– 127 –

Dzisiejsze popołudnie i wieczór miały nieco inne plany, ale nie ma tego złego. Koleżanka A. zrobiła mi popołudnie idealne. Dwie godziny przeglądania linków na youtube z najlepszymi kawałkami według nas. Chyba obie siebie zaskoczyłyśmy, choć jak chwile pomyśleć, to właściwie nie ma się czemu dziwić. W końcu się kumplujemy. Wiedźmy widać lubią kawałek dobrej muzyki, która broni się sama. A co tam, powrzucam tu nieco dla pamięci. Przyznam jeszcze, że pytanie mnie o tekst mija się z celem. Często dałabym wiele aby znaleźć wersje bez wokalu. Zwyczajnie, staram się nie słyszeć słów. Taka maniera przy słuchaniu muzyki tego rodzaju. 😉

Nirvana została mi po byłym ślubnym. Kupił sobie kasetę, bo mu kolega polecił, ale mu zupełnie nie przypadła do gustu. Za to mnie przypadła i została ze mną do dziś. No jasne, że mam te kawałki na karcie pamięci w telefonie… to takie moje życiowe koło ratunkowe ze słuchawkami w komplecie… a później się dziwię, że nieco nie dosłyszę. 😉

Metallica nie wymaga komentarza, a już nie ten kawałek…  jeśli zna się moją słabość do strun gitary…

The Cranberries i kolejna gitara oczywiście… ale nie tylko rzecz jasna. Choć przyznam, że tylko kilka wybranych kawałków

 

Korn odkryłam niejako „przypadkiem” i ponownie – „Queen of the Damned” mi w tym pomogła. Został Korn na dłużej, choć nie na co dzień, bo jednak mają pewną manierę, która jest dla mnie dobra tylko na chwile kiedy Nirvana i Metalika jeszcze są za ciężkim kalibrem.

Czyli na takie jak dziś. Tak, chyba wiem jak spędzę resztę tego wieczoru. Zimny tonik (solo) z cytryną, słuchawki i Queen, choć przyzna, że rozważałam jeszcze Underworld tylko nie bardzo mam czas na wszystkie części, a tak lubię najbardziej. Więc zabieram swoje zabawki (słuchawki, paczkę chusteczek i dużą szklankę toniku) i zmykam do swojej piaskownicy.

– 117 –

Czasem dziwny splot niepozornych wydarzeń może prowadzić do nieoczekiwanych konkluzji. Niby wszystko jest od siebie wzajemnie niezależne, ale prowadzi człowieka na określona dróżkę. Powoli, kroczek po kroczku, wpycha na ścieżeczkę. Kiedy już jesteś na tej ścieżeczce, zaczyna Ci szeptać do ucha „kliknij”. Najpierw cichutko, tak cichutko, że właściwie tego nie słyszysz. Powoli szept staje się coraz bardziej wyraźny, tym wyraźniejszy im bardziej go ignorujesz. Ignorujesz go dalej, to przestaje być szeptem, aż w końcu niczym kanonada wali czaszkę od środka „Kliknij qrwa!”. Kliknęłam i co? Nic. Świat się nie zawalił, ani nie skończył, ziemia nie zadrżała. Zrobiło mi się po prostu bardziej przykro. Choć wydawało mi się, że mam już pewne sprawy daleko za sobą, oraz wydawało mi się, że nie może mi być już bardziej przykro. Otóż, teraz już wiem, że istotnie mam już pewne sprawy dawno za sobą, ale jednak, może mi być przykro. Jeszcze bardziej przykro niż kiedyś, bo wówczas mogłam schować się za żałością, rozgoryczeniem i setką innych słów, które miały udawać, że są w stanie opisać to co czuję. Nie były.

Dziś jest mi bardziej przykro, bo to przykrość na „sucho”, na „chłodno”. Bo już wiem, co wiem, i wiem, że to czego nie wiem – wiedzieć nie będę. Takie jest życie. Jest mi po prostu bardziej przykro, bo zapłaciłam wysoką cenę swoim własnym zdrowiem, za czyjąś niefrasobliwość. W pewnym zakresie to nadal boli, i boleć będzie zawsze. Coś, w końcu, we mnie umarło bezpowrotnie. Odeszło i zmieniło mnie bezpowrotnie. Czasem bardzo tęsknię do tamtej dziewczyny, która odeszła. Niestety nie mogę jej spotkać nawet na zdjęciach, bo wyszło, jak wyszło, zawsze stała z drugiej strony obiektywu. To jedno mi zostało z tamtego czasu, a szkoda. Widać jednak tak miało być. Jest jak jest.

