– 173 –

Historia chyba zatoczyła koło. Z jednej strony czuję ulgę, z drugiej jest mi smutno. Z trzeciej, jest mi nieco wstyd za siebie. Nie za tę teraz. Jest mi wstyd za tę siebie sprzed kilku lat. Choć za tę dzisiaj też po części. Bo ta ja z dzisiaj, wierzyła w złudzenia, próbowała zaklinać rzeczywistość, godząc się na rzeczy, na które sama nie wie dlaczego się godziła. Chociaż może i wie, dlatego się wstydzi. Cóż mogę na dzisiaj? Co najwyżej mogę powiedzieć „Przepraszam”… tylko tyle, albo może aż tyle. Tyle, że to akurat nic nie zmieni. Niczego już nie zmieni…

… i tak sobie tylko myślę, że najtrudniej jest rozstać się nie tyle z drugim człowiekiem, co z własnymi wyobrażeniami na jego temat, z uczuciami jakie w nas wywołuje, z adrenaliną, czy serotoniną jaką pomaga wyprodukować naszemu organizmowi. Do tego dochodzi jeszcze strach przed samotnością… nie każdy umie z nim żyć… są ludzie którzy zrobią i powiedzą wszystko byleby tylko ktoś drugi był koło nich, byleby nie być samotnym, byleby nie budzić się w pustym łóżku, byleby… sama nie wiem, czym ona jest obecnie dla mnie. Znamy się od zawsze, więc powinnam już to wiedzieć. Ale każda znajomość przechodzi różne etapy… ta z samotnością też. Dziś mam wrażenie, że po prostu ona siedzi sobie na fotelu, z boku, ma oparte łokcie o kolana, jest pochylona do przodu i patrzy na mnie, i śmieje się… i pyta… „Wydawało ci się, że potrafisz ode mnie odejść? Po tylu latach? Kiedy w tym całym świecie tylko ja jestem pewnikiem, gwarantem… równie pewna i gwarantowana, jak śmierć…” może też jeszcze, w tym swoim śmiechu, nie pozbawionym goryczy, mówi coś w rodzaju: „Jak długo będziesz mieć złudzenia i nadzieję, na „coś więcej”? Jak długo? Nie rozumiem tego. Obdarłaś kolana, łokcie, siebie, a nadal gdzieś tkwi ziarenko nadziei?”…

– 159 –

Kolejna niedziela za mną. Pusta zupełnie. Z patrzeniem w sufit i ścianę, z próbą czytania książki. Powinnam była „przysiąść” do kilku rzeczy i wziąć się za nadrabianie zaległości. Tylko dopadł mnie jeden taki miś… miś co się nazywa „Nie-chce-mi-się”. Chyba akurat ten miś jest najbardziej deprymujący z całej ich kolekcji. Nawet nie otworzyłam wczoraj laptopa. Znowu mam ochotę po prostu nie być.

To, że coś jest wynikiem podjęcia racjonalnej, świadomej decyzji, opartej na wiedzy i doświadczeniu, nie znaczy, że brak jest chwil, kiedy emocje i uczucia zaczynają się dobijać i wytykać ci, że pominąłeś je przy podejmowaniu decyzji. Wypuszczone samopas, choć na chwile, potrafią narobić dzikiego bałaganu. Zanim je połapiesz i upchniesz w schowku na mopy, czy innym ciemnym miejscu, i tak zostawia po sobie bajzel do posprzątania. Mopa ze schowka nie wyciągniesz, bo znowu ci nawieją… siedzisz więc i mozolnie starasz się posprzątać każdą myśl osobno. Bierzesz przyglądasz się i zastanawiasz, czy decyzja była właściwa. Oglądasz każdy argument z osobna, każdą przesłankę, każdy plus i minus sprawdzasz jeszcze raz. Nie było błędu w rachunkach.

