– 174 –

Trochę mam urlop. Troszkę byłam w rozjazdach, a teraz jestem jakby uziemiona. Gdyż mój rydwan trafił w miniony weekend (z soboty na niedzielę nad ranem) do warsztatu i… tak w nim stoi, i stał będzie jeszcze jakiś czas. Owszem ma diagnozę i owszem nie jest to nic strasznego, ale… nic strasznego okazuje się jednak czymś trudnym do przebycia, a raczej do zdobycia. Czyli u mnie jakaś norma i już, bo jak inaczej określić usterkę dupereli, która ogólnie się nie psuje, więc nie ma jej na hurtowniach okolicznych? Zazwyczaj, nim ten drobiazg padnie, pada kilka innych drobiazgów o większym kalibrze, a to? To zazwyczaj nie pada. No cóż, u mnie zazwyczaj pada to, co zazwyczaj nie pada. Tak więc jestem niejako uziemiona, a raczej skazana na łaskę lub jej brak po stronie rodzonego jednorodnego lub reszty rodziny, ewentualnie mogę skorzystać z komunikacji publicznej, do której pałam jednak awersją, bynajmniej nie tylko przez wzgląd na zamaskowanie w niej obowiązujące, ale też przez wzgląd na inne takie tam, jak choćby jej punktualność, czy w ogóle zgodność kursów z rozkładem jazdy… Tak więc siedzę na tyłku, doglądam majstrów zmieniających dach, i zastanawiam się kiedy mój autek do mnie wróci… Nie powiem, ale chciałabym aby już wrócił do mnie. Czas po temu najwyższy.

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

– 85 –

Obawiam się, że jeszcze jakiś czas tematem przewodnim będą samochody. Gdyż normalnie to wszystko zmienia się w tym temacie jak w kalejdoskopie. Zaczynając oglądać samochody zakładałam, że będzie to niewielki aut, choć zdecydowanie jednak większy od Tastasia, ale bez szaleństw. Nie minęło wiele czasu jak z hatchbacka zrobił się sedan… a teraz… okaże się, że może mi stanąć pod domem ponad 4 metrowa 17-letnia angielska (z rodowodu fabrycznego, nie z kierownicy) limuzyna.

No i tu zaczynają się problemy. W tym słowie. Limuzyna. Boże, czy ja już taka stara jestem, że limuzyną mam jeździć? Popieprzyło mnie do końca. Mnie lubiącą w samochodach niefrasobliwość, pazurki i brak zobowiązań połączone z obiecującym przyspieszeniem i krótkim przełożeniem w skrzyni biegów. Mam to wszystko zostawić za sobą, i jak przystało na panią w średnim wieku, mam odkryć zalety stateczności i powagi? Prowadzi się to dobrze, nawet bardzo dobrze, jest zadbane, dobrze utrzymane, nic nie zgrzyta, nic nie szumi, nic nie tłucze – auto płynie… a ja w nim… płynę majestatycznie… ja i majestat? Cholera, stara jestem, prawie płakać mi się chce. Nie wiem tylko, czy nad samochodem, czy nad sobą.

Staram się zapanować nad sobą, bo znam swoją skłonność do histerii, tyle, że choć wygodnie i dobrze mi się w nim jechało, to on po prostu nie pasuje do mnie. Oj, ja wiem, że żaden mężczyzna tego pewnie nie zrozumie, ale po prostu – on do mnie nie pasuje. Albo jeszcze gorzej, do części mnie, tej snobki, która czasem gdzieś wyłazi, to pasuje jak ulał, i to ona go wczoraj oglądała zdaje się, ale do mnie, babki, która biega na bosaka po trawie, kładzie się prawie w kałuży, żeby zrobić zdjęcie… i co ? I wsiada uniurana do samochodu z beżową tapicerką? Letnie sandałki, na szpileczce, delikatne, i zwiewna sukienka, odwieszone zostały ze 3 lata temu do szafy. Zdecydowanie pasowały by do tego samochodu bardziej niż ubłocone trepy. Pochodzą z innego życia, a mnie dobrze w tym życiu, które mam teraz. Tamto życie zostało o jedno zapalenie spojówek od płaczu,  10 kg i kilka worów obsmarkanych chusteczek temu.

W sumie to tak na prawdę najwredniejsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mam z kim porozmawiać o tym pieprzonym samochodzie, bo dziewczyny się nie znają, a z handlarzem to nie rozmowa, powie wszystko żeby go sprzedać. Zawsze mogę go wziąć i próbować sprzedać dalej – spokojnie, mogę krzyczeć za niego o 1/3 jego ceny więcej i jeździć między czasie. Kokosów bym na nim nie zarobiła, ale zawsze zwróciłby się koszt przerejestrowania oraz filtrów od gazu, które są do wymiany.