– 116 –

Kolejny tydzień za nami. Po majowych deszczach przyszły czerwcowe upały. Razem z czerwcem przyszło kilka inny rzeczy. Efektem czego poprzedni tydzień był jakimś kosmosem, do którego co chwile ktoś wrzucał albo supernową , albo od razu czarną dziurę. Bo czemu nie. Nie wszystko przebiegło zgodnie z planem, ale też nie wszystko było zaplanowane.Tym co się udało, co bardzo mnie zadziwiło, to moje opanowanie. Żadnej histerii, żadnej paniki. Pełna świadomość,  że siebie nie przeskoczę.

Z innej pary kaloszy. Pisałam o aplikacjach do pracy. To teraz może słowo o rozmowie kwalifikacyjnej.

1. Komisja zawsze ma pytania, które będziesz uważał, że są od czapy.

2. Komisja faktycznie ma pytania od czapy, bo zawsze jest jakiś „szef” lub inna persona, która wie lepiej i będzie pytania zadawać od czapy. Moim hitem życiowym, czyli pytaniem które mnie zbiło z tropu, jest pytanie „Z czego składa się Bilans?”. Wszystko dobrze byłoby gdyby nie szkopuł w postaci rozumienia tego terminu przez zadającego pytanie. Pan miał na myśli zdecydowanie Sprawozdanie roczne w skład którego wchodzi: rachunek zysków i strat (czyli rachunek wyników), bilans oraz zestawienie zmian w kapitale i rachunek przepływów pieniężnych. W czym tkwi więc sedno? Dla mnie bilans to zestawienie aktywów i pasywów, a dla Pana to sprawozdanie roczne. Dwie różne rzeczy. – Pamiętać warto na rozmowie, że może okazać się, że nie będzie doskwierał ci brak wiedzy, ale twój interlokutor będzie się posługiwał odmienną terminologią. Być może wynikającą z brak wiedzy, być może wynikającą z mowy potocznej lub z żargonu branżowego.

3. Im mniej pewnie czuje się komisja, tym bardziej sformalizowanego języka będzie używać w pytaniach.

4. Im pytania bardziej pokręcone tym większe prawdopodobieństwo, że są obliczone na to abyś sobie z nimi nie poradził, bo już jest kandydat, który ma wygrać gdzieś z boku i najprawdopodobniej nie jesteś to Ty.

5. Błąd kardynalny ze strony komisji to pytania typu: proszę podać propozycję usprawnień i rozwiązań… jeśli nie jesteś już pracownikiem tej firmy, nie masz szans na dobrą odpowiedź na to pytanie – nie wiesz co jest w środku, nie możesz zaproponować dobrych i kreatywnych rozwiązań bez oceny stanu faktycznego – prawdopodobnie mają kogoś ze „swoich”. Kogoś kto wie jak jest i wie co powiedzieć.

6. Błąd kardynalny rekruta – udawanie osoby, którą się nie jest. To widać, czy jesteś sobą, czy nie, czy odpowiadasz z sensem, czy nie. Jeśli nie wiesz nic w danym temacie (nie znasz odpowiedzi na dane pytanie) – powiedz to i nie marnuj swojego czasu oraz czasu komisji. Opowiadanie głupot, żeby tylko coś powiedzieć, nie świadczy o Tobie poważnie.

7. Strój. Ja rozumiem, że np. obecnie jest 30 stopni na plusie, ale przepraszam bardzo, bluzeczka bokserka i spodnie alladynki – no halo? Czy Pani do baru na plaży startuje, czy może na osobę do wyprowadzania psów Pani magister? Pan, Panie Magistrze może przypomni sobie do czego służy żelazko! Koszula wytargana z portek i pokroju jakby wytargana została z bydlęcego gardła na siłę – doprawdy jest kiepską wizytówką. Bez względu na to, czy jest to stanowisko pracy w biurze, w biedronce na kasie, czy jeszcze inne – pewne formy powinny zostać zachowane. O zgrozo – mają z tym większy problem magistrzy niż osoby z wykształceniem średnim. Co świadczy o tym, że obecnie dyplom magistra to po prostu kolejny papierek… nic ponad to… bez zobowiązania do pewnego poziomu kultury.  Klapeczki i japoneczki pominę milczeniem.

