– 139 –

Tak sobie myślę o czym by tu naklikać. Tym bardziej, że z czasem się ścigam już od kilku dni. Jak czas uda mi się poskromić na chwilę, to sprzęt się potrafi zbuntować, albo inne sprawy wybijają mnie z toku myślenia, albo pozbawiają zacięcia do pisania. Możliwe jest też, że to wszechświat, kontinuum, albo moja własna podświadomość robią mi psikusa i po prostu sprawiają taki ciąg zdarzeń, aby temat przebrzmiał w mojej głowie. Właściwie, pewnie może i rację mają. Nie ma o czym pisać. Jedyne co jest to hipotezy, domniemania, i… szukanie dziury w całym. Pożyjemy, zobaczymy. Co ma być to będzie.

Tak więc zostawiając za sobą temat, o którym napisać nie udało mi się od kilku dni, zajmijmy się przyziemnościami. Powiedzmy sobie szczerze, że nie jest łatwo pamiętać, że nie każdy spędza tyle czasu przy monitorze co ja. Czasem zapominam, że różne rzeczy mogą być dla innych problemem, choć dla mnie są oczywistą oczywistością. Staram się brać poprawkę na to, jednak, branie tej poprawki jest coraz trudniejsze, zważywszy na fakt, że dorastają nam, i wchodzą w życie, kolejne roczniki, które zdaje się z komputerem i z nowinkami technicznymi są za pan brat, ale kiedy przyjdzie co do czego, okazuje się, że poza prostymi frazami wpisywanymi w przeglądarkę, najczęściej za pomocą dwu palców, na klawiaturze dotykowej telefonu stanowi cały zakres umiejętności owych młodych ludzi.

Tak więc sobie myślę, że informatyzacja i elektronizacja to w naszym społeczeństwie nadal pieśń odległej przyszłości. Bardzo odległej, a może mniej. To zależy. Zależy od tego, kiedy obsługa głosowa wejdzie do powszechnego zastosowania. Kiedy wszystkie pralki, lodówki i telefony będą do nas tylko mówiły, najprawdopodobniej bardzo prostymi zdaniami. Nie mniej, w dniu w którym się to stanie, umiejętność pisania zostanie niszowym, oldskulowym zajęciem, uważanym za stratę czasu. Prawdopodobnie to samo spotka umiejętność czytania, bo nie oszukujmy się, ale już teraz, czytanie ze zrozumieniem, nawet wśród ludzi z wykształceniem wyższym, jest umiejętnością coraz trudniejszą do stwierdzenia. Tak więc zdania wielokrotnie złożone, naszpikowane przecinkami i innymi znakami interpunkcyjnymi, ciągnące się przez kilka długich linijek tekstu na stronie internetowej lub na ekranie czytnika e-booków, lub też w tradycyjnie drukowanej formie, staną się wyzwaniem dla najbardziej upartych, zaciętych i dostrzegających chociaż cień sensu w posiadaniu umiejętności czytania i pisania samodzielnego, że nie wspomnę o rozumieniu abstrakcji i zrozumieniu tekstu w jego konsensusie. W chwili gdy wszystko to stanie się abstrakcją, a dzień taki przyjdzie, urzadzenia będa do nas mowić prostym językiem, prostymi zdaniami, najprostszymi sformułowaniami, i będą tak robić, nie dlatego, że będzie im brakowało możliwości syntezy i analizy składni zdań wielokrotnie złożonych, ale dlatego, że to kolejne pokolenia ludzi będą mieć problem ze zrozumieniem tekstu. Zdecydowanie, do wszystkiego najprawdopodobniej będą potrzebne również obrazki. W ten sposób historia ludzkiego rozwoju intelektualnego zatoczy niesamowite i pełne koło – od prymitywnych rysunków na ścianach jaskiń do prymitywnych rysunków na tabletach. Od upamiętniania dnia codziennego i ważnych zdarzeń ku pamięci potomnym, do… szarej egzystencji dnia codziennego, gdzie zatracimy umiejętność samodzielnego myślenia, samodzielnego stanowienia i gdzie bez obrazków i dźwięków komend płynących z otaczających nas urządzeń – trudno będzie się żyło, a znać i znajdą się tacy, dla których nie będzie to zupełnie możliwe.

