– 63 –

Niedobory w czasoprzestrzeni nadal mi doskwierają i obawiam się, że przed połową czerwca trudno będzie ogarnąć czas i przestrzeń, tak aby poleniuchować lub przynajmniej zająć się czymś przyjemnym. Obecnie królują rzeczy pilne, pilniejsze i konieczne. Chociaż akurat dziś i jutro byczę się na urlopie… byczę się o tyle o ile. Dziś był dzień z laptośkiem na kolanach, jutro dzień w komunikacji publicznej i kolejna szybka wizyta w grodzie Kraka. Zaszalałam i postanowiłam, że pojadę o całe  minut późniejszym busem niż poprzednio… no zobaczymy jak to będzie.

Jak już wszystko załatwię, to sobie wstąpię gdzieś na dobre śniadanie. Choć pewnie będę tak głodna i tak wymaltretowana, że każde śniadanie będzie dobre o ile będę je w stanie przełknąć, gdyż coś mi gardło nie domaga po wczorajszym wietrzeniu z klimatyzatora. Ja prosta kobieta jestem i o ile przeciąg na mnie nie szczególnie negatywnie działa o tyle klima i moje struny głosowe są w stosunku do siebie w głębokiej opozycji. Przywykłam. Jutro chłodniej więc jakoś to będzie, czyli, że może bez klimatyzacji. Jakoś to będzie. Znaczy zimna Zośka się ogarnęła, zakrzyknęła na chłopaków ogrodników i sobie lekką imprezkę robią. Niech robią, byle bez ekscesów jak w ubiegłym roku, bo chętnie nastawiłabym sobie jakąś nalewkę owocową, a nie obeszła się smakiem i nadzieją na przyszły rok, bo ten przyszły rok właśnie nadszedł. No jak by nie było i jakby nie patrzeć właśnie nadszedł. No i tego będę się trzymać.

Mam kilka obrazków jeszcze, choć już bez smoków, choć ze smokami też pewnie by się jeszcze znalazły. Tyle, że nie mam kiedy ich z karty zrzucić i poprzeglądać. Może w okolicach weekendu, albo kiedyś tam. Teraz to idę się kłaść, bo tak, czy siak, budzik o 4 będzie dzwonił. Choć czwarta rano, to czwarta, a nie trzecia z minutami.

 

– 54 –

Zaległości obrazkowe chyba mi się powoli robią. Chwilami jest to po prostu brak czasu wynikający z obowiązków, a chwilami, po prostu każdy potrzebuje rozbić „nic”. Moje „nic” polega na trzymaniu się z dala od komputera, najlepiej na świeżym powietrzu, a jeszcze lepiej w ruchu. Żadne leżing i smażing w grę nie wchodzą.

Jakiś czas temu, z dnia na dzień, przyszła wiosna. Przyszła i się rozgościła, ale o rozgoszczeniu się na dobre, będzie następnym razem. Tymczasem Chyrowa i spacer do Źródła św. Jana z Dukli z ciekawostkami po drodze w postaci paralotniarzy i maluszka zaparkowanego na środku łąki pod brzozami.

– 50 –

Zachmurzyło się. Może to i lepiej, gdyż zdecydowanie dziś, po minionym weekendzie, słońce tylko by mnie męczyło.

Dolega mi przetlenienie oraz piekielne zakwasy w udach. Spędziłam na wolnym powietrzu raptem 1,5 dnia, czyli pół soboty i niedzielę, a efekt taki, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Owszem, kamieniołom wczoraj zaliczyłam, ale tylko wizualnie i z daleka. Patrzyłam sobie na niego spokojnie ze zboczy sąsiednich wzgórz o ile miałam siłę aby patrzeć na cokolwiek, bo bywało, że nogi przebierały gnane li i wyłącznie siłą woli. Po tej zasiedzianej zimie, moja kondycja nie istnieje. Owszem, było kilka podejść, ale nie popadajmy w dramatyzm, nie były to ani najdłuższe, ani najbardziej strome podejścia. Ledwie przeciętne, a ja bałam się, że mięśnie mi się rozpadną. Zdecydowanie jednak, całkiem miło, zaskoczyły mnie moje płuca, które tym razem nie chciały spierdzielać na Majorkę, jak to bywało drzewiej. Znaczy się, octan miedzi chyba zadziałał. Jest ohydny, ale skoro działa, to chyba go sobie jeszcze jakiś czas będę popijać, a za kilka tygodni zrobię sobie badania tych moich czerwonych donosicielek tlenowych co to mi różne numery lubią wykręcać. Zakwasy w udach to inna bajka, trzeba było się w sobotę nie spinać po drzewach jak małpka, to pewnie nic by mi dziś nie było, gdyż na wczorajszą wycieczkę udałam się już właśnie z po-drzewnymi zakwasami, ale co mi tam, ktoś się musiał zlitować nad tymi biednymi jabłonkami. Jeszcze dwie zostały, ale nimi mam zamiar zająć się w nadchodzącą sobotę.