8. Papierosy – jeśli palisz, zapal po rozmowach – nigdy przed, a najlepiej rzuć to cholerstwo. Jeśli w komisji są osoby nie palące – zdecydowanie będą na nie. Jeśli będzie osoba niepaląca z wiedzą zbliżoną do Twojej, choć nieco niższą – to ona wygra. Łatwiej jest uzupełnić wiedzę, niż rzucić palenie…

To tyle na dzisiaj. Wracam do kołowrotka, zanim siła odśrodkowa mnie nie wyrzuci gdzieś w kosmiczną przestrzeń… choć wolałabym jakieś góry rumuńskie, a może morze lub przynajmniej jakieś jeziorko… 😉

 

– 115 –

Pada. Normalnie nie przestaje. To, że ciemno i że chłodno zupełnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, z obecnym natłokiem obowiązków, taka pogoda jest dla mnie błogosławieństwem… byle wody było mniej, bo ja akurat do wodniaków się nie zaliczam.

Pada. Okolice nam zalewa coraz szerzej oraz piwnicę również, tyle, że coraz głębiej. Mamy w niej już dobrych 10 cm wody. Nawet nie dzwonimy na straż żeby wypompowali, bo… pada i za chwilę znowu naleci. Co do straży, ja wiem, że powodzie i te sprawy, ale doprawdy, o 1,20 można by d interwencji nie jechać na sygnale. Można by ludziom dać jednak pospać, nawet jeśli w dach grzmocą kolejne fale ulewy… kilkugodzinnej ulewy. Bo wiecie, u nas to albo pada, albo nie pada, tak „tak trochę” padać ni jak nie potrafi.

Gdyby jednak wody było nam w domu mało, to my tak jeszcze sobie dorzuciliśmy pękniętą rurę w łazience. Co sobie żałować będziemy. Na zewnątrz mokro, to w środku też niech będzie, a czemu nie. Ogólnie mam obserwację, że ta część naszych hydraulików, która nie wyjechała do Francji i do Hiszpanii, siedzi w Niemczech. Znalezienie kogoś do awarii na głównej rurze, gdzie jedynie zawór główny odcina w niej wodę, a tym samym również w reszcie budynku… czysta abstrakcja. Udało się, jednak nie bez przejść, gdyż pierwotny majster, który umówił się na 8 rano dnia następnego, nie zjawił się ani o 8, ani o 9, a do tego też nie odbierał telefonów od godziny 9,30. Nie żeby wcześniej je odbierał – wcześniej też pewnie by tego nie zrobił, tyle, że cierpliwie czekaliśmy… Młodego cierpliwość jednak jest krótka, a panowie ze spółdzielni mieszkaniowej na najbliższym osiedlu zawsze mają pod ręką jakiegoś „swojego” zaufanego hydraulika. Pan zjawił się w niej niż godzinę. Pooglądał, naprawił, skasował bardzo rozsądną cenę i poszedł w swoją stronę zostawiając na wszelki wypadek swój numer telefonu. Zaraz jak poszedł, zadzwonił pan z godziny 8, a pytaniem gdzie on ma przyjechać… a było już chwilę po godzinie 12 w południe… cóż, hm, bezcenne stwierdzenie, że ona sobie cały dzień pod nas ustawił i wszystko pozmieniał, a my go wyrolowaliśmy… przecież to tylko 4 godziny spóźnienia i nieodbieranie telefonów… żaden problem. Może lepiej, że pan przez 4 godziny był zajęty „ustawianiem dnia pod nas”, bo zdaje mi się, że cenę też miały zdecydowanie inną, a co do jakości pracy… jeśli miałaby być odbiciem szacunku dla czasu swoich klientów, tym razem naszego czasu, to chyba jednak wolę dywagacje snuć w tym zakresie niż praktycznie i realnie się o tym przekonywać.

Tak więc, tak mija mi druga połowa maja, pełna wody, oraz z nieuchronnie zbliżającą się an horyzoncie sesją. Pędzę gdzieś pomiędzy pracą, praktykami oraz zajęciami i innymi obowiązkami domowymi, więc nie dziwcie się, że brak pogody plenerowej mi zupełnie nie przeszkadza i tak nie miałabym czasu aby się nią napawać.

Tak na marginesie – jestem z siebie dumna – nie zapomniałam, że dzisiaj mam zrobić przegląd samochodu i co więcej, dochodzi 17, a już to zrealizowałam (zjadłam też obiad, co nie jest aż takie oczywiste)… mogę spokojnie pędzić na rosyjski i nie zastanawiać się, która stacja diagnostyczna w mieście pracuje dłużej niż do 20… 😉

 

– 114 –

Wczoraj ktoś bardzo namiętnie i intensywnie przeglądał to miejsce. Trzydzieści odświeżeń w ciągu jednej godziny – doprawdy? Tak dokładnie zaglądać, oglądać i nie napisać chociażby pół zdania, czy się podoba, czy nie? Nawet jednego słówka, choćby zwykłego „cześć”? Eh, życie.