Może  To i lepiej, bo gdyby mi przyszło patrzeć na siebie szczupłą teraz z perspektywy wielu kilogramów więcej – chyba by mnie trafiało jeszcze bardziej niż trafia obecnie, co doprawdy byłoby poziomem mistrzostwa we wkurzeniu na samą siebie…

 

Obecnie mogę przybierać tony melodramatyczne, graniczące z histerią, gdyż mam 3 egzaminy w przyszłym tygodniu i zdecydowanie za mało czasu aby się do nich przygotować 😦 . Proszę więc o wyrozumiałość dla treści oderwanych od przedziału „tu i teraz”. 😉

– 37 –

Miało być obrazkowo i zimowo, będzie pretensjonalnie i całkiem literkowo.

Po pierwsze to zdaje się, że antypatia do mnie może być bardzo trwała. U jednej Pani trwa od ponad 10 lat i zdaje się, że tak już jej zostanie. Płakać nie będę z tego powodu. W swoim czasie wiele zdrowia mnie kosztowała, ale też dzięki niej się życiowo zahartowałam i nauczyłam się świadomie dostawać po dupie. Pani owa wybitnie nie znosiła jeśli się jej wytykało różne niedociągnięcia w obowiązkach, niezgodności i wybiórczą, zależna od nazwiska, interpretację przepisów prawa. Ile razy ja się tłumaczyłam na dywaniku u szefa z tego, że owa Pani nie rozumiała połowy rzeczy jakie się do niej mówi, to wiem tylko ja. Bo rozumienie też miała bardzo wybiórcze i zależne od nazwiska. Mniejsza z większym, jej pech, bo nadal zawodowo jesteśmy w pewnym sensie powiązane i czasem bywa tak, że wypada się nam skontaktować. O ile ja nie mam oporów, o tyle ona zazwyczaj dzwoni do M., która nie dosyć, że siedzi po drugiej stronie korytarza, to jeszcze nie zawsze wie co zostało wysłane… ale co poradzisz, skoro niektórzy są niereformowalni i animozji nie potrafią odłożyć na bok.

Właściwie to tak sobie myślę, że ludzie okropnie dużo energii tracą na nielubienie innych osób, na chowanie animozji i pielęgnowanie niechęci. Też tak długo miałam, ale od jakiegoś czasu, sama nawet nie wiem od kiedy, przeszło mi. Są osoby, które lubię, ale reszta jest mi zwyczajnie obojętna. Nawet Pan Hrabia, który tak długo jak trzyma się ode mnie z daleka jest mi obojętny. Pomimo wszystko co w moim całym życiu nawywijał, i pomimo tego jakie zafundował mi wspomnienia z dzieciństwa. Owszem, jeśli nasze drogi się przecinają dostaję obfity zastrzyk adrenaliny, ale on mija, a ja nie zaprzątam sobie głowy tym człowiekiem. Co do adrenaliny, to po ponad 30 latach stałej gotowości, 5 lat jest okresem zbyt krótkim by wyciszyć w organizmie odruchy nawykowe, które zapewniały ochronę. Właściwie, jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się od emocji z nim związanych uwolnić, a tu masz, sama nie wiem kiedy przeszło. Kiedy minęło. To co pozostało to żal i gorycz, ale i te jakby z czasem stawały się mniej dotkliwe. Nie mniejsze, bo tego nie da się zmniejszyć, ale mniej dotkliwe, bo ileż można walczyć z tym czego nie można zmienić? Więc uczę się nie walczyć z wiatrakami przeszłości. Wkładam je na miejsca, jak puzzle i staram się iść dalej. Idę dalej, ale już z nimi wygodnie ułożonymi w plecaku życia. Jak widać korzyści są szersze niż były zakładane. Ludzie mnie „nie buzują” na stałe, tylko czasem, gdy podniosą mi ciśnienie.

