– 31 –

Tyle o tych pączkach było, że po prostu nie ważne, że to czas postu i umartwienia. Smaki pączkowe okazały się silniejsze. Umiar zachowany został w ilości. Czyli, co niezbyt często się zdarz, zostały zrobione z 1 porcji ciasta… a żeby im smutno nie było dostały kompanię w postaci połowy porcji ciasta faworkowego. Druga połowa faworków trafiła do zamrażarki, będzie pod ręką kiedy człowieka „chcica przyciśnie”. Wyszły, po prostu takie jak wyjść miały, chociaż smak jabłek nie osiągnął jeszcze tego, jaki pamiętam ze szczeniackich lat. Nie mniej jednak Matka Rodzicielka stwierdziła, że w końcu je pączka, a nie jakieś chemiczne spulchniacze. 🙂 I nawet obwódka całkiem nieźle się udała.

Nieśmiało za pączkami chowają się faworki. Faworki mają do siebie to, że są uzależniające i wciągające, bardzo delikatne i po prostu się rozpływają. Kiedy są, nie można ich sobie odmówić, a kiedy ich braknie, człowiek się dziwi, że jak to tak? Tak szybko się skończyły? 😉

No i zima. Tam moja, którą najbardziej lubię, a która znowu odchodzi prawie tylko odrobinę człowieka satysfakcjonując, bo znowu więcej w niej burego niż białego. Widok, z okna Fabryki.

Zdjęcia dzisiaj przedstawiane sponsoruje Heniek. Jak wiadomo Heniek służy do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia. Co złego to nie Heniek, w końcu nie jego wina, że jest tylko telefonem.

– 25 –

Zima Panie Sierżancie. Śnieg, mróz, te sprawy. Nie marudzę, na zimę, ani na śnieg, ani na mróz. O tej porze roku należy się jak psu buda i pełna miska. Tyle, że zdaje się wczorajsze -20 jednak nie przysłużyło się akumulatorowi w taśtasiu. Chyba czas się porozglądać za nowym… a miałam chrapkę na taka jedną parę butów… Niestety w moim budżecie, w danym miesiącu, obowiązuje jedna zasada: albo rybki, albo akwarium – wszystko musi mieć swój czas i swoje miejsce.

Nie żebym na bosaka chodziła, ale jeszcze jedna para zupełnie nie byłaby przesadą. Zwłaszcza, że z wielka obawą przypatruję się kolejnej parze zimowego obuwia i coraz mocniej nabywam przekonania, że to już ostatnia ich zima, że więcej nie będzie możliwości w nich chodzenia. Nie jest łatwo je zastąpić, gdyż zdaje się, że jednak producenci obuwia są albo zafiksowani na modzie, albo produkują obuwie pseudo-ortopedyczne. Jednak o tym to już tyle razy pisałam, że zwyczajnie, kolejny raz, moja klawiatura tego już by nie zniosła.

Tak więc zajmę się czymś konstruktywnym, co leży i „łypie” na mnie wszystkimi papierowymi oczyma oraz w żaden sposób nie chce się samo ogarnąć.

P.S. Prognozy pogody są zachęcające – ma być nieco cieplej, choć poniżej zera i ma padać śnieg. Oby, oby, oby!

– 23 –

No dobrze, czas się przyznać o co chodzi i dlaczego mam ostatnio deficyt czasoprzestrzenny oraz dlaczego jest to stan długoterminowy. Raczej długoterminowy.

No więc poszłam na studia. Tak, ja wiem, że się zarzekałam, że po ostatniej podyplomówce powiedziałam, że jestem zmęczona, mam dość i na nic mi te wszystkie papierki. Ogólnie to racja – właściwie to na nić. No, ale inżyniera nie ma, a czemu nie mogłabym go mieć? No mogłabym. No i taki jest plan, że za 3 lata mieć będę. Pierwsza sesja za mną, do przodu. Sześć przede mną. Czas minie szybko. Z każdym rokiem mija szybciej, więc i tym razem minie szybko. Tak, wiem, że niektórzy w tym wieku to doktorat lub habilitację, ale mnie starczy inżynier… doktorat, trochę kosztowny, a ja mam bank na utrzymaniu. Poza tym, na co mi taki drogi papierek, skoro ścian i tak nie mam zamiaru tapetować?

Trochę te studia to jak z motyką na słońce. Jednak mają szansę powodzenia, bo jakby nie patrzeć, to słońce też lubię. Dlaczego akurat takie porównanie, bo oto, gdyby i ktoś powiedział, że po ponad 20 latach zapałam zainteresowaniem do biologi i chemii, to zrobiłabym wielkie oczy i co najwyżej parsknęłabym śmiechem. Ja i chemia? Doprawdy. Żart jakiś, czy co? Ano nie żart. Tak wyszło. Więc siedzę i zgłębiam tajniki roślinek, bakterii, związków chemicznych oraz anatomii. Wszystko nowe. Ilość nowych pojęć powala, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że ani do biologi, ani do chemii nigdy sympatią nie pałałam, gdyż nigdy nie wiązałam z nimi swojej przyszłości. Nie, że teraz wiążę. Teraz, mam za sobą pewną życiową stabilizację, ugruntowane poglądy i wystarczająco dużo wolnego czasu aby eksperymentować. No i przyznam, że ćwiczenia na laboratoriach bardzo przypadły mi do gustu. Nie spodziewałam się, że odkryję w sobie zwierzę laboratoryjne. Być może gdybym 20 lat temu poznała uroki laboratorium, moje życie zawodowe może potoczyłoby się inną drogą. Uprzedzam, że mam świadomość, że bez względu na rodzaj i charakter pracy, monotonia i rutyna dopada każdego i wszędzie.

Tak więc, w prawdzie mam tydzień ferii, przed rozpoczęciem nowego semestr, ale jednak oddalę się zgłębiać stosunki płciowe roślinek… czekają na mnie mszaki, paprocie i inne takie, i zapamiętanie kiedy, kto i jak się płciowo lub bezpłciowo mnoży i rozrasta, a do tego jeszcze chemia… muszę przerobić na nowo i od początku całą szkołę średnią… zwłaszcza, że chemia to jeszcze przez 1,5 roku ze mną zostaje, choć w różnych postaciach i odmianach własnych.

A dziś… dziś popołudniem do kona jeszcze, należy się, jak psu buda, spacer i pełna miska… zwłaszcza, że na spacer iść nie możemy ze Spidłejerem, gdyż ma obecnie tydzień karencji i domowego aresztu po szczepieniu przeciwko wściekliźnie, a szkoda, wielka szkoda, bo w końcu SPADŁ ŚNIEG, a do tego mam kilka dni kiedy mogę po prostu zwolnić.

– 10 –

Stało się. Niech się pokaże (czyli obczajanie zdjęć dodawania z zewnętrznego serwera).

W sam raz na naleweczkę, po prostu idealne, naturalnie przemrożone, czyste i nie zgnite, ani nie obżarte przez ptaszydła.

Nieco futurystycznie przedstawiona ta zima… czemu nie, w życiu też czasem warto zmienić perspektywę.

Moje ulubione z tamtego dnia. Niby stonowane, niby oddalone, a jednak nieco magiczne. Takie jak lubię najbardziej, że nie wspomnę, że są to resztki (ot badylek) zmarzniętej nawłoci…

To grudniowe zaległości, ledwie dzień, czy dwa na jaki zawitała do nas zima… od tamtego czasu nikt więcej jej tu u nas nie widział… a szkoda, bo jednak chyba tęsknię za nią.