Z innej pary kaloszy, bo u nas to tylko w kaloszach chodzić da się. Pada i pada, i zimno ogólnie jest, chociaż dzisiaj akurat pół dnia ciepło było i nawet przestało padać… tak na pół dnia. Oczywiście na to pół dnia kiedy człowiek był w pracy. Kidy z niej wyszedł, okazało się, że… tadam, wszystko w normie i zupełnie po staremu, czyli pada deszcz.

W kolejnej parze kaloszy mam dziurę rekrutacyjną. Doprawdy to jak ludzie przygotowują swoje dokumenty do przedstawienie przyszłemu potencjalnemu pracodawcy jest zaskakujące w dobie internetu i miliona poradników. Cóż, chyba właściwie w tym milionie poradników problem jest największy. Grzechy główne:

  1. Wyróżnij się – o ludzie, wymyślne szablony do listów motywacyjnych oraz do CV. Kolorowe, piękne i cholernie nie praktyczne, dobrze kiedy zawierają jakiś numer telefonu lub adres e-mail, bo o adresie tradycyjnym pocztowym, to można zapomnieć, ale mistrzostwo świata osiągają te cudaki, które mają piękne tabele i ogólnie są niesamowite, tylko nie mają danych kontaktowych (jakichkolwiek!!!).
  2. Fotografia – doprawdy – nie jest obowiązkowym elementem CV (chyba, że ktoś sobie tego życzy wyraźnie), ale jeśli już ją dajesz, to niech będzie dobrana do miejsca, które być może będzie Twoim nowym miejscem pracy. Polary, rozczochrańce oraz zdjęcia wykadrowane ze zdjęć dokumentujących czas wolny lub selfiaczki i dziubeczki – nie do pracy u nas – to nie agencja towarzyska, czy choćby inna reklamowa. Twój dekolt mnie nie interesuje, właściwie interesuje mnie, czy umiesz posługiwać się arkuszem kalkulacyjnym.
  3. Długość CV – doprawdy im dłuższe tym gorsze!!! Jeżeli ktoś myśli, że pisząc wszystko (niemal trzy pokolenia wstecz), osiągnie cel inny niż moje zniechęcenie, jest w głębokim błędzie. Mając 100 podań, niech każde CV ma po 4 strony… słabo mi się robi od myślenia ile to zajęłoby czasu. Popatrzę na dwie rzeczy – czy wykształcenie jest zgodne z oczekiwaniami oraz ile miejsc pracy zaliczyłeś człowieku – kursy i szkolenia mam gdzieś (no, może poza tymi świadczącymi o umiejętności posługiwania się pakietem arkuszem kalkulacyjnym, bo czy edytor tekstu nie jest ci obcy już widzę – zazwyczaj jest obcy i to mocno – poćwicz, komputer dzisiaj to podstawa w pracy biurowej), bo i tak wszystkiego będę musiała Ciebie nauczyć.
  4. Nadmiar papierów – nie dorzucaj mi kserówek/ skanów o które nie proszę w ogłoszeniu – dostarcz mi to o co proszę i ani pół papierka więcej – czas, czas i moje oczy są dla mnie cenne i ważne. Przeglądanie i wybieranie tego co ważne z często pokaźnych i grubaśnych plików – katorga!!!
  5. Samo CV – jeśli piszę w ogłoszeniu jakich dokumentów oczekuję, że proszę chociażby o list motywacyjny to go też dołącz (właściwie mam gdzieś co w nim napiszesz – chodzi mi o to jak go sformatujesz, i czy treść będzie poprawna gramatycznie – czyli czy będziesz umiała/ umiał napisać pismo, z którego nie będzie się śmiała połowa województwa), jeśli oczekuję zgody na przetwarzanie danych, to mi ją daj, bo bez niej – sorry – najczęściej od razu niszczarka, bo… RODO!!!

