– 134 –

„Dojrzała, niespełna pięćdziesięcioletnia kobieta… dominikapl”. Właściwie już przywykłam do propozycji zrealizowania wszelkich fantazji i uciech wszelkich przez „panie” z najprzeróżniejszych serwisów, które piszą do mnie codziennie i od dłuższego czasu. Często piszą po kilka na raz. Mam branie jak nic. Nawet jeśli nie odpowiadam na te wszelkiej maści i jakości zachęty, nawet jeśli bez otwierania wiadomości te lądują w koszu i następnie w niebycie internetowym, to one nadal, i nadal, i nadal. Nie mniej tym razem, to akurat tytuł przykuł moją uwagę, nie zaś sama wizja kolejnej zachęty do igraszek.

Dojrzała, niespełna… ja pierdziu. Jak ten czas zapierrrrdala. Dojrzała niespełna – no jak w mordę jeża, toż to o mnie. Tylko kiedy u licha się to zrobiło? Jak to możliwe? Przecież tego zupełnie nie czuję. To tak już? Znienacka mnie to jakoś tak wzięło. Doprawdy? Dojrzała… a za chwilę napiszą, że przejrzała (???), czy jak?

Niestety, to co w środku, to jedno, co na zewnątrz to drugie. Nie tylko kalendarz i mój dowód czują upływ czasu. Po ostatnim wyjeździe, niejaką mam refleksję wynikającą z przeglądania fotorelacji – zaczynają mi się robić „chomiki”. Niby nic dziwnego, babcia je miała, matka rodzicielka też je ma, to czemu miałoby mnie to ominąć? …ale tak żeby już? Na czas byłoby za 5, czy 10 lat… a tak już?

Doprawdy? Dojrzała? Czyli, że co? Że w średnim wieku obiema nogami? Że powinnam jeszcze bardziej spoważnieć, czy jak? Bo ja nie wiem?  Jakaś instrukcja obsługi do ogarnięcia czasoprzestrzeni przez dojrzałe panie? Ktoś? Coś? W tym temacie?

Faktycznie, ten czas mocno pędzi. Nie mniej jednak, wydawało mi się, że bardziej będzie mnie to przerażało, ale nie jest źle. Właściwie mam to gdzieś. Może jest to taka cicha i bezwolna rezygnacja, ale chyba lepsze to niż wewnętrzny sprzeciw i bunt, który i tak czasu nie zatrzyma. Życzę sobie, aby tak zostało. Najwyżej… powyrzucam wszystkie lustra w obu domach… w kończu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie jest żal… 😉

– 118 –

Tak. To miejsce to już nie to, co stary adres. Nigdy dla mnie nie będzie tym, czym było stare miejsce. Tam zostawiłam kawał swojej historii. Swojego dorastania. Przeistaczania z poczwarki w motyla, i z motyla… tak, tego już tam nie zdążyłam zrobić. Nie zdążyłam, pod tamtym adresem, pójść o kolejny krok dalej. Tutaj natomiast, przyszła i osiadła poczciwa matrona. Taką przynajmniej mam nadzieję, że poczciwa.

Matrona sterana życiem i okolicznościami. Ze zdrowiem podniszczonym. Z cyckami, które zastąpiły „sportową dwójkę”, z mokasynami na płaskich spodach, z pasmami srebra we włosach. Zmęczona mocno różnymi zawiłościami losu. Przygnieciona do ziemi bardziej niż świadczyła by o tym metryczka.  Takie tam czasem tylko przebłyski z gatunku: Motylem byłam, ale utyłam.

Utyłam, oj utyłam. Nawet nie te kilogramy mam na myśli, choć i tych jest zdecydowanie więcej. Utyłam w doświadczenia, w zwroty akcji i w świadomość samej siebie. W budowanie murów, w separowanie się od ludzi, w dystans do wszystkiego, w brak zaufania, w hipokryzję. Nadal jednak życie potrafi mnie zaskoczyć. Nadal pokazuje mi, że wystarczy mu chwila lub dwie aby mnie zaskoczyć. Dawno przestałam liczyć ile asów i dżokerów poukrywał los w swoich przepastnych rękawach sukni mojego życia. Na to kiedy woła za moimi plecami: Sprawdzam!!! Nawet się nie zatrzymuję, nie odwracam, mruczę pod nosem: to sobie qwa sprawdzaj…” albo krócej „Spierdalaj.”

