– 144 –

To był długi tydzień z drogą pod górę. Jeszcze właściwie się dla mnie nie skończył, gdyż jeszcze kilka drobiazgów przechodzi na tydzień następny. Liczyłam, że poniedziałkowe upuszczanie krwi uda mi się przerzucić na kasę chorych, ale trudno, nie da się to nie. Zastanawiam się, czy robić to jedno badanie, czy go nie robić, bo właściwie nic mi ono nie wnosi do mojego zdrowia, po za wiedzą… która nie jest mi do niczego potrzebna obecnie. 6 – 5 lat temu powinnam była je zrobić, a nie teraz. Teraz jest to bez znaczenia. Ot wiedza, dla wiedzy. Hm. Mam czas jeszcze na przemyślenia – cały jutrzejszy dzień.

Swoją drogą dziś poczułam, że to już faktycznie grudzień za pasem, że święta za progiem. Oczywiście, tradycyjnie, wszystko we mnie bunt podniosło. Gdyby jeszcze tak się dało, że zignorujemy święta, to ich nie będzie. Złożę protest i odwołam święta. Gdyby coś dało takie protestowanie, to mogłabym mieć już ze 3 tuziny petycji o odwołanie świąt. Wcześniej nie bardzo umiałam pisać. Nie mniej, dzisiejszy śnieg o poranku, uzmysłowił mi, że na to czy święta będą, czy nie wpływ mam taki sam, jak na to, czy ten śnieg pada dziś, czy jutro, czy za tydzień. Więc przeszłam płynnie od smętnych myśli na temat świąt i mojego do nich stosunku, na to, że czas zająć się prezentami. Zazwyczaj miałam ich już pewną dozę, ale jakoś brakuje mi w tym roku wizji na prezenty. Trudno jest wymyślić coś sensownego, kiedy właściwie wszyscy już mają wszystko co chcą, co lubią i co jest im potrzebne. Nie mniej, miło jest znaleźć jakiś drobiazg pod choinką. Tylko z tymi drobiazgami już tak jest, że coraz trudniej coś wymyślić. Przecież ile lat z rzędu można kupować kacie, żele pod prysznic, skarpetki itp.? W tym roku zdaje się, że zacznę od końca. Czyli najpierw kupię słodkie dodatki, a w tak zwanym między czasie będę szukać tego, czy owego. Nawet internety w tym roku kiepsko mnie inspirują. Oj kiepsko. Wierzę, jednak, że nagle przyjdzie olśnienie prezentowe, lub czas mnie dociśnie, i za jednym zamachem złapię odpowiednią wizję oraz nabędę to co będzie właściwe. Wizja była, aby część zrobić własnoręcznie… tylko chyba przeliczyłam się z czasem i teraz pracuję nad problemem zagięcia czasoprzestrzeni w sposób zapewniający możliwość realizacji wszystkich planów i rzeczy do zrealizowania. Prace trwają. Rozwiązanie problemu czasoprzestrzeni oczywiście opatentuję, gdyż… no przepraszam, ale z dodatkowym groszem człowiekowi zawsze jest po drodze… no i można wówczas bardziej z prezentami poszaleć 😉 …

– 135 –

Miałam napisać notkę o tym, jak to spotkałam Pana Hrabiego z „Bars piekną dziewczyną” oraz o tym, ja miałam ochotę do nich podejść i zapytać się, jak się czuje wydając pieniądze mojej Matki Rodzicielki, oraz, tak na wszelki wypadek, czy ma świadomość, za co wyrok miał jej „chłopak”. Skręciłam jednak w drugą alejkę. To dorosła, dojrzała kobieta. Wcześniej, czy później Pan Hrabia pokaże swoją prawdziwą twarz, o ile jeszcze tego nie zrobił. Ktoś, kto całe życie oszukiwał i czerpał przyjemność z poniżania innych, mając lat sześćdziesiąt i trochę – nagle się nie zmieni.