To tyle na tę chwilę. Bynajmniej grzechów jest zdecydowanie więcej, ale na dziś starczy. Być może będę mieć pretekst do szybszej notatki kolejnej, jeśli niewymienione grzechy podniosą mi ciśnienie i zmotywują do napisania kilku kolejnych uwag. Tyle mojego, że sobie tutaj „uleję”, bo gdzież indziej miałabym jeszcze sobie upuścić pary z uszu, jak nie tutaj.

– 79 –

Jestem zmęczona jak dziki koń po westernie. Potrzebuję się na chwilę zatrzymać zanim zaryję nosem o glebę i padnę, i zasnę tam gdzie tym nosem o glebę ryć będę. Na dzień dzisiejszy miało być już widać powoli lekkie zwolnienie tempa. Jakoś słabo je widzę. Jednak, kilka dni jeszcze i się ogarnę. Jak się ogarnę, to się wyśpię, gdyż wczoraj to po prostu dałam cudowny popis zmęczenia, idąc sobie na koncert i prawie na nim zasypiając.

Mała dygresja. Gdyby mnie nie wyrzucono ze starego adresu, to właśnie wrzuciłabym linka do ubiegłorocznych notek z koncertu. Pomarudziłabym, pozachwycałabym się również. Nic z tego.

Tak więc byłam na koncercie, posłuchałam, a że po oczach raziła mnie pozłota barokowa podświetlona na czerwono, to zamknęłam oczy. To i tak lepiej niż w ubiegłym roku, gdyż na moje szczęście, nikt nie wpadł na pomysł, aby włączyć „robaczki” świetlne, które tańczyłyby na tych pozłotach w tej czerwieni.

Mieszanka jazzu i barokowego brzmienia z akustyka jednego z kościołów miejskich… rozłożyły na łopatki resztkę mojej silnej woli i prawie mnie uśpiły. Było ok, ale zdaje się, że moje zmęczenie było jednak większe niż mi się wydawało. Ledwie doczłapałam do domu, walnęłam się w łóżko i wstałam dziś rano, acz nie mogę powiedzieć, że się wyspałam.

Dzień wcześniej byłam za to u Smoka. Ponieważ Adasia ominęłam łukiem szerokim plantów, czasu starczyło tylko dla ognioziejcy. Zdecydowanie jest on większą atrakcją dla dzieci niż siedzący i milczący wieszcz. Zdaje się, że widać byłam dzieckiem zwichrowanym od samego początku, skoro smoka mniej preferowałam od Adasia. Adaś miał tylko jednego, naonczas, konkurent w postaci łabędzi nadwiślańskich. Tak więc szybkie lody, smok i powrót do domu nocą prawie. Całe szczęście, że „nawigacja” (czyli ja zaczęła się zmęczeniowo zawieszać już po tym, jak kierowca w postaci niejakiej M. załapał dobrze miejsce i trasę powrotną i praktycznie nie potrzebował konsultacji. Choć z drugiej strony… trasa jest prosta – jedź prosto do domu 😉 … bo faktycznie – skręcać nie bardzo jest gdzie, co najwyżej w jednym miejscu się zjeżdża na inną drogę i dalej prosto. Tak więc objechałyśmy, wtorkiem Krakówek, wczoraj praca, rosyjski i koncert, dziś praca i rosyjski, a jutro praca i mniej atrakcyjne zajęcie, bo zdaje się, że pogrzeb jako uczestnik mam wpisany w swoim grafiku.

I tak to się plecie powoli do przodu, dzień za dniem.

 

– 60 –

Posiadanie bardzo długiego weekendu ma swoje minusy, poza oczywistymi plusami. Kiedy po tygodniu bumelangowania wracasz do fabryki, otwierasz drzwi swojego schowka na mopy, widzisz piętrzącą się stertę papierów przed monitorem. O otwieraniu skrzynki służbowej starasz się nawet nie myśleć, gdyż to, że w minionym tygodniu były 2 – 3 dni pracujące dla reszty świata, kiedy Ty się obijałeś, to nie znaczy jeszcze, że to był czas, kiedy Oni się obijali zazdroszcząc Tobie wolności. Co to, to nie. Wręcz przeciwnie. Starali się wyrobić 300 procent normy. A co! Teraz ty siedzisz i płakać ci się chce, nie wiesz w co ręce włożyć, a Oni? Oni siedzą, popijają kawę i się śmieją…

Zakasałam więc rękawki i zawijam te sreberka, napieprzam w kołowrotku. Byle do końca szychty dotrwać, to jutro już lepiej będzie… na to liczę. Co więcej mam świadomość, że to liczenie na wyrost, więc nie ma potrzeby uświadamiać mnie jak bardzo dalekie sa moje oczekiwania od stanu faktycznego…

– 50 –

Zachmurzyło się. Może to i lepiej, gdyż zdecydowanie dziś, po minionym weekendzie, słońce tylko by mnie męczyło.