Chaos, niepewność, wahania. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Dopiero dziś widzę jak bardzo to potrafi zmęczyć. Jak bardzo potrafi to zmęczyć mnie. W sumie, to chyba przekora życia jest, że najmniej dostajesz tego, czego pragniesz. Mnie się marzy zwyczajna stabilizacja. Wieczorny kubek kakao, może jakiś film, może jakaś książka, na pewno rozmowa, rozmowa w której ja słucham Ciebie i kiedy Ty słuchasz mnie, albo przynajmniej siedzimy sobie ramię przy ramieniu, bo cisza czasem też jest potrzebna. Ciepły uśmiech w spojrzeniu drugiej osoby i akceptacja, żadne tam piedestały i uwielbienia. Z piedestału się spada lub jest się strącanym – a to boli, zawsze. Chciałabym robić określone rzeczy: dziś to, jutro tamto, za tydzień coś zaplanowanego lub przynajmniej przewidywalnego. Szara, nudna poczciwa stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa kiedy wiesz co przyniesie jutro… jakoś mi z tym wszystkim nie po drodze we dwoje, więc może czas się przestać oszukiwać? Może czas przestać pędzić za mrzonkami? Z każdym dniem nie staję się młodsza. Znam wiele wariantów samotności. Miałam wiele lat żeby po kolei je oswajać.

Wracając jednak do sedna moich rozrachunków z samą sobą. Bez względu na to co czuję, decyzja jaką podjęłam była jedyną słuszną. Kiedy zaczęłam dostrzegać odbicie zachowań mojego ojca w tym, jak się zachowujesz, w tym jak i co mówisz, w tym jak postępujesz, jak mnie nie słuchasz, jak widzisz tylko swoją własną wizję, nie reagując na to jak bardzo różna jest ona od rzeczywistości – podjęcie innej decyzji, czy raczej pozostanie w tym układzie, byłoby samobójstwem emocjonalnym na raty. Powiedziałeś, że zraniłam Ciebie wypowiadanymi słowami i zachowaniem, ale czy choć przez chwilę zastanowiłeś się ile razy zraniłeś moje uczucia i ile razy brakło ci szacunku dla mnie przez te miesiące naszej znajomości? Próba wywołania poczucia winy we mnie… to było małe, niskie i tylko potwierdziło przekonanie o słuszności podjętej decyzji. Kiedy nie dostajesz tego czego chcesz, starasz się to wymusić, a jeśli tego nadal nie otrzymasz – obrażasz się… więc wyrzuciłeś całą naszą znajomość do kosza tylko dlatego, że utrzymałam swoją decyzję bez zmiany.

Wiesz – kiedy zaczęłam sobie zdawać sprawę, że niepostrzeżenie zaczynam wchodzić w spiralę współuzależnienia, wiedziałam, że z tej matni są tylko jedne drzwi. Ciężkie od emocji, uczuć i tych wszystkich dylematów, czy jednak może zostać, a może nie zostać. Ciężkie od niedorzecznej nadziei. Znam to wszystko zbyt dobrze w praktyce i całkiem solidnie w teorii. Gdyby brakowało mi tych doświadczeń, tej wiedzy, pewnie nadal mogłabym oszukiwać się, że będzie dobrze. Wierzę, że będzie, choć każdemu z osobna. Każdemu na swojej drodze.

– 158 –

Czasem, a może i często, sama nie wiem, więc może będę trzymać się tego czasem, wychodzi w życiu inaczej niż chcieliśmy, niż mieliśmy nadzieję, niż nam się wydawało, że wyjdzie. Czasem za tę zmianę, niespodziewaną, odpowiada jedna mała „kropla goryczy”. Czasem jest ona większa, a czasem mniejsza, ale bez względu na wielkość, zawsze jest tą znaczącą, ta definiującą. Punktem zwrotnym.

Jakoś tak mam ostatnio fart do tłumów w relacjach damsko – męskich. Poprzednio była żona (była żona – czyli żona w czasie przeszłym, zwana exżoną), obecnie alkohol. Jeden diabeł. A może i nie jeden. Mniejsza z większym. Wystarczy, tyle, że miniona niedziela wyciągnęła trupa z szafy, którego wydawało mi się pochowałam i rozliczyłam dawno temu. Choć może to już nie trup, a tylko jakiś jego hologram. Taka przypominajka życiowa. Takie „memento” i inne „pamiętasz?”. Niedziela miała to do siebie, że godzina po godzinie wrzucała mi wielki, młyński kamień na piersi. Wsadzała „dusiołka”, który skutecznie pilnował żeby oddech był płytki, a serce ściśnięte razem z gardłem i  zimną kulą żołądka. Ściśnięte wszystko, aż do poziomu mdłości. Tego chcesz? Tego chciałaś? Nie przed tym obiecywałaś sobie ucieczkę? Kiedy ostatni raz widziałaś go trzeźwego? Na kacu się nie liczy…