Później miałam napisać o hurtowej ilości niespodziewanych wiadomości, co więcej, samych pozytywnych wiadomości. Niniejszym wszystkim, którzy podzielili się pozytywami ze mną, wszystkiego dobrego życzę. Fajnie wiedzieć, że gdzieś się jakoś coś układa. Wraz z przybywaniem nowych ludzi na świecie (zdaje się, że tu i ówdzie, wakacje były owocne).

Później jeszcze przyszło mi do głowy, że czasem nie łatwo rozmawia się o wielu rzeczach i że rozmowa to jednak sztuka jest oraz, że zawsze zdawało mi się, iż w tej sztuce jestem całkiem biegła, acz zdaje się, że tylko mi się zdawało. Co więcej, właściwie mam pewność, że tylko mi się zdawało. No dobrze, rozgraniczmy sobie. Słowo mówione nie jest moją najmocniejszą stroną, ze słowem pisanym radzę sobie zdecydowanie sprawniej.

Kwestią kolejną, o jakiej miałam napomknąć, to unikanie trudnych tematów. To tak w kontekście poprzedniego akapitu. Jednak, okazało się, że w tak zwanym między czasie udało mi się zrobić kilka rzeczy różnych, w tym również porozmawiać, acz nie udało mi się rozwinąć tematów powyższych, gdyż straciłam zacięcie do ich rozwijania. Owa utrata zacięcia jest tym wyższa, że notkę niniejszą zaczęłam pisać w niedzielę w okolicach godziny 21, a kończę ją dziś – kiedy od dobrych 10 minut mam już poniedziałek.

Dobrej nocy – śpijcie szybko, bo do rana blisko. 😉

 

 

– 125 –

Mam wrażenie, że obecnie życie pokazuje mi kilka rzeczy i kilka spraw od drugiej strony. Od tej innej. Bardziej chłodnej, bardziej racjonalnej, bardziej zimnej. Pokazuje mi emocje, uczucia, obrazy i przygląda się. Patrzy bezczelnie, jak moje ramiona coraz bardziej się uginają, jak coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pokazuje mi to wszystko na chłodno i z takimi detalami, że mam ochotę powiedzieć, po raz kolejny, „Przestań już”. Wyciąga całą gorycz tego na co pozwoliłam aby się stało. Obrazuje, jak bardzo chciałam wielu rzeczy nie widzieć, nie dostrzegać. Nawet wówczas, gdy ze zdziwienia brakowało mi oddechu, pozwalałam żeby się działo, a bezdechów było wiele.

Teraz mówię, teraz widzę, teraz dostałam rolę „z tej drugiej strony”. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie wiem, jak postąpić, że nie wiem co zrobić powinnam, co mogę, co chcę. Wszystko to sklarowane jest do bólu. Jedyne co jest inne, a może dokładnie takie samo, to że właściwie mam gdzieś, jaką drogą życie poprowadzi i napisze ten scenariusz, a może bardziej… nie mam siły walczyć z kolejnym scenariuszem, na który mam tylko złudzenie wpływu.

To przyjemne uczucie jest wiedzieć, że komuś na tobie zależy, z drugiej strony, kiedy wiesz, że zwyczajnie nie potrafisz tego oddać, czyż nie jest hipokryzją podejmowanie prób zatrzymania tego zainteresowania?

Gorzkie jest to moje „nie potrafię”. Gdybym mogła zamienić je na „nie chcę”, lub zwyczajne „to nie to”, czy „nie tym razem”. Jak powiedzieć komuś, że zwyczajnie, najprościej na świecie nie potrafię dać tego, co chciałby, że już nie potrafię dać tego nikomu. Kolejną rzeczą, której nie potrafię, to nie potrafię powiedzieć, czy kiedyś, kiedykolwiek się to zmieni.

– 121 –

Tak sobie myślę, że życie jest jakie jest, i że wielu rzeczy w nim nie uda mi się zapewne zrozumieć, a jeszcze mniej poznać, więc nie staram się pojąć i zrozumieć wszystkiego. Staram się egocentrycznie skoncentrować na mikro świecie i chyba na prawdę dobrze mi idzie. Myślę, że są tacy, którzy stwierdzą, że za dobrze.

