– 132 –

Słów kilka o moich ulubionych hasłach. Hasłach, które oczywiście wnoszą stuprocentowo odwrotny rezultat od wygłaszanego przez osobę głoszącą owo hasło.

nr 1. – „Nic mi nie jest” – moja wyobraźnia podsuwa obraz, jak z horroru: urwane kończyny, rany cięte, kłute i szarpane. „Nic mi nie jest” oznacza, że bezapelacyjnie „Coś mi jest, tylko nie chcę ci tego powiedzieć”.

nr 2. – „Wszystko jest dobrze” – naprawdę? dobrze? czyli jak? Coś ewidentnie nie jest dobrze, kiedy ktoś lakonicznie stwierdza, że „Wszystko jest dobrze”. Dawaj, zaraz mózg zaczyna analizować, wiercić się i kręcić, i milion jeszcze innych rzeczy. Podsuwa obrazy, bynajmniej równie dalekie od sielskiej idylli widoków z reklam jedzenia na piknikowych kocach w uroczych miejscach. To już szybciej wizja lokalnej „masakry piłą motorową”.

nr 3. – „Nic się nie martw” – jak na mój gust, spłonęło już pół domu, a drugie pół zalała powódź błota. „Nic się nie martw” uruchamia magiczny przycisk odpowiadający za podprogram „sprzątanie”. „Nic się nie martw” oznacza bałagan, o ile jeszcze chodzi o ten fizyczny, który da się ogarnąć miotłą i ścierą, o tyle ten emocjonalny… zastanawiam się zaraz czy mam jakieś lody upchnięte na wszelkie „w” w lodówce, bo ja za lodami to raczej nie jestem, obywam się, ale czasem bez lodów nie da się wyciągnąć z drugiej strony czym to mam się nie martwić. Dla siebie za to zastanawiam się, czy mam uchowane na tę okazję jakieś słodkości czekoladowe lub… solone orzeszki.

nr 4. – „Tylko się nie denerwuj. / Nie denerwuj się.” – tak. Uwielbiam pasjami. Chcesz mi zafundować noc bezsenną – proszę bardzo, powiedz, że jutro poważnie porozmawiamy, ale dziś powiedz żebym się nie denerwowała. Brawo ja (za reakcję), brawo Ty (kimkolwiek jesteś – tym hasłem rozbiłeś bank).

Powyższa lista oczywiście nie wyczerpuje tematu. Spokojnie można do niej jeszcze kilka „czasoumilaczy” dorzucić. Nie mniej, właściwie, to mnie najbardziej lubi doskwierać ten ostatni. Pomijając, jednak kwestię, jaki ciężar na stan moich nerwów niosą te poszczególne zwroty, chciałabym przypomnieć, że mózg działa w bardzo specyficzny sposób. Otóż, okazuje się, że nasz ludzki mózg ma problem z przyswajaniem znaczenia „nie”. Tak więc, pomijając nr 2 („Wszystko jest dobrze”), nagle okazuje się, że tak na prawdę odbieramy wiadomości o treści:

ad nr 1. – Nic mi jest – czyli, w wolnym tłumaczeniu – COŚ MI JEST. Coś – tyle, że u licha co? Tego już mózg nie wie, więc panika i histeria włączona zostaje w sporej mierze – z automatu.

ad nr 3. – Nic się nie martw – czyli, w wolnym tłumaczeniu – COŚ SIĘ MARTW – choć trochę. Dokładnie niw wiem ile masz się martwić, ale się martw, choć trochę, albo nieco więcej, albo wiesz – całkiem sporo… przynajmniej nie będzie, że jesteś obojętna i brakuje ci zainteresowania dla tematu…

ad nr 4. – Tylko się nie denerwuj. / Nie denerwuj się. – DENERWUJ SIĘ / DENERWUJ SIĘ… a najlepiej od razu panikuj. Przecież szkoda sobie odmawiać, co tam byle zdenerwowanie, panika to dopiero jest coś – to jest po protu to. Czas sobie powoli „tik – tak, tik – tak” tupie, a ty masz nagle w cholerę czasu i dawaj… myśli najpierw spacerkiem, później szybciej, trochę kłusem i do galopu, a czas sobie „tik – tak, tik – tak”. Powolutku, bez pośpiechu. Czas ma czas. Szkoda, że w innych sytuacjach tak piperdzela, a teraz, dzisiaj on sobie tak nieśpiesznie „tik – tak, tik – tak”.

… ponieważ mój czas dzisiaj postanowił stanąć w opozycji do tempa moich myśli i płynie odwrotnie proporcjonalnie, to chyba czas na drinka. W prawdzie, nie ma przenośnego lusterka, a w korytarzu to lekki obciach, ale fonika z obiektywem na dwie strony, nada się w miejsce lusterka. Poza tym, czy w moim wieku to już nie można sobie drinka w swoim własnym towarzystwie wypić na lepszy sen? Raz na rok chyba wolno?  Zwłaszcza, że już to jest nie dziś, a jutro…

– 32 –

Ogarłam (słowo ogarnęłam nie oddaje sensu moich działań z ostatnich dni). Tak więc, ogarłam, co do ogarnięcia było. Nagromadziłam zaległości własnych oraz stertę bajzlu, czego bardzo nie lubię. Teraz się muszę odgruzować. Odgruzowanie jest czynnością, która jest upierdliwa i poza moją sferą zainteresowań, więc po prostu staram się do tej konieczności nie dopuszczać. Czasem jednak nie wszystko jest tak jak być powinno i odgruzowanie jest potrzebne.

No więc sobie odgruzowuje. Staram się przypomnieć sobie, w których miejscach porzuciłam własna robotę w połowie drogi do końca. Czego również nie lubię. Jednak, wszystko to ma swoje dobre strony, bo mogę sobie wymyślić jakąś drobną nagrodę za to, że uporałam się z tym, czy owym. Dzisiejszą nagrodą będzie nic nierobienie. Zwyczajnie bez laptośka, wezmę się za prace przyziemne, czyli pranie, sprzątanie, jazda na mopie – czyli tzw. nic nierobienie. Jakiś obiad sobie machnę między czasie… może nawet coś innego niż frytki z piekarnika. Zawsze jeszcze mam jakieś pierogi zmrożone, oraz na pewno sporo szpinaku… z głodu nie zginę, a czasu mieć nieco będę na fantazję kulinarną, to kto wie, co mi do głowy przyjdzie.

Choć też muszę się przespacerować do zielarskiego i nabyć zestaw ziółek, bo mnie od jakiegoś czasu nie jest po drodze z zielarskim sklepem, a potrzebę mam, gdyż zdaje się kwiat bzu czarnego i kilka innych drobiazgów podręcznych, własnego zbierania, mi już wyszła, a zimy jeszcze kawałek i przedwiośnie. Zdecydowanie w nadchodzącym sezonie jak nic kilka słoiczków syropów, czy soków trzeba będzie więcej zrobić. Tylko kiedy na wszystko czas znaleźć. Przy tym braku zimy, to cokolwiek może już zaraz ruszyć do życia, a korci mnie na sok brzozowy i to bardzo.