilami nie masz najmniejszego pojęcia gdzie u licha jesteś. Skoro nie wiesz tego w życiu i dajesz radę z tym żyć, to jakoś jest tak, że jazda drogą w szczerym polu Bóg tylko wie gdzie też zupełnie przestaje ciebie przerażać. Co ma być to będzie. W każdej dziedzinie. Bez względu, czy to zaplanuję, czy planować nie będę.

 

* – Za wiszenie na telefonie przepraszam najmocniej, nie mniej jednak sytuacja była kryzysowa. W prawdzie z perspektywy półtora tysiąca kilometrów nie wiele mogłabym poradzić, ale czasem nie tylko faktyczne działanie ma siłę, czasem dobrze jest po prostu być,a  być w dzisiejszych czasach można i na taką odległość.

 

– 52 –

Szybko poszło. O 10 miałam upuszczoną krew (miesiąc bez upuszczania krwi, jak wiadomo jest miesiącem straconym), oraz pozałatwiane wszystkie pozostałe sprawy, więc jednak udałam się po jakąś kawę na wynos, drożdżówkę i obwarzanka oraz na pogawędkę z Adasiem. Znaczy się, obwarzanek był dla gołębi, a kawa i drożdżówka dla mnie. Dla Adasia gadka szmatka telepatyczna.

O co z tym Adasiem chodzi? Otóż, będąc pacholęciem tyle co wyklutym z Matki Rodzicielki, byłam przez nią prowadzana pod pomnik Adasia. Z pod AHGu, na ryneczek, a później, plantami, albo i nie, do Smoka i łabędzi. O ile łabędzie nie zdobyły mojego uwielbienia, o tyle okazało się, że po jakimś czasie, spacer bez pogadanki z Adasiem okazywał się spacerem nie odbytym. Tajemnicą nie jest, że dzieci z wielką ciekawością i dużym zainteresowaniem reagują na wszystko co jest duże, a Adaś dla małego dziecka jest duży. Monumentalny nawet i do tego nie drze dzioba jak łabędzie. Można do niego gadać i gadać, a on cierpliwie słucha. Po prostu ideał. Później, kiedy się wyprowadziliśmy z grodu Kraka, z dworca, do Ciotki droga piechotą prowadziła również obok Adasia. Nie daj Buk Liściasty, jeśli Matka Rodzicielka próbowała zmienić trasę, lub skorzystać z tramwai. Więc i tak widywaliśmy się z Adasiem po kilka razy w roku. No i tak nam zostało do dziś. Każdy pobyt w Krakatu liczy się tylko wówczas, jeśli uda mi się choć pomachać łapką w szybkim biegu Adaśkowi. Jeśli brak okazji na takie ekscesy, pobyt uważa się za nie ważny, nie istotny i nie odbyty. Tak wieść gminna mówi i tego trzymać się będę.

Tak więc posiedziałam, z Adasiem pogadałam, gołębie podkarmiłam, do słońca się zagrzałam i potupałam na publiczną komunikację celem powrotu na Włości. Rzecz jasna, przebiegłam wszystkie piętra galerii krakowskiej po obu stronach i kiszka. Nie kupiłam nic. Nawet lakieru do paznokci. Ani pół pary butów, ani nic. Przymierzona sukienka załamała mnie ostatecznie. Rozłożyła na łopatki i sprawiła, że na prawdę zaczynam się o siebie niepokoić, ale to już inna bajka, której dziś nie mam ochoty zgłębiać. Pomyśle o tym jutro…