Kiedy sobie pomyślę ile zawsze takie „Sprawdzam!” niosło ze sobą emocji, zawirowań, chaosu, czasem śmiechu, częściej łez. Dziś po prostu mam to gdzieś. Dziś bardzo brzydko, mało kulturalnie mówię mu: pierdol się życie, albo nawet odje***baj się ode mnie”. Nie dowierza. Łapie mnie za ramię i próbuje odwrócić w swoją stronę. Krzyczy prawie: „Popatrz! Daję ci coś.” Tylko ja już nie chcę brać, bo brać znaczy też dawać, a ja już nie mam co dawać. Dałam całą siebie, ktoś wziął wszystko i nic już nie zostało dla nikogo innego, nawet dla mnie samej zostało tyle co nic. Tyle by podnieść się, otrzepać kolana i iść dalej, z przyklejonym do twarzy uśmiechem nr 5. Ten był najpospoliciej używany, więc tylko ten się ostał, odnalazł po burzach i sztormach.

Więc ten los, to życie mówi: „Popatrz – coś ci daję!” , a ja się pytam „Teraz? Na prawdę? Jaja sobie robisz?” Więc, jak mam to wszystko ogarnąć. Jak sprawić by rachunki za siebie każdy płacił, by nikomu nie przeszło życie na kredyt moim kosztem. Więc co mi pozostaje? Uśmiech nr 5 i dbanie o to, aby każdy spłacał tylko swoje zobowiązania. Został mi rozum, i niech tak zostanie.

– 84 –

Tak sobie siedzę, i tak sobie patrzę na mrugający kursor w edytorze tekstu. No i co ja mam tutaj napisać, skoro nie bardzo jest o czym pisać. Nie bez wpływu jest też to, że ostatnio zwiększyłam częstotliwość bywania na pogrzebach. Tak już kolejny rok i żadnej w tym trendzie przerwy w postaci wesela, czy chrzcin. Jutro pogrzeb brata babci.

Miał swoje lata i od kilku dodatkowo chorował na jedną z tych mało przyjemnych chorób, kiedy powoli zapomina się kim się jest, kim się było, kim są bliscy. W sumie, raz jeden choroba ta okazała się zbawienna, gdyż uwadze umkną fakt śmierci najmłodszej z córek.

Raptem, nie dalej, jak początkiem miesiąca byłam na pogrzebie ojca kolegi z pracy. Było to ledwie kilka dni po tym, jak odszedł również tato koleżanki z pracy. Nieco wcześniej, inne, znajome nazwiska na klepsydrach, a w tym i z naszych lat już również. Brat znajomej oraz innym „młody” człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówiła, ale i A.S. i A.P. zastanawiały się, czy przypadkiem nie jest to ktoś znajmy, bo skoro z osiedla, to przynajmniej z widzenia…

Więc tego deszczowego lata mija mi melancholijnie dzień za dniem. Tak jakoś z dystansem i z wewnętrznym niemym krzykiem: co się dzieje! co się dzieje! Ludzie odchodzą, a ja rezerwuje bilet kosmicznie drogi na busa do stolicy, przeglądam ogłoszenia z ofertami samochodów i zastanawiam się czy wolę archaiczną podrasowaną audiczkę, czy może nieco bardziej niemrawą lagunkę, choć vektra jeszcze też jest w całkiem niezłym stanie. Jeden Francuz, jeden Niemiec i jeden sfrancużony Niemiec. Gdyby nie to, że przywykłam, pewnie deprymowałby mnie sposób rozmowy Panów, którzy orientują się, że samochód chce kupić kobieta. Uroki mieszkania na krańcu świata. Przerabiałam schemat już na większą skalę kupując mieszkanie, a przecież to nonsens jest zwracać uwagę na taką pierdołę, jak to czy kupującym jest kobieta, czy mężczyzna. Doprawdy, kobieta może mieszkać sama bez uszczerbku na swoim zdrowiu i ogarnąć samodzielnie rachunki, remonty i sąsiedzkie konotacje. Samochód tez może kupić sama, i nie musi być to mini autko, z maleńkim silniczkiem. Poza tym audi z silnikiem 1,8 raz, że jeszcze demonem mocy nie jest, dwa, że te silniki akurat były chyba jedne z mniej trafionych i takie tam bzdety… z resztą, poza porsche 911, chętnie nabyłabym takie jedno subaru impreza… bynajmniej z tych starszych, choćby takie

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/881502507_2_1080x720_type-r-22b-kultowe-dwudrzwiowe-subaru-w-doskonalym-stanie-dodaj-zdjecia_rev001.jpg

czy ten przód nie jest genialnie zaprojektowany

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/902523192_1_1080x720_gt-turbozadbanyokazja-nowe-miasto-lubawskie.jpg