Kolejna zabawa internetowa, pseudo test na połączenie świadomości z podświadomością i nadświadomością. Krąży tego po sieci na pęczki i w przeróżnych wydaniach, nie ma więc nad czym się rozwodzić kiedy idzie o treść. Kiedy jednak popatrzeć na to, że jeden z punktów wskazywał aby wymienić 5 osób dla ciebie ważnych i okazało się, że w tym miejscu byłam w stanie wymienić tylko jedną osobę… nieco się przestraszyłam w pierwszym odruchu. No bo jak to, nie mam bliskich osób?

Otóż, prawie nie mam. Właściwie to nie mam zupełnie. Nie takie, o których myślę w „zabawie”. Jest Młody i tyle. Reszta jest poza kategorią. Poza jednak można być na wiele sposobów. Można być ponad i poniżej oraz w środku. Młody jest we wszystkich obszarach, reszta ludzkości dla mnie funkcjonuje poniżej, a grupka powyżej jest bardzo hermetyczna i kameralna. Przyznam jednak, że w ostatnich latach skurczyła się ta grupka dosyć mocno, choć nigdy nie była wielkim tłumem.

Nie mniej jednak, tak mnie na refleksje naszło i wychodzi mi z tych refleksji, że te kilka lat wstecz zostawił po sobie o wiele dotkliwsze zgliszcza niż mnie samej się wydawało. Zdecydowanie, od 3 lat odsuwam wszystkich od siebie. Trzymam na dystans. Bez szczegółów, bez spoufalania, z upodobaniem do ciszy.

Nie ma ludzi, jest cisza. Czasem, z rozpędu, mam chęć coś powiedzieć, zadzwonić może. Zamieram w pół myśli, odkładam telefon. Nie mówię, nie dzwonię, nie rozmawiam. Chełbię ciszę. Cisza jest spokojna, stabilna i bezpieczna. Cisza nie boli, a ludzie bolą. Niektórzy bolą bardziej od innych, dlatego potrzebna jest cisza. Bez niepokoju, bez nadziei trudnych do realizowania, bez złudzeń, bez goryczy, bez cierpienia. Cicha, spokojna, bezpieczna.

Temu wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jedna myśl. Myśl, że doszłam do punktu, w którym ja najzwyczajniej i całkiem po prostu NIC NIE MUSZĘ. Nic nie jestem nikomu winna, niczego od nikogo nie oczekuję, nie mam bezwzględnie wymagalnych zobowiązań wobec innych osób. Nie topię się w tych wszystkich wypad – nie wypada, powinnam – nie powinnam. MOGĘ WSZYSTKO. Mogę to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mogę tak jak mi odpowiada, bez konieczności dopasowywania się do cudzych roszczeń, oczekiwań, ramek.

Tylko, że to wszystko to jedno, bo móc, to jeszcze nie znaczy chcieć. Więc siedzę i tak się zastanawiam nad tym moim chcę – nie chcę. Bo chcieć, to dawać. Dawać siebie i z siebie, ale ja już nie mam co dać. Wszystko zostało zabrane, sporo z tego zmięte i wywalone, jako zbędny balast. Więc teraz nie mam już co dać. Dlatego siedzę sobie tu gdzie siedzę tak cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bezproblemowo. Bez konieczności dawania, ale też bez konieczności brania. Żadnej wymiany. Jak mogłabym brać, kiedy nie mam nic w zamian?

 

– 113 –

Nie będzie o długim weekendzie. Wszyscy i wszędzie się o majówce rozpisują od lewa do prawa i od prawa do lewa. Ja już doprawdy nie muszę. Majówka, jak majówka. Pogoda trochę do duszy. Zimno mokro i jedynie zachęcająco do oglądania kolejnych seriali z internetu.

