– 131 –

Czasem najtrudniej zapanować jest nad echem przeszłości. Zwłaszcza w chwili, w której dostrzegasz to, że jakiś wzór powtarza się kolejny, i kolejny raz. Orientujesz się i nagle nie wiesz, czy bardziej jesteś wściekły na siebie, czy na los, bo nie wiesz, czy kolejny raz powtarzasz te same błędy, czy też los stwierdził, że… wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Tymczasem piękna pogoda za oknem, a ja… pod kołdrą, z kolejnym kubkiem ziołowego naparu z dużą ilością imbiru, a obok mnie zapas chusteczek i zestaw kropelek. Katarek i jak zazwyczaj, ból ucha do kompletu. W tym roku jakoś nieco wcześniej, bo już teraz, we wrześniu, więc strach się bać co będzie w październiku. Czy chorowanie „przed czasem” jest chorowaniem „na zapas” i przeziębienie omija człowieka w „przepisowym czasie”? Na to liczę, bo paskudnie nie lubię mieć kataru. Kto zresztą to lubi.

Tym czasem, jednak, oddalę się w poszukiwaniu witaminy C i sama nie wiem czego jeszcze, gdyż w kuchni czeka wiaderko winogron do ogarnięcia, na co wczoraj zdecydowanie brakło czasu.

– 98 –

Moda na zdrowie. To w sumie dobra moda, jednak czasem warto się zastanowić i zatrzymać i przeczytać kilka niezależnych artykułów na temat zdrowia w zakresie jaki nas interesuje. Zdrowie ma to do siebie, że ważne jest wszystko. To co jemy, ile jemy, kiedy jemy, to co pijemy, ile śpimy, ile pracujemy, ile mamy ruchu, ile stresu, jak myślimy oraz wiele innych, z pozoru mało istotnych, elementów składa się na nasze zdrowie. To co dobre jest dla innych niekoniecznie może być dobre dla nas, to co dobre jest dla dziecka często jest zbyt słabe dla dorosłego, a bywa, że to co stosujemy u dorosłego jest zupełnie nie wskazane dla dzieci, i nie że im zaraz całkiem szkodzi. Czasem po prostu jest problem z ustaleniem dawki optymalnej – tak więc lepiej zrezygnować niż eksperymentować.

Inną rzeczą, o której warto pamiętać, to to, że jednak zioła to też leki. Czytam w temacie wiele, również na forach, grupach i innych zasobach internetu i po prostu jestem przerażona niefrasobliwością w tym zakresie. Brakiem umiaru i brakiem zastanowienia się nad tym czy akurat coś jest dla nas, a coś nie. Moda jest modą i wiele osób pije lub jada coś pod marką „bo jest to zdrowe”, ale bez zastanowienia się, czy akurat dla nich również.

Zwykły czosnek, który zawiera między innymi nadające mu charakterystyczny zapach związki siarkowe, ma działanie bardzo szerokie, o czym można sobie już w samej Wikipedii poczytać, czy na stronach dr Henryka Różańskiego oraz w wielu innych miejscach. Jest ogólnie bardzo dobrze rozpisaną rośliną leczniczą. Tym co umyka, to przeciwwskazania. jak pisze Wikipedia: „Czosnek nie jest wskazany przy kaszlu zabarwionym krwią, w przypadku gorączki towarzyszącej zapaleniu płuc. Nie powinien być podawany chorym na zaawansowane zapalenie nerek. Nie powinien być stosowany w ostrych zapaleniach żołądka i jelit (może zaostrzyć chorobę). W dużych dawkach czosnek i jego preparaty są niebezpieczne, zwłaszcza dla dzieci (nie powinien być w ogóle podawany niemowlętom poniżej 10 miesiąca życia).” Ze swojej strony dodam jeszcze, że również kobiety w ciąży, czy osoby przyjmujące leki rozrzedzające krew oraz niesterydowe leki przeciwzapalne, gdyż czosnek ma właściwości obniżające krzepliwość krwi, a nie jest to wskazane w powyższych przypadkach, aby krew dodatkowo, czy w sposób niekontrolowany jeszcze rozrzedzać. Matki karmiące piersią też powinny z ostrożnością podchodzić do czosnku, gdyż przechodzi on do mleka matki i może się okazać, że zwyczajnie tak „zmodyfikowane” mleko nie będzie dziecku smakowało, ale też może być powodem bólu małego brzuszka. Tym co istotne – to przeciwwskazania te dotyczą głównie spożywania surowego czosnku. Dzieje się tak, ponieważ część związków, tych najsilniejszych akurat, zawartych w naszym specjale jest mało odporna na obróbkę termiczną, więc zwyczajnie, im dłużej obrabiamy termicznie czosnek, tym mniej zachowuje się jego właściwości, gdyż ulatują w przestrzeń dookoła patelni lub piekarnika. Nadal „coś” w nim zostaje, ale nie oczekujmy, że działanie będzie takie samo jak ma to miejsce w przypadku świeżo obranych ząbków czosnku. Inną kwestią czosnkową, jest to, że nie przechowujemy go w niskiej temperaturze, która również mu w przechowywaniu nie robi najlepiej. Owszem, pozyskiwanie z czosnku części jego związków może się odbywać w temperaturze około 0 stopni, ale pozyskiwanie, to nie przechowywanie – liczy się czas, i to co chcemy pozyskać, bo oczywiście też nie wszystko ucieka w niskiej temperaturze.  U mnie czosnek leży sobie spokojnie na blacie szafki kuchennej, w kamionkowym naczyniu z pokrywką, które zawiera dziurki. To się w sumie najlepiej sprawdza i czosnek trzyma się w nim najdłużej. Ogólnie nie jestem zwolenniczką trzymania warzyw w lodówce – osobiście nie lubię zimnych warzyw, bywa, że szkodzą mojemu człowiekowi, a teraz kiedy o tym czytam, bo chcę, lubię, ale też muszę, okazuje się, że mój człowiek po prostu wiedział czemu się buntuje i zmuszał mnie często do działań optymalnych (choć rzecz jasna nie zawsze, ale nie w tym rzecz). Tak więc każdy, zanim zacznie stosować terapię jesienną czosnkową powinien się zastanowić czy ona jest dobra również dla niego. Owszem, jest skuteczna, ale czy nie ma przeciwwskazań? No i co u licha znaczy z umiarem, albo w dużych ilościach? W dużych ilościach, każdy z nas ma inne duże ilości, tak samo jak umiar, ale w ustalaniu tych dwu wartości warto posłuchać co mówi nam nasz własny człowiek, oraz, jeśli mamy z tym problemy możemy przypomnieć sobie, że zalecana dzienna dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi około 4 – 5 g i jest to wartość wokoło której mogą oscylować osoby dorosłe.