Zdjęcia owszem będą, ale kiedy, tego nie wiem, bo ogólnie znowu mam problem z czasoprzestrzenią i niedosnem. Tego ostatniego mój człowiek bardzo nie lubi, a dziś mu to akurat dolega. Niestety jednak, w bieżącym tygodniu, rokowania na odsypianie są niewielkie. Gdyż w środę, o 4.35 się do grodu Kraka wybieram publiczną komunikacją. Miałam jechać jutro i nocować, ale jakoś nie mam przekonania. Tiktaś niestety, obawiam się, że mógłby w zakresie sprzęgła, tej wyprawy nie przeżyć. Czas zacząć się rozglądać za innym autem, ale może w maju, albo w czerwcu. W maju komunie są. Też wydatek. No i tak to się kolebie do przodu, od dnia wolnego, do dnia wolnego, których jak na lekarstwo, ale mam zamiar sobie zrobić całotygodniowy długi weekend, więc może uda mi się odpocząć. Na to liczę. W sensie, na odpoczynek wraz z odrabianiem zaległości w zakresie posiadanej wiedzy. Zdaje się, że Warszawka mi w tym pomaga, darując nam dzień wolny 4 maja i nakazując przyjść do pracy w zamian 26 maja. Ogólnie to mam ich gdzieś – urlop to urlop i już. Za takie pieniądze jak tu zarabiam, to akurat te wolne soboty są jednym z nielicznych plusów tej pracy, gdyż zarobki nim na pewno nie są. W soboty to ja i owszem, pracować mogę, jednak za wynagrodzenie, które mi to zrekompensuje, a nie że za bezcen. Tym nie mniej oddalę się właśnie do wykonywania tych czynności, za które mi jednak płacą…

– 48 –

Wczoraj, po fabryce, wybrałam się na spacer do lasu. Był on mało spacerowy, gdyż nadane mu było pewne przeznaczenie, a pierwotny cel wędrówki nie opiewał takich ekscesów jak las. Owszem, w Wersalu będąc, do lasu mam blisko. Nawet nie, że za rogatki miasteczka. Mniejsza jednak o to, gdzie ten las mam, a o to co w tym lesie rzecz się ma.

Otóż, las lasem i roślinkami stoi, ale nie tylko. W lesie są też zwierzątka i żyjątka.  O ile ze zwierzątkami wchodzenie sobie w drogę może być unikane całkiem łatwo, o tyle żyjątek nie da się uniknąć, zwłaszcza gdy włażąc do tego lasu przewalasz ziemię swoimi „ręcami”. Tak więc pajęczakowate, mrówki i komary przywitały mnie w tym roku, może nieco późno, ale bardzo owocnie. Pędziłam z tego lasu do domu prawie jak oszalała, no dobra, przesadzam, jeszcze w tym szaleństwie opamiętania znalazłam na tyle, aby do sklepu wstąpić na drobne zakupy. Nie mniej jednak, wszystko w tym lesie chciało mnie zjeść, pożreć i w ogóle. Jeżyny mnie zaatakowały i dzika róża również. Nie mniej, to co w planach wędrówki było celem, udało się odnaleźć tylko w małej ilości. Za to inne, nieplanowane zupełnie cele zostały namierzone i wykopane oraz umieszczone w lodowce na rzecz tego, że dziś trafią do gazety… której wczoraj zapomniałam sobie kupić więc musiały chcąc nie chcąc trafić do lodówki. kokorycz w prawdzie miała mieć inne zastosowanie, ale i jej lodówka nie ominęła, gdyż nie pomyślałam, że mając na prawdę imponujący w zawartość barek, podręczny, nie mam w nim ani grama czystego alkoholu, że o mocniejszych wariantach czystości nie wspomnę. Tak więc dziś czeka mnie popołudnie przetwórcze.

