– 125 –

Mam wrażenie, że obecnie życie pokazuje mi kilka rzeczy i kilka spraw od drugiej strony. Od tej innej. Bardziej chłodnej, bardziej racjonalnej, bardziej zimnej. Pokazuje mi emocje, uczucia, obrazy i przygląda się. Patrzy bezczelnie, jak moje ramiona coraz bardziej się uginają, jak coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pokazuje mi to wszystko na chłodno i z takimi detalami, że mam ochotę powiedzieć, po raz kolejny, „Przestań już”. Wyciąga całą gorycz tego na co pozwoliłam aby się stało. Obrazuje, jak bardzo chciałam wielu rzeczy nie widzieć, nie dostrzegać. Nawet wówczas, gdy ze zdziwienia brakowało mi oddechu, pozwalałam żeby się działo, a bezdechów było wiele.

Teraz mówię, teraz widzę, teraz dostałam rolę „z tej drugiej strony”. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie wiem, jak postąpić, że nie wiem co zrobić powinnam, co mogę, co chcę. Wszystko to sklarowane jest do bólu. Jedyne co jest inne, a może dokładnie takie samo, to że właściwie mam gdzieś, jaką drogą życie poprowadzi i napisze ten scenariusz, a może bardziej… nie mam siły walczyć z kolejnym scenariuszem, na który mam tylko złudzenie wpływu.

To przyjemne uczucie jest wiedzieć, że komuś na tobie zależy, z drugiej strony, kiedy wiesz, że zwyczajnie nie potrafisz tego oddać, czyż nie jest hipokryzją podejmowanie prób zatrzymania tego zainteresowania?

Gorzkie jest to moje „nie potrafię”. Gdybym mogła zamienić je na „nie chcę”, lub zwyczajne „to nie to”, czy „nie tym razem”. Jak powiedzieć komuś, że zwyczajnie, najprościej na świecie nie potrafię dać tego, co chciałby, że już nie potrafię dać tego nikomu. Kolejną rzeczą, której nie potrafię, to nie potrafię powiedzieć, czy kiedyś, kiedykolwiek się to zmieni.

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.

– 74 –

Czy ktoś może ten deszcz wyłączyć? Był potrzebny, ale, czy w tym kraju możliwy jest umiar chociażby w pogodzie, czy tylko skrajoności, we wszystkim sa preferowane?

Mniejsza z większym, jeśli o pogodę idzie.

W kinie byłam. W tak zwanym między czasie. Biegając pomiędzy, tym, owym i siamtym jeszcze, siedząc nad książkami i innymi takimi. W miniony piątek, skoro się kilka rzeczy w czasie ogarnęło, to i wieczór był wolny. Poszłyśmy więc z A. do naszego, starego, poczciwego kina, gdzie mile zaskoczyły mnie nowe fotele, a w tym KANAPY. Na naszej prowincji. No proszę, jak to się zmienia świat. W prawdzie z przodu, podobno dla rodziców z dziećmi, ale powiem wam szczerze, siedzi się na nich rewelacyjnie. Zwłaszcza z moim wzrostem, bo, choć są wysokie, to jednak, są tak ustawione, że spokojnie, wygodnie siedząc, widzę ekran, anie czubki głów przedsiedzących oglądaczy. Normalnie nic mnie tak w kinie nie deprymuje, jak czubki głów… a tu, proszę ja ciebie, komfort. Żadnych czubków głów, bo wszyscy pouciekali do tyłu, a tam może i wygodne te nowe fotele, ale nie to co kanapy. Jednak, roztkliwiam się nad kanapami, a film?

No więc „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, jak najbardziej godna polecenia, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię. Szczerze, przyznam się wam, że chwilami w ogóle nie zauważałam, że film jest czarno biały. Nie umiem powiedzieć, czy miał jakiekolwiek wstawki koloru, bo kolor był nieistotny. Właściwie istotna to była muzyka. Tutaj przyznam, że mnie porywała co chwil, i miałam ochotę to tupać nóżką, to dla odmiany kołysać się nostalgicznie. Nie, no warto iść. Tak na prawdę to, jak to u Pawlikowskiego bywa, nie do końca wiadomo o czym film jest w pierwszej kolejności, bo niby o miłości, przedstawionej nieco toksycznie, usprawiedliwionej nad wyraz okolicznościami, ale czy może właśnie on nie jest o okolicznościach, które wypaczają wszystko, nawet miłość.

Kot Tomasz – nie ma sensu się rozpisywać, powiedzmy, że on to chyba umie wszystko zagrać. Jedynym, aktorem, który wg mnie go przebija, jest Piotr Fronczewski, ale Kot jeszcze młody jest, i choć to łatwe nie będzie, myślę, że ciągle jeszcze może nas zaskoczyć.

Agata Kulesza – ostatnio za dużo u mnie Agaty jest. Normalnie, przypadkiem wyszło, że pół jej dorobku artystycznego ostatnio sobie z różnych względów odświeżyłam, więc i z tego ten przesyt. Kilka kwestii, niby drugi plan, ale bez drugiego planu, pierwszy nie mógłby istnieć. Minimalizm. Ile można powiedzieć bez słów, tylko po prostu będąc – zobaczcie.

Joanna Kulig… no proszę, jednak miłe zaskoczenie, a nawet bardzo miłe. Mimo wszystko nie spodziewałam się po niej takiego zacięcia, bałam się, że jednak swoimi jakimiś manierami, przebije rolę, a tu wszystko trafione w punkt. Ujęła mnie, może też tym, że postać odtwarzana, często rozmawia sama z sobą, a ja też tak mam. Jest to niby dramatyczne, ale nieco komiczne, pomimo wszystko, bohaterka ma dystans do siebie. Będę się baczniej przyglądać.

I tak, film miał kolorowe wstawki, ale na prawdę, nie ma to znaczenia, choć to kino, i obraz przecież, dla mnie, kolor i jego brak zupełnie się rozmyły w historii. Choć nie jest to film, który rzucił mnie na kolana i rozłożył na łopatki, to warto jak najbardziej poświęcić na niego czas.

Zastanawiam się tylko nad jednym, skąd u reżysera taki pociąg do monotematycznego odniesienia zakończenia uczuć… ale na tym cisza, idźcie i zobaczcie. Warto. Nawet po ciężkim dniu w fabryce, choć nie jest to najlżejsze kino na świecie, ale najcięższym też nie jest.