– 164 –

Jak się człowiekowi czegoś robić nie chce, to się mu nie chce, a jak się nie chce, to odpycha to tak daleko, jak tylko jest to możliwe. No więc ja tak odpychałam. Więc dzisiaj siedzę i odrabiam zaległości. Skoro i tak mam ograniczony zakres możliwości korzystania z pięknej pogody, która nęci za oknem, to przynajmniej nadrobię co mogę. Nie żeby mi się chciało, a tym bardziej, że mam nastawienie rzucenia tego wszystkiego w czorty, ale w sumie, nie we wszystkim jestem sama, a jednak mój wewnętrzny sierżant dźga mnie po plecach tym i owym.

Do prawdy, jak to zamknięcie dłużej potrwa, to skończy się to tym, że po raz pierwszy nie skończę rozpoczętej nauki. Zwyczajnie, wypaliły mi się wszelkie chęci. Kiedy człowiek jednak chodził na prawdziwe zajęcia, to jakoś chodził i się to kręciło, ale teraz? Teraz kiedy zamiast chodzić na zajęcia siedzi przed monitorem i pisze kolejne prace, w odniesieniu do których sensu nie widzi najmniejszego, bo albo są o rzeczach, które w moim wieku, można już sobie odpuścić z pełną świadomością podejmowanego zaniechania, albo są czystą abstrakcją, gdyż są na tyle to poważne (i interesujące oraz potrzebne) tematy, że jednak zdecydowanie, same materiały stanowią pewnego, swoistego rodzaju, niejako niedomówienie i brak interakcji z prowadzącym zajęcia mocno doskwiera.

Od patrzenia w monitor zaczyna mi coraz bardziej szwankować prawe oko i czuję jak słabnie, a lewe… po prostu sobie „skacze” z przemęczenia i niedoborów magnezu, o którym staram się pamiętać. Staram się pamiętać tym bardziej, że nie wiem, czy będzie mi dane w tym roku jednak spotkać się latem z Dohtorkiem… z drugiej strony, skoro jest nakaz pozostawania w domu, nie będzie miał mi prawa marudzić, że znowu jest mnie jakoś więcej niż w poprzednim roku… bo prawdopodobnie jego też może okazać się, że będzie więcej.

No tak, ta no tak jest niczym więcej, jak obrazem tego, jak bardzo mi się nie chce pisać tego co muszę, albo co przynajmniej powinnam, czy wypadałoby. Hm. Chyba pójdę wynieść śmieci. Zawsze to jakaś rozrywka i urozmaicenie. Tylko, czy do śmietnika też powinnam ubierać tę maseczkę, w której oddychanie nie jest ani łatwe, ani proste? Pewnie powinnam. Sama już nie wiem, czy wychodzić więc, czy nie… pisać, czy nie pisać? Może poszukam sobie jakiegoś filmu i pooglądam. Tylko wpierw poskładam ten cały porozkładany po całym pokoju bajzel kserówek, wydruków itp.

– 89 –

Potrzebuję nowej pary butów… zdecydowanie… już ze 3 miesiąc nie kupiłam żadnych, albo nawet i cztery, więc czas najwyższy. Zaniedbałam się okrutnie w tej materii. Nie wiem zupełnie jak mogłam się dopuścić takiego poważnego zaniedbania… a poważnie, to faktycznie, chyba muszę kupić jakieś nowe buty do łażenia po górkach. Nie, żebym żadnych nie miała, ale jednak niedomagają. Wylazła w nich wada ukryta i jeśli szewc mój ulubiony zwinął żagle i poszedł na emeryturę, to doprawdy nie wiem kto mógłby poradzić inny.  Zawsze mogę rozejrzeć się właśnie za nową parą, wszak wymówka jest znakomita, ale te na prawdę nie są ani zniszczone, ani zachodzone i jeszcze nie jedno wyjście mogłyby służyć, a tak, no nie da się, bo wracam z każdego wyjścia z dziura na małym palcu, od szycia, które się wzięło i przetarło i odstaje, a tyle planów na jesień było…

Jak widać pretekst jest pierwszorzędny do zakupów, tyle, że nie bardzo jest co kupić. Wszystkie są praktycznie w ten sam deseń szyte, a te które mają inne szycia są albo dziecięce, albo nie ma rozmiaru mojego.

Co więcej, po tym, jak ostatnio drożdżówka pierwszy raz od wielu lat okazała się o poranku nazbyt słodka, to dziś jestem głodna jak wilk… bo nie było drożdżówki. Niestety, mój człowiek nie dał się oszukać kromeczką z dżemikiem do kawy, bo jednak to za mało chemii w tym było i zdecydowanie za mało cukru, więc się dopomina. Wsadziłam mu do obróbki jabłko, może się zamknie na chwilę, a jakby co, to mam jeszcze drugą sztukę tego jabłka.

Jutro już wrzesień. Czas zacząć myśleć o powrocie do szkoły, choć na dobrą sprawę nie udało mi się o niej zapomnieć przez całe wakacje, gdyż praktyki i robienie zielnika okazały się bardzo absorbujące i czasochłonne. Na dodatek trzeba je jeszcze zaliczyć… co ma mieć miejsce w dniu jutrzejszym, więc do cholery, jakie wakacje… bo podobno studenci maja ich 3 miesiące? Nie wiem, którzy, bo ja to na pewno nie. Nawet miesiąc nie wskoczy całkiem wolnego, bo dodatkowo jeszcze praktyki wyjazdowe w drugiej połowie, a później się już zajęcia rozpoczną i standardowy brak czasu. Nie mniej jednak, rok za mną, zleciało bardzo szybko.