O czym to ja chciałam? O tym, że zmęczona jestem. Zmęczona jestem ludźmi. Wybiórczym słuchaniem (w najlepszym razie), choć zazwyczaj zupełnym nie słuchaniem, co przedkłada się na czytanie bez jakiekolwiek choćby krztyny zrozumienia. Chodzeniem w zaparte i krzykiem, jako jedyną słuszną metodą na wszystko. Warczeniem, oczekiwaniami nieadekwatnymi do wkładu własnego. Zmęczona jestem murem, pod którym staję każego dnia.  Murem ludzkiej niechęci, girek, manipulacji i udawania. Sama udaję. Lepsza nie jestem. Udaję, że mi to wszystko zwiewa i powiewa, a tak na prawdę jestem tym zmęczona, aż do uzyskania obrzydzenia do 95 % gatunku ludzkiego.

To wszytko co widzę, uświadamia mi, że sama przecież mogę wiele nie widzieć. Łapię się na tym, że dla świętego spokoju mówię lub robię to, co jest oczekiwane… bo tak jest prościej, szybciej, łatwiej… oraz tak jest często daleko od tego co chcę, czego potrzebuję. To wszystko, to nawet nie jest trzymanie gardy, nawet nie zachowywanie pozorów, to wszystko jest budowaniem muru. Muru, którego obiecałam sobie nigdy więcej nie budować, a teraz? Buduję mur wyższy i solidniejszy nić kiedykolwiek wcześniej. Solidny. W środku jest pusto i ciemno, na zewnątrz jest pełne zblazowanie. Tak, jestem hipokrytą. Tyle, że w przeciwieństwie do wielu innych ludzi zdaję sobie z tego sprawę. Jestem hipokrytką zupełnie świadomie, z premedytacją i z cynicznym „I co z tego?” dla tych którym się chce i którzy mnie na tej hipokryzji mogą przyłapać.

Buduję mur, nie po to aby się za nim schować przed światem. Buduję mur, że za tym murem, grubym i solidnym, schować okruchy nadziei na kilka drobiazgów, aby schować kawałek emocji i uczuć tych ciepłych, zanim reszta życia mi je wypali. Chowam wrażliwość, a raczej to co z niej jeszcze pozostało, nie dla tego aby nie cierpiała, chowam ją aby choć jeden jej okruch został ze mną do końca… bez ochrony, zniknie szybko, bo mało jej już zostało. Czasem, patrząc wstecz, trudno jest mi uwierzyć ile jej kiedyś było, ile jej dziś zostało… i patrząc tak sobie na nią z pewnym niedowierzaniem zastanawiam się, co się po drodze stało i przypominam sobie. Pamiętam każdą zadrę, każde zadrapanie. Tylko dzisiaj już nie bolą i właśnie to najbardziej mnie przeraża, bo skoro nie ma tej strony, to nie ma też tej drugiej. tym co zostaje – jest pustka.

– 91 –

Mnóstwo rzeczy chodzi mi po głowie. Znaczy się dziki chaos. Plątają się i plątają i każda krzyczy, „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza”. Doprawdy doba ma tylko 24 godziny i nie chce się bardziej rozciągnąć, a ja potrzebuje tyle różności zrobić.

Tymczasem odkryłam, na zasadzie eureki, że właściwie wielu rzeczy i spraw związanych ze stagnacją w moim życiu, jest moja Matka. Zdaje się, że dla patrzących z boku była to od dawna oczywista oczywistość, jednak ja zrozumiałam to praktycznie rzecz biorąc dopiero dzisiaj.

Ona uwielbia zacieśniać przestrzeń, chomikuje, gromadzi i zbiera, ja potrzebuję przestrzeni. Ściśnięta jestem przytłoczona i jest mi duszno, tak życiowo duszno. Niestety wiele elementów przejęłam po niej, więc też gromadzę. Jest mi źle, ale i tak gromadzę. Teraz jednak mam ochotę wyrzucać. Problem w tym, że nie da się w ten sposób sprzątać kiedy ona jest w pobliżu. Po prostu zaraz jest „a to się jeszcze przyda”, „to jeszcze jest w dobrym stanie”, „to za drogo za śmieci będzie”. Zajęło mi tyle lat, żeby zrozumieć, że jej działanie przyprawia mnie o poczucie klaustrofobii.

