– 163 –

No tak, cisza w obecnych warunkach bywa nieco deprymująca, bo nie wiadomo do końca o co chodzi i z czego się ona bierze. No więc u mnie, na tę chwilę, wszystko wydaje się być w porządku. Nadal pracuję. Trochę w zakładzie, trochę zdalnie. Trochę jest jak jest.

Święta były i się zbyły. Są już za nami. Takie trochę święta bez świąt były, ale do wszystkiego idzie się zaadaptować. Po kilku ciepłych dniach, przyszło ochłodzenie, choć dopiero dzisiaj, bo wczoraj, jak już dawno nie, nawet śmigus dyngus był jako tako ciepły, a przynajmniej nie rzucało żabami, chociaż po południu zaliczona została pierwsza wiosenna burza.

Tak właściwie to nie mam o czym pisać, a może mam, tylko na tę chwilę jakoś brakło mi sensu w pisaniu czegokolwiek. To co się dzieje coraz bardziej mnie przeraża, i nie mam na myśli wirusa, tylko to całe społeczno – polityczne gówno. W jakim ja kraju żyję? Gdzie ja mieszkam? Skoro dla mnie, od środka to wygląda tak, a nie inaczej, to nawet nie chcę wiedzieć, jak może to wszystko wyglądać z perspektywy.

Drobnymi krokami, powoli, kamień na kamieniu nie zostanie z tego kraju i z tych ludzi, którzy coraz bardziej sobie wilkiem. Nie rozumiem tego. Przeraża mnie to.

…a prywatnie. Dziwne sny. Przeszłość miesza się w nich z teraźniejszością i z czystą abstrakcją. Budzę się z nich bardziej zmęczona niż przed położeniem się spać. Rzeczy i sprawy, o których dawno nie myślałam, wracają. Te wszystkie myśli zostawione na „później” teraz pukają do mnie, jakby, czasami mam wrażenie, że jakby później już miało nie być.

Właściwie to chyba jestem z wieloma sprawami pogodzona. Czasem to pogodzenie ma smak rezygnacji i odpuszczenia, ale, przecież uparte i nic nie dające trzymanie się czegoś nic nie wnosi. Dosięga mnie refleksja, ale też spokój. Czy coś bym zmieniła? Nie, nie zmieniłabym niczego, bo nie wiem jaka jest alternatywa dla tego gdzie jestem, a tu gdzie jestem, jest mi spokojnie. Czy czegoś żałuję? Tak, tych wszystkich rozmów odłożonych na później, które nigdy nie zostały porozmawiane. Tych wszystkich chwil straconych na obrażanie się i odsuwanie od innych, albo innych ode mnie. Pewnie jeszcze kilku rzeczy, ale czy to ma jeszcze jakieś znaczenie? Właściwie to, czy cokolwiek ma większe znaczenie? Nie wiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam patrząc w pustą i zimną biel sufitu.

Gdyby się tak podziało, że by się podziało, w obliczu tego całego wirusa, to… chyba jestem gotowa żeby odejść. Tak po prostu, przestać być.

– 140 –

Poranek niedzielny. Koniec listopada, choć kiedy patrzę za okno, trudno w to uwierzyć. Nadal okolice 10 stopni w dzień, przymrozki w nocy sporadyczne, słońce świeci, czasem tylko wiatr zawiewa, ale też bez szaleństw. Oby jak najdłużej, ale nie obrażę się jeśli na same święta jednak trochę przypruszy śniegu. Bez śniegu jakieś takie te święta mało świąteczne bywają. Nie żebym nagle je polubiła, czy coś. Nic z tych rzeczy. Jednak zostało d nich już tyle czasu, że czas zabrać się za myślenie o prezentach i pierwsze przedświąteczne porządki.

Porządki mogą być różne. Nawet te przedświąteczne. Zdaje się, że czeka mnie kolejne przetrzebienie szafy z ubrań już wstępnie przeselekcjonowanych wcześniejszą jesienią. Czas teraz na to wszystko, co jeszcze „szkoda”, bo może ubiorę. Nie ubiorę. No może i ubiorę, ale w mocno niedookreślonej czasoprzestrzeni, więc, jeśli nie jest klasyczne w kroju, pójdzie na aut. No i z tym krojem jest nieco pod górkę, bo większość moich ubrań jest klasyczna. Te nieklasyczne wyjechały z mojej szafy 10 kilogramów temu.