Smutna to wizja, bo znaczyć będzie, że maszyny nas zastąpią. Przynajmniej na tak długo, jak starczy im energii, lub na zawsze, jeśli nauczą się same panować nad energią, co jest zupełnie możliwym i żadnym zaskoczeniem nie będzie. Oczywiście gro osób będzie zaskoczonych i zdziwionych takim obrotem stanu rzeczy, ale czy na prawdę powinni być zaskoczeni? Czy przypadkiem nie zmierzamy dokładnie w tym kierunku i to po równi pochyłej, czy jak kto woli, prosto w dół ku tej przyszłości bez jakichkolwiek przeszkód na naszej trasie upadku, zgodnie z efektem śnieżnej kuli…

Do tego mam jeszcze jedną mała refleksję. ONZ, zgodnie z artykułem, który wczoraj wieczorem rzucił mi się w oczy na wyświetlaczu telefonu, twierdzi, że jeszcze w tym stuleciu, populacja polaków spadnie z ponad 40 milionów do raptem poniżej 30 milionów. No i że to źle i niedobrze. Nie zgadzam się z tym. O ile to oczywiste, że moje pokolenie, jak i kolejne, raczej nie mają co liczyć na emerytury, ale nie oszukujmy się, że rodzenie hurtowych ilości dzieci tylko po to, aby zapewnić emerytury starszym pokoleniom jest dobrym rozwiązaniem. Jak dla mnie jest najgorszą możliwą głupotą. Co więcej, głupotą, którą wiele krajów, w tym nasz, stara się popełnić. Bądźmy realistami, ziemia ma określoną powierzchnię, może utrzymać określoną liczbę jednostek, a nas jest na prawdę dużo, więc walczyć o to aby nas było jeszcze więcej, tylko po to, aby mieć utrzymanie na finiszu życia, jest egoizmem, bo myśląc o sobie, niejako zapominamy o naszych dzieciach i dzieciach naszych dzieci… pierwszorzędni z nas egoiści.

Podnoszony przez ONZ fakt, że nie będzie miał kto pracować, gdyż społeczeństwo w zastraszającym tempie się zestarzeje, też jest dla mnie nie do końca zrozumiałym, gdyż praktycznie w każdej dziedzinie produkcji mamy tak na prawdę nadprodukcję, przez co zalewa nas nieustająca lawina śmieci. To chyba jest właśnie klucz do zrozumienia tego stanowiska.  Bedzie nas mniej, będziemy mniej potrzebować, trzeba będzie zmniejszyć produkcję, a więc zmniejsza się zyski… oj zyski się zmniejszą! To jest właśnie główny problem ubrany w populistyczne hasła pełne troski. Gówno prawda. Jedyne co się na świecie liczy to pieniądz. Ludzie, tacy jak ja, mieszkający gdzieś na końcu świata, są istotni tylko tak długo, jak długo mają pieniądze aby móc je wydawać, wydawać, i wydawać. Kiedy nie mają pieniędzy – przestają się liczyć. Nie masz kasy – nie istniejesz.

… bo patrząc tak logicznie – jeśli będzie nas mnie, będziemy mieć mniejsze potrzeby, to i miejsc pracy będzie mniej potrzebnych.

Swoją drogą, zastanawiam się w jaki sposób matka natura wyrówna to dzikie szaleństwo i przywróci równowagę, bo tego, że dzień, w którym to zrobi, w końcu nadejdzie, to tego akurat jestem pewna. Co do tego akurat nie mam żadnych wątpliwości. Kwestia kiedy i jak. Bo to, że pierdolnie, to jest akurat zagwarantowane prze naturę i jej dążenie do zachowania równowagi. Kwestia, czy wpierw naturze „puszczą nerwy” i skończy się cierpliwość, czy też – unicestwimy się sami od siebie… Najprawdopodobniej nie będzie mi dane tego doczekać, ale co z tymi, którzy przyjdą po mnie… co z następnymi pokoleniami?