Tymczasem mamy stare, sklejkowe, porozkręcane i zawadzające szafy mające po 20 lat stażu w formie rozkręconej, a ile lat służyły zanim zostały rozkręcone, to akurat trudno określić, gdyż część z nich jest zdobyczna na zasadzie, że komuś nie były potrzebne, a jej się jeszcze przydadzą. Właśnie by się na mnie sromotnie obraziła, gdyby czytała te słowa. Usłyszałabym zaraz pouczenie, że powinnam pamiętać, jak było, że nic nie było, i ze na nic nowego jej stać nie było. Doprawdy? Wiem, mamo, że tak myślisz, i że tak to postrzegasz, ale 5 rozkręconych szaf i ze 2 meblościanki upchnięte po kątach, które nikomu do niczego nie służą, raczej świadczą o zbieractwie niż o potrzebie wyższej.

Jest mistrzynią zagracania przestrzeni, zagracania starociami, bez miejsca na coś nowego. Tak samo jest perfekcjonistką w podcinaniu skrzydeł. Nawet jeśli nie mówi w prost, to każdy plan kwituje w deseń „to się nie uda”, „będą długi”, „nie dasz rady”. Po 40 latach życia z „Panem Hrabiom” jest to normalne i zupełnie logiczne podejście wynikające z wieloletnich doświadczeń, ale tylko 1 z naszej czwórki jest nacechowanie niefrasobliwością odziedziczoną po tatusiu, i nie jestem to ja.

Wbrew wszystkiemu, jedyne wsparcie, które raz jeden udało się Panu Hrabiemu, wypłynęło samo z siebie, ale to On choć przez chwilę wierzył, że może się udać moje marzenie, a przynajmniej, że powinnam rozwijać swoją pasję. Przytargał, nie wiem skąd, elektryczną maszynę do pisania. Wielką, ogromną, ciężką i zajmującą prawie całe biurko. Tyle, że następną rzeczą, było skwitowanie Matki Rodzicielki, że nie będzie czytać tego co napiszę, żeby poprawiać moje okropne błędy ortograficzne, bo nie ma czasu… a wystarczyło kupić i przyzwoity słownik ortograficzny…

Więc teraz, kiedy mam tyle różnych myśli, tyle różnych pomysłów, cały czas, zamiast wierzyć, że wszystko może się udać, że mogę je zrealizować, ja cały czas słyszę cerbera w swojej głowie, który ostro karci te wszystkie rozkrzyczane, kolorowe i roztańczone „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza” widząc je jako coś złego, niedobrego i niemożliwego.

… a ja, nawet jeśli to wszystko wiem, widzę i zaczynam rozumieć, to i tak nadal jeszcze nie potrafię przekuć swojej wiedzy w samoobronę, we wiarę w siebie i w swoją siłę i w swoje możliwości. Nadal nie potrafię się od tego oderwać i uwierzyć, że mogę, że potrafię, że dam radę… bo mam na tyle siły, wiedzy i doświadczenia, że to wszystko jest w zasięgu…

– 37 –

Miało być obrazkowo i zimowo, będzie pretensjonalnie i całkiem literkowo.

Po pierwsze to zdaje się, że antypatia do mnie może być bardzo trwała. U jednej Pani trwa od ponad 10 lat i zdaje się, że tak już jej zostanie. Płakać nie będę z tego powodu. W swoim czasie wiele zdrowia mnie kosztowała, ale też dzięki niej się życiowo zahartowałam i nauczyłam się świadomie dostawać po dupie. Pani owa wybitnie nie znosiła jeśli się jej wytykało różne niedociągnięcia w obowiązkach, niezgodności i wybiórczą, zależna od nazwiska, interpretację przepisów prawa. Ile razy ja się tłumaczyłam na dywaniku u szefa z tego, że owa Pani nie rozumiała połowy rzeczy jakie się do niej mówi, to wiem tylko ja. Bo rozumienie też miała bardzo wybiórcze i zależne od nazwiska. Mniejsza z większym, jej pech, bo nadal zawodowo jesteśmy w pewnym sensie powiązane i czasem bywa tak, że wypada się nam skontaktować. O ile ja nie mam oporów, o tyle ona zazwyczaj dzwoni do M., która nie dosyć, że siedzi po drugiej stronie korytarza, to jeszcze nie zawsze wie co zostało wysłane… ale co poradzisz, skoro niektórzy są niereformowalni i animozji nie potrafią odłożyć na bok.