Tak więc może zajmę się praniem zasłon, bo to też mnie czeka, a jednak nastręcza mniejszą ilość dylematów. Może zaszaleję iw tak zwanym między czasie, coś upiekę, przestawię, przemaluję. Nic to, że dziś jest niedziela. Mam kilka rzeczy na głowie i jak wiadomo to najlepiej zająć się czymś zamiast pozwolić myślom samopas pląsać po szarych łąkach mojego mózgu. Takie pląsanie samopas rzadko kończy się dobrze. Lepiej pod kontrolą czynności wspomagających koniecznych do wykonania konstruować budowle logiczne mniej lub bardziej mające rozliczać to co tu i teraz. Tym bardziej, że jestem trochę zła na siebie, gdyż zdaje się, że zaniedbałam jedną rzecz, za co przyjdzie mi „zapłacić”. Kiedy jednak pomyślę, że zaniedbałam to w dużym stopniu zupełnie świadomie i zupełnie z premedytacją wdrażając tylko działania pozorowane, to po prostu mam ochotę kopnąć się sama w kostkę albo kolano. Jak poboli, to może dotrze. Chociaż samo zaniedbanie, choć zupełnie świadome, tak bardzo mnie dziś nie drażni, jak motyw z jakiego wynikało.

Na prawdę odpuściłam wszystko aż tak bardzo? Aż tak całkiem? Chciałabym napisać, że było to czyste lenistwo. Niechciej mnie dopadł i trzymał, ale zdaje się to będzie mały procent prawdy. Odpuściłam wszystko zupełnie. Całkiem przestało mi zależeć na wszystkim. Chciałam nie być. Chciałam żeby niebycie stało się samo. Obym sobie tego chcenia nie zamówiła i nie sprezentowała przypadkiem.

– 104 –

Święta, święta i po świętach. Zaraz też się okaże, że to i po nowym roku już jest. Nie wiem gdzie i kiedy śmigną mi ten grudzień. Przeleciał mi przez życie w zatrważającym tempie. Co więcej, powiem wam, że same święta nie były lepsze w tym zakresie – też nie zdążyłam się im przyjrzeć. Ba, ja nawet nie zdążyłam włączyć komputera przez te kilka dni. No dobra, przez te 5 dni. Właściwie nawet wiele czasu nie spędziłam w kuchni i sprzątanie ogarnęłam jakoś, wychodząc z założenia że kurz, nie zając, nigdzie mi nie zwieje. Zadziwiło mnie to podejście niemożebnie, gdyż okazało się, że dzień wigilijny przywitałam nie tylko z nowymi zasłonami na oknie, może nie szorowanym, ale od wewnątrz przetartym oraz z wyszorowanymi podłogami. Z roku na rok dochodzę do przekonania, że da się na spokojnie wszystko zrobić i to na czas. Tak samo, z roku na rok, gotujemy równie dużo potraw, acz w zmniejszonych ilościach i nadal starcza ich do nowego roku na spokojnie i do wypęku wedle upodobań.

Tak więc, chociaż do Sylwestra jeszcze 3 dni,  które spędzę nad klawiaturą lub pisząc odręcznie różne rzeczy, to jednak, aby znowu terminu nie przeoczyć. Wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają i nie stracili do mnie swojej cierpliwości, życzę Udanego Nowego Roku, aby był obfity we wszystko co dobre, aby był spełniony w każdym wyczekanym zakresie i aby był zupełnie inny od mijającego, gdyż wówczas jest najwięcej frajdy… i żeby po nocy sylwestrowej nogi was jeszcze tydzień po tańcach, hulankach i  swawolach bolały.

Wrócę pewnie jak się ogarnę w czasoprzestrzeni, czyli pewnie nie szybciej jak po sesji, co nie znaczy, że całkiem mnie nie będzie, tyle, że co najwyżej będzie mnie pewnie mało.

– 45 –

Święta, święta i za kilka dni będzie po świętach. W tym roku, pierwszy raz od wielu lat, a może w ogóle pierwszy raz, dziś mam już posprzątane. Bez szału dzikiego, bez mycia okien i wywracania wszystkiego do góry nogami. Kurze starte, podłogi wyszorowane, placki upieczone. Jutro jakaś sałatka i mięso do piekarnika, bo się marynuje. Koszyki czyste, serwetki wyprasowane, pisanki się robią. Święta się odbędą, na spokojnie.