 

Tak więc, to lato jest mocno popieprzone. Ludzie odchodzą, a ja siedzę i przeglądam ogłoszenia samochodów, których mój obecny budżet nie ogarnia, bo wiecie, kupić kultowy samochód i jeździć nim w gazie to po prostu jakaś żenada byłaby, więc jestem przyziemnie żenująca, zajmuję się czymś w zasadzie nieistotnym, mało znaczącym. Tracę czas, którego przecież nie wiem ile mi zostało. Nie wiem ile go zostało komukolwiek z osób, które znam, a ja zamiast je doceniać, zamykam się i siedzę wpatrzona w monitor, bo… nie wiem, nie umiem, wyjść zza jego zasłony. Tak tkwić tutaj jest po prostu łatwiej i prościej… i mniej boli, kiedy coś się dzieje.

– 46 –

Święta, święta i już po świętach. Oczywiście pogoda zrobiła się dopiero dzisiaj, kiedy czas było wrócić do pracy i zająć swoje miejsce w kołowrotku. Kilka dni wolnego uświadomiły mi jak bardzo jestem zmęczona. Ostatnie trzy minione lata bez dłuższego wypoczynku, z dodatkowymi zajęciami, sprawiły, że po prostu ryje nosem ziemię. Niestety zrozumiałam też, że brak jakiegokolwiek zajęcia i nadmiar czasu również by się nie sprawdziły. Zdecydowanie wolę być zmęczona niż zdołowana, a nadmiar czasu w moim przypadku mógłby prowadzić jednak do tego drugiego.

Dwa wolne przedświąteczne dni sprawiły, że na mieście minęłam wile znajomych twarzy. Postarzeliśmy się jakoś ostatnio i niemal niepostrzeżenie. W pędzie codzienności weszliśmy w wiek średni. Przystojniakom z ogólniaka przerzedziły się fryzury, urosły brzuszki, ale księżniczek czas też nie ominął. Zdecydowanie najlepiej obecnie wypada klasa przeciętniaków. Kiedy szkolne, czy podwórkowe, gwiazdy z latami traciły swój blask, my sobie żyliśmy i byliśmy obok, a nie mając co tracić, nie trudziliśmy się w łapaniu tego czego nigdy nie mieliśmy. Patrzyliśmy, jak rosną nam dzieci, jak budują się nasze domy, jak dzień po dniu, płynie czas kiedy nie zatracamy się w dzikim pędzie by być „naj”.

Pierwszy raz z bliska miałam okazje pooglądać efekty chirurgi plastycznej. Naciągniętą do granic możliwości skórę twarzy i odęte usta. Zdecydowanie mniej drastycznie wygląda to w TV i na okładkach czasopism niż w realu. To kiedyś, dwadzieścia lat temu była bardzo ładna dziewczyna, dziś jest karykaturą siebie w cudownych, skórzanych szpilkach oraz w przyciasnym w biuście płaszczyku. Biust zawsze miała krągły i pełny, pół osiedla jej go zazdrościło, to dziewczęce pół. Drugie pół szukało okazji do pomacania tego cudu natury.

Spotkałam też naszego osiedlowego przystojniaka. Brzuszek, „kapucynek” na czubku głowy, przygarbione plecy. Niewiele zostało z tego ciacha ze szkolnej drużyny siatkarskiej. Nawet spojrzenie jakieś takie puste.

Nie, nie jestem lepsza od nich. Mnie też dopadł czas. Bo czemu by miał mnie oszczędzać. Kilka dodatkowych kilogramów, które na razie jeszcze wzrost rozprasza, całkiem sporo siwizny, prawie garb od 20 lat wiszenia nad klawiaturą. Oczy pominę, gdyż zdaje się jak dalej będę je tak nadwyrężać, to całkiem przestaną ze mną współpracować. Zastąpię puste spojrzenia mijanych ludzi w średnim wieku, na spojrzenie niewidzące bez okularów typu „denka od butelek”.

Co nam zostało? Myślę, że w każdym z nas jest cząstka tamtych nastolatków sprzed wielu lat. Myślę, że ona z nami zostanie już na zawsze, bo jest częścią natury. Czasem po prostu jest bardzo głęboko schowana, czasem bardzo mocno przytłacza, czasem – czasem, to czasem u każdego wygląda po prostu zupełnie inaczej. Prowadzi do różnych działań, różnych zachowań. Czasem zamiast walczyć z tą częścią siebie, zamiast próbować ją zatrzymać lub dogonić, może warto byłoby się z nią pogodzić?