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie, w bonusie dla tych, którym udało się wytrwać do tego miejsca, zostawiam przepis na moja miksturę przeciw przeziębieniową, oczywiście zawierającą czosnek. Oczywiście również, w jej stosowaniu jest wskazany umiar i rozsądek, a dzienna dawka w początkach przeziębienia to spokojnie maksymalnie 4 x 25 g (czyli 4 małe bączki) na dzień (na CAŁY dzień).

Składniki: 3 dosyć duże cebule; 1 mała (lub 0,5 dużej) główki czosnku; sok wyciśnięty z 1 cytryny, 2/3 – 1  szklanki cukru. Dodatkowo, dla dorosłych: alkohol 40 – 50% do 0,5l, korzeń świeży chrzanu ok. 5 cm (jeśli cieniutki korzonek, to można dać dłuższy kawałek).  Słoik 1 litr.

Przygotowanie syropu: Cebulę i czosnek obieramy, siekamy w piórka, i wysypujemy warstwami do słoika: cukier – piórka cebulowo czosnkowe – cukier – piórka – cukier. Taki przekładaniec zalewamy sokiem z cytryny, nakrywamy słoik i odstawiamy z boku blatu szafki kuchennej. Po około 2 godzinach zaczyna nam się zbierać syrop. Można go sobie spokojnie popijać. Syrop ten można podawać przy kaszlu i w początkach przeziębienia również dzieciom, acz nie maluszkom.

Przygotowanie nalewki: Kiedy mamy już syrop, czyli po jakiś 2 dniach od nastawienia, albo kiedy zostają nam w słoiku resztki po niezbyt dokładnie odlanym syropie (trochę syropu, nierozpuszczony cukier),  zalewamy to alkoholem w ilości 0,3 – 0,5 (im więcej soku, tym można więcej alkoholu zalać), dodajemy obrany i posiekany w piórka świeży korzeń chrzanu. Zakręcamy słoik i odstawiamy na przynajmniej 7 dni, choć możemy podpijać z niego jeśli akurat jest taka zdrowotna konieczność. Jeśli stoi i nabiera mocy w spokoju, to warto jednak go nieco wstrząsnąć od czasu do czasu, aby ułatwić rozpuszczanie cukru i innych dobrodziejstw. Po tygodniu możemy zlać, ale spokojnie, może postać i 2 tygodnie w takim nastawie. A później przez gazik, lejkiem, do butelki i do domowej pateczki. Nalewki nie podajemy dzieciom!

Zdrowia życzę.