Tak więc i Wam życzę spokoju, odpoczynku, refleksji, radości i poczucia wewnętrznej harmonii. Życzę wam też tego wszystkiego co najbardziej w te święta jest Wam potrzebne, a co dla każdego jest czym innym przecież – więc niech to, cokolwiek to jest, wam w ten świąteczny czas będzie dane.

https://i0.wp.com/www.za-ile-swieta.pl/images/wielkanoc.jpg

– 5 –

Powoli ogarniam tę kuwetę. Niestety bunt automatycznego przenoszenia skomplikował nieco temat. Ale powoli, ogarnęłam linki. Właściwie to co najważniejsze. Część już z nowymi adresami, część pozostała bez echa. Brak nowych adresów, brak perspektywy na ciąg dalszy. Każdy potrzebuje swojego czasu i swoje przestrzeni.

Bardzo mnie drażni to, że nie mogę pewnych drobiazgów ustawić sama. Wide – kolory czcionki w menu bocznym. Kilka szablonów i święto. Zawszę mogę zmienić zdjęcie jakie tam wstawiłam, tylko, że to podoba mi się na tyle, że nie mam chęci na szukanie innego. Bo i po co. Gdzie chcę trafić, trafię.

Tymczasem, święta, święta i po świętach. Mój wyczekany, rozpustny placek, bardzo mnie rozczarował. Pomijam bunt biszkoptu, który i za drugim razem nie wyszedł jak powinien, ale do tego, dokooptowanie mi do lodówki, zaraz obok tego cuda, śledzi i sałatki warzywnej… cóż… śledzie z czekoladą nie są mi obce, ale nie koniecznie akurat obecnie mam na nie ochotę. Tymczasem moja pijana śliwka daje cebulą, sałatką i śledziami… Mam szczerą ochotę wypierdzielić ją do śmieci.

Ogólnie te święta to jedna wielka porażka, pomyłka i jedno wielkie nieporozumienie. Oraz obżarstwo poza granice rozsądku.

– 3 –

Święta idą. Nie czuję w tym roku klimatu. Nic, a  nic. Zupełnie jakbym przez skórę czuła dzisiejszy atak padaczkowy P2. Pewnie widział się z Panem Hrabią, a do tego pokazuje, że wszystko może i nikt mu nic nie zrobi. Ano nikt i nic, sam sobie za to wiele, a przy okazji i Matce Rodzicielce. Stary chłop, a gorzej z nim niż z dzieckiem.

Wyjątkowo mam popakowane wszystkie prezenty. Nie jest tego wiele, ale zazwyczaj pakowałam w Wigilię, a tu – już gotowe. Na jutro zostają podłogi do wyszorowania i pijana śliwka – podejście drugie. To cholernie upierdliwe ciasto czekoladowe jest, ale jeśli się uda, to niebo w gębie i bomba atomowo-wodorowa jeśli idzie o kalorie. Niestety mnie zawsze wychodzi dopiero za drugim razem. Z pierwszego, to co da się wyratować, kończy jako trójkąty czekoladowe w kokosie. Też dobre.

Jakaś sałatka, barszczyk, gołąbki i kapusta z grochem… kilka godzin szaleństwa i po bólu. Nie lubię świąt. Gonitwa przez potrawy i humory przy stole. Żadnej rodzinnej atmosfery, każdy myśli o tym żeby się szybko najeść, albo żeby szybko zwiać za drzwi swojej gawry. Spokojnie, nie brakuje nam jedzenia, ale pełny brzuch oznacza, że koniec siedzenia przy wspólnym stole już blisko i można będzie patrzeć w telewizor lub w monitor komputera. Po prostu, będzie można być w innym miejscu. Nie mamy o czym rozmawiać, a powodów do śmiechu też wiele nie ma. Najbezpieczniejsza jest szarość codzienności, święta są niebezpieczne, wybijają człowieka z rutyny, która jest niewymagająca i bezpieczna. Smutne, ale nic tego nie zmieni, bo nikomu nie zależy tak na prawdę na zmianie.