„Nie wygrasz ze mną.”, „Zawsze będzie po mojemu.”, „Jeśli będę miał wybierać Ty, czy alkohol – wybiorę alkohol.” … już nie musisz nic wybierać, z nikim grać (choć ja z Tobą w nic nie grałam – co było trudne do zrozumienia zdaje się), nic udowadniać. Już teraz zawsze będzie po Twojemu. Bez oczekiwań i nadziei z mojej strony, bez niewypowiedzianych próśb. Bez niewypowiedzianych pretensji, bez wypominania i tych wszystkich „…może już wystarczy?” przed kolejnym kieliszkiem, jaki przed sobą postawisz.

Może właśnie wczorajszego wieczoru zrobiłam jeden z większych błędów swojego życia, a może właśnie przed nim uciekłam – tego nie wiem. Nie wiem tego ja, nie wie tego nikt – nawet Ty.

Tak, Ty jesteś inny, nie jesteś moim ojcem alkoholikiem, ale… jesteś ojcem alkoholikiem swojej córki, a z mojego punktu widzenia Ty możesz być innym człowiekiem niż mój ojciec, zupełnie innym człowiekiem, jednak alkohol pozostaje alkoholem… Alkohol jest stałą, która prowadzi wszystkich w jednym kierunku – różnica polega na szybkości…

Wytrzeźwiej. Dla siebie. Na stałe.

– 156 –

No i spadłam. Sama do końca jeszcze nie wiem, z której strony drzwi wylądowałam. Na razie leżę pod zatrzaśniętymi drzwiami, próbuję złapać oddech, co jest na tę chwilę dosyć ciężkie. Drzwi mocno mnie ścisnęły. Wypchnęły całe powietrze z płuc. Pozostawiły prawie bez sił z załzawionymi oczyma. Wyrywając się z ich uścisku, poobdzierałam się trochę. Trochę się potłukłam, ale chyba spadłam po tej jaśniejszej stronie. Jeszcze nie wiem, jeszcze boję się w to uwierzyć, że się udało, że pustka i ciemność tym razem mnie nie wciągnęły, nie wessały, że zostałam poza ich odrętwiającymi objęciami. Na zmianę to histerycznie się śmieję, to płaczę, ale nadal boję się uwierzyć, że jestem po „dobrej” stronie mocy.

Tylko co dalej?

Co kiedy już złapię oddech, kiedy już uda mi się usiąść pod tymi drzwiami? Co dalej, kiedy przestanę leżeć, kiedy zacznę wstawać? Co dalej z tą stroną, którą znam słabo?

Za rogiem, na swoją kolej czeka Świadomość ostatnich dni. Podchodzi do mnie i patrzy, jak tak sobie leżę zdezorientowana. Jej wzrok pyta, czy wiem co się stało. Tak wiem, tylko nie chcę o tym myśleć. Jeszcze nie dziś, może nie jutro nawet. Za kilka dni. To już i tak niczego nie zmieni przecież. Niczego. Przez ostatnie tygodnie, niby dobre, było pustymi nocami tyle łez, że teraz, już całkiem spokojnie, mogę tej mojej Świadomości powiedzieć, że tak, że wiem, że mam tego świadomość – i że zapłakałam nad tym już wcześniej. Obie wiedziałyśmy, ja i moja Świadomość, że inaczej nie będzie, że bez względu na to jak długo będziemy się łudzić, mieć nadzieję, przymykać oczy – inaczej nie będzie.  Tą jedną kwestią, jakiej nie znałyśmy, było „kiedy” i nad tym płakałyśmy.