Owszem, poza Panem Hrabiom, jest też kilka innych osób, które podnoszą mi ciśnienie, ale nic ponadto. Kilka następnych mniej lub bardziej mnie irytuje i potrafi zezłości, ale też są to najczęściej efekty z gatunku: akcja – reakcja. Kiedy znikają z mojego widnokręgu, znika irytacja i znika to co może jej towarzyszyć. Czasem nawet gdy są w pobliżu, nieszczególnie zajmują moje myśli. Nawet P. dzisiaj to tylko garść żalu, pół garści smutku oraz połowa z moich siwych włosów. Nawet do manipulantki Z. mam ambiwalentny stosunek, a jedyne co mnie zastanawia, od czasu do czasu, w odniesieniu do jej osoby, to, to jak można tak koncertowo spieprzyć życie wielu osób na około i to tych najbliższych. Jednak to też nie jest kwestia bezpośrednio z nią związana. Przychodzi mi ona na myśl, bo boję się, ze ja mogłabym tak spartolić komuś życie na starcie jak ona to robi. Jest ucieleśnieniem mojego lęku w odpowiedzialności za innych ludzi. Pewnie by się wściekła, że zamiast rozpaczać i drzeć włosy z głowy, bluzgać na nią i jej złorzeczyć, ja siedzę i jej współczuję oraz współczuję jej dzieciom. Paradoksalnie nie dzięki P., a dzięki niej wiele dowiedziałam się o sobie, poznałam kilka swoich granic i powzięłam kilka przekonań, czego w swoim życiu nie chcę.

Skąd te nostalgie i refleksje, ano zima sobie poszła precz. Zbliża się dla mnie trudny czas, bo wiosna, to nie jest moja ulubiona część roku. Właściwie wiosna, to moja najmniej lubiana pora roku. Do kolejnej zimy wile minie miesięcy, ale zdaje się, że zlecą całkiem szybko… być może nawet szybciej niż chciałabym, czy chcielibyśmy.

– 12 –

Druga noc z rzędu nieprzespana. Może nie cała, ale po połowie obie zarwane. Nie żebym zaraz miała jakieś zajęcia nocne. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie spać nie mogę. Kręcę się i wiercę na łóżku, a sen ma to gdzieś i nie przychodzi. Nic nie pomaga, ani poprawianie poduszek, ani poprawianie prześcieradełka. Snu jak nie było tak nie ma. Jedną obserwację jednak poczyniłam. Zdecydowanie lepiej funkcjonuję przespawszy pierwszą część nocy niż drugą. Wolę spać do 2,30 niż od 2,30 (to magiczna godzina z wczorajszej nocy, ale i dzisiejszej, minionej).

Dziś też poranek był zupełnie inny od wczorajszego. Wczorajsze, nisko wiszące, pękate od wody chmury i całkiem przyjemna temperatura jak na tę porę roku (7 – 8 stopni), bez wiatru, sprawiały, że człowiek najchętniej zakopałby się w stercie miękkich kocyków i drzemał sobie, aż wydrzemałby się na dobre, a kiedy by to nastąpiło, to z kubeczkiem ciepłego picia pooglądałby jakieś komedie romantyczne, albo coś, a później wziąłby gorącą, pachnąc i pełną piany kąpiel, oraz zakończył dzień lampką dobrego wina, po czym zapadłby w sen. Marzenie.

Dziś poranek rześki, mroźny, z drapaniem szyb, i zamarzniętymi kałużami oraz okolicą lekko przyprószoną śniegiem i nieco przymrożoną wilgocią na gałęziach drzew podświetlone to wszystko wstającym czerwonym słońcem. Bosko. Cudownie. Tylko dlaczego akurat nie mogę dziś wybrać się na wagary i zamiast do pracy nad papiery udać się z aparatem na jakieś rowy, łąki, pola? Czarowny, bajkowy poranek, a ja gnam do fabryki żeby przez kolejnych osiem godzin tracić wzrok. gdyż, ale i bowiem oczy moje mają dosyć. Już przestają pomagać jakiekolwiek krople i uczucie piasku pod powiekami wpisuje się na stałe w codzienność. Zdecydowanie teraz to już całkiem mogę o soczewkach zapomnieć. Nie ma na nie szans z tak wysuszonymi spojówkami. Jeszcze bym mi się zintegrowały z okiem na stałe i na zawsze…

Do tego, choć sypiam po pół nocy, to trudno się wyspać, kiedy twoim snem żądzą Escherichia coli do spółki ze Staphylococcus aureus… minionej nocy przebiły nawet mister Lewickiego sprzed wielu lat, który to na studiach bardzo „umilił” mi semestr. Tak, zdecydowanie on to mi się po nocy nie śnił nigdy, a nerwów mi zjadł, a tu pac pani,takie to małe, ledwie widoczne pod mikroskopem, a człowieka po nocach przestawia po kątach… a mobilni agenci w sieci człowieka nie wzruszali aż tak. Jak to się wszystko zmienia. Kto by pomyślał.