– 31 –

Tyle o tych pączkach było, że po prostu nie ważne, że to czas postu i umartwienia. Smaki pączkowe okazały się silniejsze. Umiar zachowany został w ilości. Czyli, co niezbyt często się zdarz, zostały zrobione z 1 porcji ciasta… a żeby im smutno nie było dostały kompanię w postaci połowy porcji ciasta faworkowego. Druga połowa faworków trafiła do zamrażarki, będzie pod ręką kiedy człowieka „chcica przyciśnie”. Wyszły, po prostu takie jak wyjść miały, chociaż smak jabłek nie osiągnął jeszcze tego, jaki pamiętam ze szczeniackich lat. Nie mniej jednak Matka Rodzicielka stwierdziła, że w końcu je pączka, a nie jakieś chemiczne spulchniacze. 🙂 I nawet obwódka całkiem nieźle się udała.

Nieśmiało za pączkami chowają się faworki. Faworki mają do siebie to, że są uzależniające i wciągające, bardzo delikatne i po prostu się rozpływają. Kiedy są, nie można ich sobie odmówić, a kiedy ich braknie, człowiek się dziwi, że jak to tak? Tak szybko się skończyły? 😉

No i zima. Tam moja, którą najbardziej lubię, a która znowu odchodzi prawie tylko odrobinę człowieka satysfakcjonując, bo znowu więcej w niej burego niż białego. Widok, z okna Fabryki.

Zdjęcia dzisiaj przedstawiane sponsoruje Heniek. Jak wiadomo Heniek służy do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia. Co złego to nie Heniek, w końcu nie jego wina, że jest tylko telefonem.