Niepocieszona jestem, gdyż podbiał właśnie się zawija już z kwitnieniem, a mnie nie udało się odnaleźć żadnego jego stanowiska innego niż na poboczu drogi lub w przydrożnym rowie, ale akurat na związku metali ciężkich zapotrzebowania obecnie nie mam, za to chętnie syropek spróbowałabym zrobić. No więc tak się życie kolebie powoli. Od dnia, do dnia.

– 47 –

No i prawie lato mamy. Nie będę złośliwa, i nie będę snuć dywagacji, jaki będzie kolejny weekend, i czy przypadkiem nie będzie padał śnieg, gdyż w tym roku, jak wiadomo powszechnie, wszystko w przyrodzie jest możliwe i nic nie ma pewnego. Nie mniej jednak, nie do końca odpowiada mi ten przeskok z zimy bezpośrednio w lato. Ma on owszem swoje dobre strony, gdyż pozbyłam się mojego ulubionego płaszczyka przejściowego, który po prostu był ulubiony, i nic to, że poprzecierany, nieco wyblakły, nadal zapewne byłby poddawany próbom reanimacji, gdyby nie ten drobny szczegół, że zrobił się ostatnio również przyciasny. Z wielkim więc żalem, ale się jednak rozstaliśmy. To nie tak, że brak w mojej szafie innych paltocików, kurteczek i cudów wianków na kiju. W mojej szafie wiele tego dobra. Właściwie mam więcej niż jedną szafę, gdyż właściwie pomieszkuję sobie przecież w dwóch miejscach, więc właściwie mam co najmniej dwie szafy. Dobra wszelkiego u mnie dostatek, ale ulubionych i ulubieńszych od ulubionych rzeczy ma się dwie na krzyż. Tak więc, lato jest o tyle dobre, że płaszczyka nie mam, a kurtka seledynowa nie do wszystkiego się nadaje. Podobno nie do wszystkiego, gdyż wg mnie jednak do wszystkiego. Nie o ciuchach jednak miałam pisać. Choć może być i o ciuchach.

Wracając jednak do tego lata, co to przyszło za szybko, to w sumie jednak poza pozytywami płaszczykowymi, same minusy ze sobą przyniosło. Minusy gdyż przedwiośnie i wiosna są po to aby człowiek zdążył się przynajmniej psychicznie przyzwyczaić do myśli o tym, że lata nadchodzi. Tak, ja wiem, że to żadna nowość, że lato jest każdego roku. Co więcej, że zawsze przypada w tym samym terminie, to też wiem. Jednak, temperatura i słońce determinują człowieka bardziej niż kartki w kalendarzu. Więc takie łubudubu i lato zaraz po zimie, zwyczajnie nie jest zdrowe. Gdzie tu czas na to by przywyknąć do tego, że czas oswoić się z myślą, że do lata nie uda nam się w żaden sposób pozbyć tego, czy tamtego wałeczka, że być może powinno się nieco wywietrzyć szafę, zamiast liczyć na to, że może w końcu się schudnie i od trzech sezonów przekładać z półki na półkę sukienkę, w którą i tak się człowiek, może nie tyle nie zmieści, co wbić się wbije, tylko jakoś przestało to wyglądać apetycznie. Z drugiej strony cuda się zdarzają, wszak trzy lata i 10 kilo temu zmieściłam się w sukienkę z ogólniaka i do tego dobrze w niej wyglądałam. Nie oszukujmy się jednak, takich fanaberii życiowych już raczej trudno w moim wieku oczekiwać od losu. Stara to ja dopiero będę za lat 30 lub później jeszcze, jednak, te trzy minione lata wywarły swoje piętno i tego akurat cofnąć się nie da. Tak więc, wracając do meritum, klops w musztardzie, a raczej w szafie, gdyż poza płaszczykiem kilka innych rzeczy wyleciało z tej szafy, a i nie jedna jeszcze wyleć, gdyż mam chytry plan, aby ograniczyć ilość przyodziewku, który ma status „leżakowania”. Po kolei mam ubierać, jeśli mi odpowiada to do chodzenia, a jeśli jest coś co sprawia, że kręcę nosem i marudzę, to do wora i pod śmietnik. Ktoś się może ucieszy. Gorsza spraw, że plan obejmuje również szafę z butami, a to może wywołać ciężką nerwicę. Nic to, że mój człowiek zdrowotnie dostaje ataku paniki i histerii na widok butów na wysokim obcasie, przecież nie mogę się wszystkich pozbyć! Tu akurat liczę na to, że trochę ruchu, trochę ziółek i sobie poradzimy z problemami. Gorzej z okazjami na jakie te byty można ubierać. Jeszcze niedawno biegałam w nich niemal na co dzień, a dziś? Sportowe chodaczki i  pewnie jakieś tenisówki na lato na zmianę z balerinami i trepami w terenie.