Dolega mi przetlenienie oraz piekielne zakwasy w udach. Spędziłam na wolnym powietrzu raptem 1,5 dnia, czyli pół soboty i niedzielę, a efekt taki, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Owszem, kamieniołom wczoraj zaliczyłam, ale tylko wizualnie i z daleka. Patrzyłam sobie na niego spokojnie ze zboczy sąsiednich wzgórz o ile miałam siłę aby patrzeć na cokolwiek, bo bywało, że nogi przebierały gnane li i wyłącznie siłą woli. Po tej zasiedzianej zimie, moja kondycja nie istnieje. Owszem, było kilka podejść, ale nie popadajmy w dramatyzm, nie były to ani najdłuższe, ani najbardziej strome podejścia. Ledwie przeciętne, a ja bałam się, że mięśnie mi się rozpadną. Zdecydowanie jednak, całkiem miło, zaskoczyły mnie moje płuca, które tym razem nie chciały spierdzielać na Majorkę, jak to bywało drzewiej. Znaczy się, octan miedzi chyba zadziałał. Jest ohydny, ale skoro działa, to chyba go sobie jeszcze jakiś czas będę popijać, a za kilka tygodni zrobię sobie badania tych moich czerwonych donosicielek tlenowych co to mi różne numery lubią wykręcać. Zakwasy w udach to inna bajka, trzeba było się w sobotę nie spinać po drzewach jak małpka, to pewnie nic by mi dziś nie było, gdyż na wczorajszą wycieczkę udałam się już właśnie z po-drzewnymi zakwasami, ale co mi tam, ktoś się musiał zlitować nad tymi biednymi jabłonkami. Jeszcze dwie zostały, ale nimi mam zamiar zająć się w nadchodzącą sobotę.

Zdjęcia owszem będą, ale kiedy, tego nie wiem, bo ogólnie znowu mam problem z czasoprzestrzenią i niedosnem. Tego ostatniego mój człowiek bardzo nie lubi, a dziś mu to akurat dolega. Niestety jednak, w bieżącym tygodniu, rokowania na odsypianie są niewielkie. Gdyż w środę, o 4.35 się do grodu Kraka wybieram publiczną komunikacją. Miałam jechać jutro i nocować, ale jakoś nie mam przekonania. Tiktaś niestety, obawiam się, że mógłby w zakresie sprzęgła, tej wyprawy nie przeżyć. Czas zacząć się rozglądać za innym autem, ale może w maju, albo w czerwcu. W maju komunie są. Też wydatek. No i tak to się kolebie do przodu, od dnia wolnego, do dnia wolnego, których jak na lekarstwo, ale mam zamiar sobie zrobić całotygodniowy długi weekend, więc może uda mi się odpocząć. Na to liczę. W sensie, na odpoczynek wraz z odrabianiem zaległości w zakresie posiadanej wiedzy. Zdaje się, że Warszawka mi w tym pomaga, darując nam dzień wolny 4 maja i nakazując przyjść do pracy w zamian 26 maja. Ogólnie to mam ich gdzieś – urlop to urlop i już. Za takie pieniądze jak tu zarabiam, to akurat te wolne soboty są jednym z nielicznych plusów tej pracy, gdyż zarobki nim na pewno nie są. W soboty to ja i owszem, pracować mogę, jednak za wynagrodzenie, które mi to zrekompensuje, a nie że za bezcen. Tym nie mniej oddalę się właśnie do wykonywania tych czynności, za które mi jednak płacą…

– 37 –

Miało być obrazkowo i zimowo, będzie pretensjonalnie i całkiem literkowo.