– 43 –

Całkiem przypadkiem uświadomiłam sobie dzisiaj, że historia, tak na prawdę, jest mocno umowna. Z czasem staje się, co najwyżej, wyobrażeniem minionych faktów i niczym ponad to. Kreacją osoby spisującej ją na podstawie dostępnych źródeł. Jest prawdziwa tak długo, jak długo żyją jej świadkowie, którzy dają dowód tego, że wyglądała tak właśnie, a nie inaczej lecz kiedy odejdą ostanie osoby które doświadczyły historii w wymiarze swojego życia, kiedy nadejdą kolejne pokolenia, pokolenia mające już tylko źródła i pośrednie przekazy, historia zmienia się, odrealnia i podlega kreacji. To z jednej strony jest w jakiś sposób fascynujące, a z drugiej jest przerażające. Przerażające mniej lub bardziej, w zależności od tego, czy zależy nam na prawdzie i na czyjej prawdzie nam zależy, bo prawda ma wiele imion i wiele obrazów. To nie to, że inni kłamią. Paradoks tkwi w tym, że wszyscy mówią prawdę, tyle, że prawdę z poziomu swojego poznania. Nic ponad to.

Drugą refleksją dzisiejszego dnia było to, że ludzie widzą to co chcą zobaczyć, interpretują to co widzą wedle własnego schematu. Nic nowego. Nie raz o tym pisałam, ale… dziś patrzyłam, jak bardzo można nie chcieć dostrzegać argumentów przeczących własnej wizji, i jak można uznawać własną wizję za jedynie słuszną. Jak bardzo można się bać tego, że świat jest inny niż nasze o nim wyobrażenie. Jak bardzo można bać się przyznać do tego, że czegoś się nie wie, czegoś się nie zna. Jak idąc drogą uporu brnie się w teorie spiskowe i zamiast logicznych argumentów używa się słów „jakieś”, „inni widzieli”, „są dowody”, bez określania jakie te dowody są, co tak na prawdę potwierdzają lub czemu, tak na prawdę, przeczą, ani kim są ci inni. Byleby nie odpuścić, byleby nie wyjść na słabego, w jakikolwiek sposób pojmowania słabości.

Dla mnie siła tkwi w tym, by nie brnąć w nieskończoność, by umieć powiedzieć pas, bez poczucia ujmy. Zwłaszcza gdy dyskutuję z osobą starszą o pokolenie lub dwa, o rzeczach, o których wiem tylko z materiałów źródłowych, podczas kiedy ta osoba wyprzedza mnie o możliwość weryfikacji tych materiałów u źródła, czyli u osób, które były tą historią, tymi „materiałami źródłowymi”…

– 36 –

Dzień pędzi za dniem w dzikim tempie. Praca, zajęcia i inne zajęcia, a do tego gdzieś trzeba jeszcze wsadzić pomiędzy to wszystko odrobinę nauki, przygotowań sprawozdań z zajęć, oraz czasu wolnego. No i jeszcze dentystę oraz innych „wraczy”.

Nigdy nie przepadałam za dużymi torebkami, obecnie za to rozglądam się za jakimś funkcjonalnym, czytaj z wieloma kieszeniami i przegrodami, plecakiem lub innym worem, do którego będę mogła wrzucić wszystkie moje niezbędne przydasie torebkowe, notesy inny badziew. Badziew ów, choć nie odkryłam jeszcze w jaki sposób, niechybnie rozmnaża się w mojej torebce, bo jest niekończący się w swej ilości. Ile bym go z niej nie wyjęła nadal jest go niesamowicie dużo w środku i nadal ciężko jest cokolwiek znaleźć.

Tak więc dzień mija za dniem, czas pędzi niczym szalony, a ja tanecznym krokiem, przemieszczam się pomiędzy kolejnymi koniecznościami, na które się zdecydowałam. Dlaczego tanecznym krokiem akurat? Bo muszę to robić szybko, z wyczuciem i cholernie często na palcach, gdyż albo pół domu jeszcze śpi, albo już śpi.

Dziś na ten przykład, przed godziną 9 miałam już jedno pranie zrobione, drugie ładowałam do pralki, pomytą podłogę w kuchni i łazience miałam, oraz ogarniętą kuchnię. Ogarniętą nieco bardziej niż trochę, gdyż nawet zawiązany wór śmieci wylądował pod drzwiami, tak abym o nim nie zapomniała kiedy to będę wybywać z domu raptem nieco przed dziesiątą. Żeby jeszcze fajnie nie było, zdążyłam ściągnąć pranie z balkonu i porozkładać po wszelkich poręczach tak aby doschło szybciej niż na wiosnę, oraz wywalić na balkon świeże, tyle co wyciągnięte z pralki, które ochoczo przyczepiało się w ponad 10 stopniowym mrozie do prętów podwieszanej suszarki balkonowej. W między czasie też machnęłam miksturę dla Matki Rodzicielki, gdyż skoro jej pomaga, nie protestuje i łyka na bieżąco to należy kuć żelazo kiedy gorące, jako że nie podejrzewam iż domownicy byliby w stanie znieść trzeci tydzień jej chorowania. Matka Rodzicielka nienawykła jest do chorowania w związku z czym jako rekonwalescentka jest marudna i trudna w obejściu. To już jednak za nami.

Tym czasem więc oddalę się celem obejrzenia filmu, w ramach zadania domowego zadanego, później Ogoniastego zabiorę na spacer i na kolację rozsiądę się nad chemią. CO będzie jutro, poza ciągiem dalszym chemii – to się okaże, gdyż zdaje się  muszę sobie pouzupełniać kilka rzeczy.