Zajmie trochę czasu zanim przestanę tęsknić i myśleć tyle ile myślę. Może więcej, może mniej, ale tym razem jest zdecydowanie łatwiej. Jest łatwiej bo to usłyszałam, bo to „zobaczyłam”, nawet jeśli przez jedną noc wydawało mi się, że może być jeszcze inaczej… a może, paradoksalnie, przez tę jedną noc jet teraz właśnie łatwiej. Może właśnie dlatego jest łatwiej? Może to było najlepsze możliwe pożegnanie, nawet jeśli przez chwilę wydawało się, że słowa straciły swoją siłę i wyraz…

Każdemu przychodzi czas aby ruszyć w swoją własną drogę. Skoro tak ma być, skoro tak jest, niech tak się stanie, dla dobra wszystkich. Amen.

– 121 –

Tak sobie myślę, że życie jest jakie jest, i że wielu rzeczy w nim nie uda mi się zapewne zrozumieć, a jeszcze mniej poznać, więc nie staram się pojąć i zrozumieć wszystkiego. Staram się egocentrycznie skoncentrować na mikro świecie i chyba na prawdę dobrze mi idzie. Myślę, że są tacy, którzy stwierdzą, że za dobrze.

Kolejna zabawa internetowa, pseudo test na połączenie świadomości z podświadomością i nadświadomością. Krąży tego po sieci na pęczki i w przeróżnych wydaniach, nie ma więc nad czym się rozwodzić kiedy idzie o treść. Kiedy jednak popatrzeć na to, że jeden z punktów wskazywał aby wymienić 5 osób dla ciebie ważnych i okazało się, że w tym miejscu byłam w stanie wymienić tylko jedną osobę… nieco się przestraszyłam w pierwszym odruchu. No bo jak to, nie mam bliskich osób?

Otóż, prawie nie mam. Właściwie to nie mam zupełnie. Nie takie, o których myślę w „zabawie”. Jest Młody i tyle. Reszta jest poza kategorią. Poza jednak można być na wiele sposobów. Można być ponad i poniżej oraz w środku. Młody jest we wszystkich obszarach, reszta ludzkości dla mnie funkcjonuje poniżej, a grupka powyżej jest bardzo hermetyczna i kameralna. Przyznam jednak, że w ostatnich latach skurczyła się ta grupka dosyć mocno, choć nigdy nie była wielkim tłumem.

Nie mniej jednak, tak mnie na refleksje naszło i wychodzi mi z tych refleksji, że te kilka lat wstecz zostawił po sobie o wiele dotkliwsze zgliszcza niż mnie samej się wydawało. Zdecydowanie, od 3 lat odsuwam wszystkich od siebie. Trzymam na dystans. Bez szczegółów, bez spoufalania, z upodobaniem do ciszy.

Nie ma ludzi, jest cisza. Czasem, z rozpędu, mam chęć coś powiedzieć, zadzwonić może. Zamieram w pół myśli, odkładam telefon. Nie mówię, nie dzwonię, nie rozmawiam. Chełbię ciszę. Cisza jest spokojna, stabilna i bezpieczna. Cisza nie boli, a ludzie bolą. Niektórzy bolą bardziej od innych, dlatego potrzebna jest cisza. Bez niepokoju, bez nadziei trudnych do realizowania, bez złudzeń, bez goryczy, bez cierpienia. Cicha, spokojna, bezpieczna.

Temu wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jedna myśl. Myśl, że doszłam do punktu, w którym ja najzwyczajniej i całkiem po prostu NIC NIE MUSZĘ. Nic nie jestem nikomu winna, niczego od nikogo nie oczekuję, nie mam bezwzględnie wymagalnych zobowiązań wobec innych osób. Nie topię się w tych wszystkich wypad – nie wypada, powinnam – nie powinnam. MOGĘ WSZYSTKO. Mogę to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mogę tak jak mi odpowiada, bez konieczności dopasowywania się do cudzych roszczeń, oczekiwań, ramek.

Tylko, że to wszystko to jedno, bo móc, to jeszcze nie znaczy chcieć. Więc siedzę i tak się zastanawiam nad tym moim chcę – nie chcę. Bo chcieć, to dawać. Dawać siebie i z siebie, ale ja już nie mam co dać. Wszystko zostało zabrane, sporo z tego zmięte i wywalone, jako zbędny balast. Więc teraz nie mam już co dać. Dlatego siedzę sobie tu gdzie siedzę tak cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bezproblemowo. Bez konieczności dawania, ale też bez konieczności brania. Żadnej wymiany. Jak mogłabym brać, kiedy nie mam nic w zamian?