Zdaje mi się, że jedna rzecz nie wróciła na miejsce. Nie wiem tylko jeszcze czy na stałe opuściła swoje pozycje, czy też po prostu gdzieś wyjechała na wakacje i się zasiedziała. Kiedyś lubiłam wyglądać dobrze dla samej siebie, dziś, mam to gdzieś. Ma być wygodnie, że czysto to oczywista oczywistość, więc tu nie ma nad czym się tkliwić, ale ma być wygodnie i już. Gdzieś z tyłu głowy kołacze się, że już nie muszę nic nikomu pokazywać i nic nikomu udowadniać, nawet sobie, że jest jak jest i Pani w wieku średnim młódką się nie stanie. Więc po co szpilki, kiecki, makijaże – szkoda czasu. Przebieranki niech zostaną dla młodszych… tyle, że to wymówka, bo tak na prawdę nie o to chodzi, tak jak nie chodzi o wiosnę, a o brak motywacji. Brak motywacji tej właściwej.

– 21 –

Numerki w tytule niby są praktyczne, ale czasem są zbyt minimalistyczne, nawet jak dla mnie. Może to też kwestia braku przyzwyczajenia. Skoro tyle lat wymyślałam tytuły, to teraz, pilnowanie kolejnych numerków jest takie skąpe. Zamiast marudzić mogłabym wrócić do systemu tytułów, ale z innej strony, nowe miejsce, nowe zasady… zwłaszcza skoro archiwum powiedziało, że mam się dymać i ono się nie da tak łatwo przenieść. Może to i lepiej. Do rzeczy jednak, do rzeczy.

Tak więc, nie wiem jak w reszcie świata, ale u nas dziś iście wiosenny poranek. Trudno uwierzyć, że w kalendarzu mamy 31 styczeń. Niewiele na minusie, jakieś raptem marny jeden lub dwa stopnie, bez wiatru, ze słońcem wychodzącym zza okolicznych pofałdowań terenu i ze świergolącymi całkiem po wiosennemu ptakami.

Wszystko się w tej przyrodzie pomieszało. Całkiem, całkiem. Skoro w przyrodzie się pomieszało, to jak u licha ja się mam poskładać? Jestem rozkojarzona, zdekoncentrowana, chaotyczna. Normalnie jak nie ja. Każdego roku czekam na zimową ciszę i ograniczenie barw. Kiedy inni marudzą ja się wyciszam i układam chaos reszty roku, składam wszystko na odpowiednie półki, aby w resztę roku mieć czym bałaganić… a za rok, mieć znowu co układać. Kolejna zima bez zimy to prawie horror, bo kiedy u licha mam poskładać siebie? Bez zimy? Się nie da! Choć kilka dni.

No nie wiem, może po feriach? Bo u nas teraz ferie. Cicho i pusto na osiedlu. Droga do pracy pusta. Pod szkołą cicho, nawet pod przedszkolem mniej maluchów ciągniętych do budynku przez rodziców, a co więcej, nadal (w okolicach 7,30) dostępne są moje ulubione drożdżówki w sklepie obok którego przechodzę w drodze do pracy. W czasie innym niż ferie nie jest to takie oczywiste, że one tam są i czekają na mnie. Tak, wiem, że miałam zrezygnować z drożdżówek, nawet na jakiś czas się to udało, ale właściwie to nie czuję tego powodu, dla którego mam sobie odmawiać drobnych przyjemności. Skoro zdecydowanie kakao i czekolada mi nie służą, to jak zrezygnuję z wszystkiego, to nic mi nie zostanie. Tak przecież być nie może.