– 6 –

No to jest ten nowy, 2018 rok. Przywitałam go w domu, w szlafroku, z dziwnymi podręcznikami w ręce i na trzeźwo. Nie wiem, czy to ostatnie to był dobry pomysł, w sensie ta trzeźwość, ale jeszcze na sam widok alkoholu mnie skręca, o piciu nie wspominając. Więcej z BP nie piję. No dobra, może nie że nigdy, ale pewne jest jedno – nie szybko.

Tak więc mam weekend pod hasłem pidżama party & lodówka. Za oknem drugi wieczór nieprzerwana kakofonia wystrzałów, że człowiek własnych myśli nie słyszy, ale nie zmienia to faktu, że mam mało czasu na pewne sprawy, więc staram się spamiętać to i owo.

Nie mam w planach żadnych postanowień noworocznych. Nic z tych bajek. Po co mi to? Mam za to takie wewnętrzne przekonanie, a nawet pewność, że czasu to ja w tym roku za wiele miała nie będę. Wbrew temu co A. wyczytała w horoskopach do naszego zodiaku przypisanych, przynajmniej u mnie, widoków na nadmiar wolnego czasu i niezbyt wiele roboty brakuje. Zdaje się, że obowiązków, nie żeby zaraz tylko zawodowych, ale wszelkich innych sobie nawymyślałam, że hoho, a chciałabym od wiosny dorzucić jeszcze to lub owo. A. marzy się w tym roku rumuński urlop, ale nie wiem. Zobaczy się. Znaczy, chętnie bym się wybrała, ale w inne miejsce i nie w taki sposób jak do tej pory. Chętnie poleżałabym przez jeden dzień na urlopie gdzieś na kocyku, najlepiej na plaży, i posłuchała szumu fal.

Bardzo zabawne, zważywszy, że morze w dłuższym wymiarze czasu, swoim nadmiarem jodu, mnie rozprasza i rozkłada na łopatki mój system dokrewny. Może gdybym tak włączyła wcześniej suplementację jodu? Mniejsza z większym. Prawdę mówiąc, to ja chętnie bym sobie np. jakieś greckie wyspy odwiedziła. Może jeszcze coś innego, ale zdecydowanie jakieś miejsce gdzie jest ciepło i słonecznie. Gdzie jest sporo promieni, które kopną w dupę mojego człowieka i przypomną mu, że witamina D też się w człowieku czasem przydaje.

Tymczasem, przeglądam sobie komody. To jedna z ostatnich rzeczy jakie mam zaplanowane do zakupienia do Wersalu. Poza „obrazkami” i pólkami do kuchni, oraz rzecz jasna półkami w przykuchennej szafie na „przydasie” wszelkie.

Jeju, jutro już wtorek. W robocie przez najbliższe dni będę mieć wiele okazji do tego by zapomnieć, jak się nazywam, a po robocie, mam do zapamiętania pewnie ze 300 stron, bynajmniej nie beletrystyki. Jakoś to ogarnę, chociaż nie wiem jeszcze jak. Wiem jedno, zaczynam popadać w histerię i panikę. Ma to jednak swoje całkiem dobre strony – zupełnie nie mam czasu na głupoty. Chociaż, czy taka pełna kontrola jest znowu tak dobra? Jest skuteczna, ale czy dobra.

Nawet jeśli mi po głowie chodzi jakieś drobne szaleństwo i pokusa do jego popełnienia, to kurde, brak mi kompani. A. mówiąc o piciu ma na myśli 2 lampki wina maksymalnie, BP dla odmiany całe wiaderko. W obu przypadkach nie ma mowy o wyjściu gdzieś, bo oboje nie praktykują. E. też nie praktykuje wychodnego, a picie na smutno akurat jest ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę. Tak więc, chyba jednak wyciągnę ostatni kawałek „pijanej” śliwki z lodówki, odpalę na laptośku jakąś komedię i postaram się zapomnieć na chwilę o tych wszystkich literkach jakie mam do przeczytania… co łatwym nie będzie… ale dobry film i czekolada z nutką alkoholu, mogą na prawdę wiele.

Wszelkiej pomyślności i zdrowia w tym nowym, 2018 roku Wam życzę.