 

– 82 –

W tak zwanym międzyczasie, czyli w nielicznych osłabieniach, bo o przerwach byłoby niedorzecznością mówić, w naszej, miłościwie nam panującej na krańcu świata, porze deszczowej, staram się bywać tu i tam. Tak więc w poprzednią sobotę wybrałyśmy się z A. w zorganizowane chaszcze. A. nie szczególnie miała ochotę, ale się przekonała, niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Efektem tej pogody zdaje się jest mój obecny stan zdrowia, czyli kiepskie samopoczucie, częściowy zanik fonii oraz mięśnio-bóle. Nic nadzwyczajnego kiedy przez 2 godziny masz na przemian prysznic, saunę i chłodzący nawiew, a wszystko to na otwartej przestrzeni. nie mniej jednak, siedzenie w domu kolejnego weekendy nie było do przyjęcia, gdyż po prostu potrzebowałam wyjścia w teren. Skoro go potrzebowałam, to teraz za to płacę. Niestety, różne takie domowe sposoby nie bardzo sobie radzą, gdyż radziły sobie już wcześniej, z nieco słabszą infekcją. No oczywiście, że przeziębiona udałam się w te mokre chaszcze. Niestety nadchodząca sobota zapowiada się nie inaczej. Znaczy zapowiada się również spacerowo, choć już na miejscu, bez wyjazdów i dojazdów, również zdaje się przeziębienie nie zdąży mi przejść, a co do pogody – to się okaże, acz nie ma zbyt optymistycznych zapowiedzi w tym temacie.

Kiedy o poranku, w radio, słyszałam o słońcu i ponad trzydziestostopniowych upałach, patrząc przez okno auta, to dostawałam drgawek i pełna byłam jakiegoś takiego niedowierzania, gdyż temperatura u nas, to raptem o poranku jakieś 17 stopni było, teraz może około 22, a do tego chmury, chmury i kolejne litry wody wylewające się z nieba. Więc jeśli ktoś potrzebuje nieco wilgoci, to zamienię się czasowo na miejsca przebywania, gdyż mam wrażenie, ze zaraz to po prostu u nas wszystko spleśnieje od tego nieprzemijającego mokradła.

No i tak na osłodę, z telefonu pochodzące, dwa obrazki z tamtego mokrego spaceru.

Takie tam sobie łany zboża

– 16 –

Wszędzie zima, wszędzie śnieg, a u nas ledwie kilka płatków zatańczyło w powietrzu, przy czym, nie zostały na szczególnie długo z powodu dodatnich temperatur, które zdaje się zupełnie im nie odpowiadają.

Takich kilka wniosków ma, niezbyt porywających, ale tak dla zapamiętania. Muszę sobie po prostu pomarudzić. Gdzieżby inaczej. Zmęczona jestem, a przez to zmęczenie sobie pomyślałam, że jedna rzecz to mi na guzik z pętelką potrzebna, no i nie wiadomo po co i na co, i że gdyby nie to, to miałabym dużo wolnego czasu i mogłabym sobie odpocząć. Tak zwyczajnie odpocząć, bez myślenia, że jeszcze to do ogarnięcia, i tamto, i jeszcze coś gdzieś, jakoś i po coś. Tylko, że jak dobrze pamiętam, to tak było jeszcze niedawno i marudziłam, że monotonia, że tamto, siamto i owamto. Nie dogodzisz Panie, nie dogodzisz. Mam więc te różne atrakcje i marudzę, ale w sumie to nie marudzę, w sumie to bardzo się z nich cieszę. Nie są moim planem na życie, ale przypadkiem stały się rozrywką i wyrwały z marazmu. Pomogły poskładać parę rzeczy na właściwe miejsca, postawiły człowieka do pionu.

Bo ja, Panie Dziejku, tak mam, że musi być mało czasu, bo jak dużo czasu mam na myślenie to sobie lubię robić kuku. Nie mam czasu na głupoty więc zdziwiam i wymyślam, i zastanawiam się ile jeszcze sobie dam radę dokooptować do codzienności. Planów nie robię, a przynajmniej nie dłuższych jakiś. Owszem jest kilka założeń, ale to założenia są, żadne tam plany. Więc tak sobie siedzę i tak sobie myślę, że w najbliższych dniach mam do ogarnięcia to i tamto, a tu mnie coś po kościach chodzi i po zatokach. Dam radę. No bo kto, jak nie ja?

A do tego wszystkiego to ciekawe mejle mi do skrzynki wpadają. Spam rzecz jasna, ale właściwie, na upartego, właściwie warunki, mimo wszystko, spełniam… jest tylko jeden szkopuł, że za mąż to ja już byłam i drugi raz się raczej nie wybieram, ale spam z informacją o kastingu do programu do mojej skrzynki trafił… http://www.telemagazyn.pl/artykuly/wyjdz-za-mnie-nowy-reality-show-ze-slubami-koscielnymi-w-polsacie-62168.html

Poza tym, to tort piekę. W końcu dzień babci, a do tego podwójne urodziny domowników. Normalnie w hurcie o tej porze roku występują, człowiek to jeszcze po świętach do siebie nie doszedł, a tu masz, już następne wydatki. Jak tu ogarnąć, co kto jeszcze nie ma, czego na święta nie dostał pod choinkę, lub co jeszcze z upodobań solenizanta można by było zaspokoić nie bankrutując ostatecznie. Tak poza tym, to chyba sobie grzańca zrobię. Takiego podrasowanego, wzmocnionego i z dużą ilością dodatków. Może tę francę co mi po kościach biegać zaczyna wywali z mojego człowieka.