Po pierwsze to zdaje się, że antypatia do mnie może być bardzo trwała. U jednej Pani trwa od ponad 10 lat i zdaje się, że tak już jej zostanie. Płakać nie będę z tego powodu. W swoim czasie wiele zdrowia mnie kosztowała, ale też dzięki niej się życiowo zahartowałam i nauczyłam się świadomie dostawać po dupie. Pani owa wybitnie nie znosiła jeśli się jej wytykało różne niedociągnięcia w obowiązkach, niezgodności i wybiórczą, zależna od nazwiska, interpretację przepisów prawa. Ile razy ja się tłumaczyłam na dywaniku u szefa z tego, że owa Pani nie rozumiała połowy rzeczy jakie się do niej mówi, to wiem tylko ja. Bo rozumienie też miała bardzo wybiórcze i zależne od nazwiska. Mniejsza z większym, jej pech, bo nadal zawodowo jesteśmy w pewnym sensie powiązane i czasem bywa tak, że wypada się nam skontaktować. O ile ja nie mam oporów, o tyle ona zazwyczaj dzwoni do M., która nie dosyć, że siedzi po drugiej stronie korytarza, to jeszcze nie zawsze wie co zostało wysłane… ale co poradzisz, skoro niektórzy są niereformowalni i animozji nie potrafią odłożyć na bok.

Właściwie to tak sobie myślę, że ludzie okropnie dużo energii tracą na nielubienie innych osób, na chowanie animozji i pielęgnowanie niechęci. Też tak długo miałam, ale od jakiegoś czasu, sama nawet nie wiem od kiedy, przeszło mi. Są osoby, które lubię, ale reszta jest mi zwyczajnie obojętna. Nawet Pan Hrabia, który tak długo jak trzyma się ode mnie z daleka jest mi obojętny. Pomimo wszystko co w moim całym życiu nawywijał, i pomimo tego jakie zafundował mi wspomnienia z dzieciństwa. Owszem, jeśli nasze drogi się przecinają dostaję obfity zastrzyk adrenaliny, ale on mija, a ja nie zaprzątam sobie głowy tym człowiekiem. Co do adrenaliny, to po ponad 30 latach stałej gotowości, 5 lat jest okresem zbyt krótkim by wyciszyć w organizmie odruchy nawykowe, które zapewniały ochronę. Właściwie, jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się od emocji z nim związanych uwolnić, a tu masz, sama nie wiem kiedy przeszło. Kiedy minęło. To co pozostało to żal i gorycz, ale i te jakby z czasem stawały się mniej dotkliwe. Nie mniejsze, bo tego nie da się zmniejszyć, ale mniej dotkliwe, bo ileż można walczyć z tym czego nie można zmienić? Więc uczę się nie walczyć z wiatrakami przeszłości. Wkładam je na miejsca, jak puzzle i staram się iść dalej. Idę dalej, ale już z nimi wygodnie ułożonymi w plecaku życia. Jak widać korzyści są szersze niż były zakładane. Ludzie mnie „nie buzują” na stałe, tylko czasem, gdy podniosą mi ciśnienie.

Owszem, poza Panem Hrabiom, jest też kilka innych osób, które podnoszą mi ciśnienie, ale nic ponadto. Kilka następnych mniej lub bardziej mnie irytuje i potrafi zezłości, ale też są to najczęściej efekty z gatunku: akcja – reakcja. Kiedy znikają z mojego widnokręgu, znika irytacja i znika to co może jej towarzyszyć. Czasem nawet gdy są w pobliżu, nieszczególnie zajmują moje myśli. Nawet P. dzisiaj to tylko garść żalu, pół garści smutku oraz połowa z moich siwych włosów. Nawet do manipulantki Z. mam ambiwalentny stosunek, a jedyne co mnie zastanawia, od czasu do czasu, w odniesieniu do jej osoby, to, to jak można tak koncertowo spieprzyć życie wielu osób na około i to tych najbliższych. Jednak to też nie jest kwestia bezpośrednio z nią związana. Przychodzi mi ona na myśl, bo boję się, ze ja mogłabym tak spartolić komuś życie na starcie jak ona to robi. Jest ucieleśnieniem mojego lęku w odpowiedzialności za innych ludzi. Pewnie by się wściekła, że zamiast rozpaczać i drzeć włosy z głowy, bluzgać na nią i jej złorzeczyć, ja siedzę i jej współczuję oraz współczuję jej dzieciom. Paradoksalnie nie dzięki P., a dzięki niej wiele dowiedziałam się o sobie, poznałam kilka swoich granic i powzięłam kilka przekonań, czego w swoim życiu nie chcę.

Skąd te nostalgie i refleksje, ano zima sobie poszła precz. Zbliża się dla mnie trudny czas, bo wiosna, to nie jest moja ulubiona część roku. Właściwie wiosna, to moja najmniej lubiana pora roku. Do kolejnej zimy wile minie miesięcy, ale zdaje się, że zlecą całkiem szybko… być może nawet szybciej niż chciałabym, czy chcielibyśmy.