Właściwie to tak sobie myślę, że ludzie okropnie dużo energii tracą na nielubienie innych osób, na chowanie animozji i pielęgnowanie niechęci. Też tak długo miałam, ale od jakiegoś czasu, sama nawet nie wiem od kiedy, przeszło mi. Są osoby, które lubię, ale reszta jest mi zwyczajnie obojętna. Nawet Pan Hrabia, który tak długo jak trzyma się ode mnie z daleka jest mi obojętny. Pomimo wszystko co w moim całym życiu nawywijał, i pomimo tego jakie zafundował mi wspomnienia z dzieciństwa. Owszem, jeśli nasze drogi się przecinają dostaję obfity zastrzyk adrenaliny, ale on mija, a ja nie zaprzątam sobie głowy tym człowiekiem. Co do adrenaliny, to po ponad 30 latach stałej gotowości, 5 lat jest okresem zbyt krótkim by wyciszyć w organizmie odruchy nawykowe, które zapewniały ochronę. Właściwie, jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się od emocji z nim związanych uwolnić, a tu masz, sama nie wiem kiedy przeszło. Kiedy minęło. To co pozostało to żal i gorycz, ale i te jakby z czasem stawały się mniej dotkliwe. Nie mniejsze, bo tego nie da się zmniejszyć, ale mniej dotkliwe, bo ileż można walczyć z tym czego nie można zmienić? Więc uczę się nie walczyć z wiatrakami przeszłości. Wkładam je na miejsca, jak puzzle i staram się iść dalej. Idę dalej, ale już z nimi wygodnie ułożonymi w plecaku życia. Jak widać korzyści są szersze niż były zakładane. Ludzie mnie „nie buzują” na stałe, tylko czasem, gdy podniosą mi ciśnienie.

Owszem, poza Panem Hrabiom, jest też kilka innych osób, które podnoszą mi ciśnienie, ale nic ponadto. Kilka następnych mniej lub bardziej mnie irytuje i potrafi zezłości, ale też są to najczęściej efekty z gatunku: akcja – reakcja. Kiedy znikają z mojego widnokręgu, znika irytacja i znika to co może jej towarzyszyć. Czasem nawet gdy są w pobliżu, nieszczególnie zajmują moje myśli. Nawet P. dzisiaj to tylko garść żalu, pół garści smutku oraz połowa z moich siwych włosów. Nawet do manipulantki Z. mam ambiwalentny stosunek, a jedyne co mnie zastanawia, od czasu do czasu, w odniesieniu do jej osoby, to, to jak można tak koncertowo spieprzyć życie wielu osób na około i to tych najbliższych. Jednak to też nie jest kwestia bezpośrednio z nią związana. Przychodzi mi ona na myśl, bo boję się, ze ja mogłabym tak spartolić komuś życie na starcie jak ona to robi. Jest ucieleśnieniem mojego lęku w odpowiedzialności za innych ludzi. Pewnie by się wściekła, że zamiast rozpaczać i drzeć włosy z głowy, bluzgać na nią i jej złorzeczyć, ja siedzę i jej współczuję oraz współczuję jej dzieciom. Paradoksalnie nie dzięki P., a dzięki niej wiele dowiedziałam się o sobie, poznałam kilka swoich granic i powzięłam kilka przekonań, czego w swoim życiu nie chcę.

Skąd te nostalgie i refleksje, ano zima sobie poszła precz. Zbliża się dla mnie trudny czas, bo wiosna, to nie jest moja ulubiona część roku. Właściwie wiosna, to moja najmniej lubiana pora roku. Do kolejnej zimy wile minie miesięcy, ale zdaje się, że zlecą całkiem szybko… być może nawet szybciej niż chciałabym, czy chcielibyśmy.