– 74 –

Czy ktoś może ten deszcz wyłączyć? Był potrzebny, ale, czy w tym kraju możliwy jest umiar chociażby w pogodzie, czy tylko skrajoności, we wszystkim sa preferowane?

Mniejsza z większym, jeśli o pogodę idzie.

W kinie byłam. W tak zwanym między czasie. Biegając pomiędzy, tym, owym i siamtym jeszcze, siedząc nad książkami i innymi takimi. W miniony piątek, skoro się kilka rzeczy w czasie ogarnęło, to i wieczór był wolny. Poszłyśmy więc z A. do naszego, starego, poczciwego kina, gdzie mile zaskoczyły mnie nowe fotele, a w tym KANAPY. Na naszej prowincji. No proszę, jak to się zmienia świat. W prawdzie z przodu, podobno dla rodziców z dziećmi, ale powiem wam szczerze, siedzi się na nich rewelacyjnie. Zwłaszcza z moim wzrostem, bo, choć są wysokie, to jednak, są tak ustawione, że spokojnie, wygodnie siedząc, widzę ekran, anie czubki głów przedsiedzących oglądaczy. Normalnie nic mnie tak w kinie nie deprymuje, jak czubki głów… a tu, proszę ja ciebie, komfort. Żadnych czubków głów, bo wszyscy pouciekali do tyłu, a tam może i wygodne te nowe fotele, ale nie to co kanapy. Jednak, roztkliwiam się nad kanapami, a film?

No więc „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, jak najbardziej godna polecenia, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię. Szczerze, przyznam się wam, że chwilami w ogóle nie zauważałam, że film jest czarno biały. Nie umiem powiedzieć, czy miał jakiekolwiek wstawki koloru, bo kolor był nieistotny. Właściwie istotna to była muzyka. Tutaj przyznam, że mnie porywała co chwil, i miałam ochotę to tupać nóżką, to dla odmiany kołysać się nostalgicznie. Nie, no warto iść. Tak na prawdę to, jak to u Pawlikowskiego bywa, nie do końca wiadomo o czym film jest w pierwszej kolejności, bo niby o miłości, przedstawionej nieco toksycznie, usprawiedliwionej nad wyraz okolicznościami, ale czy może właśnie on nie jest o okolicznościach, które wypaczają wszystko, nawet miłość.

Kot Tomasz – nie ma sensu się rozpisywać, powiedzmy, że on to chyba umie wszystko zagrać. Jedynym, aktorem, który wg mnie go przebija, jest Piotr Fronczewski, ale Kot jeszcze młody jest, i choć to łatwe nie będzie, myślę, że ciągle jeszcze może nas zaskoczyć.

Agata Kulesza – ostatnio za dużo u mnie Agaty jest. Normalnie, przypadkiem wyszło, że pół jej dorobku artystycznego ostatnio sobie z różnych względów odświeżyłam, więc i z tego ten przesyt. Kilka kwestii, niby drugi plan, ale bez drugiego planu, pierwszy nie mógłby istnieć. Minimalizm. Ile można powiedzieć bez słów, tylko po prostu będąc – zobaczcie.

Joanna Kulig… no proszę, jednak miłe zaskoczenie, a nawet bardzo miłe. Mimo wszystko nie spodziewałam się po niej takiego zacięcia, bałam się, że jednak swoimi jakimiś manierami, przebije rolę, a tu wszystko trafione w punkt. Ujęła mnie, może też tym, że postać odtwarzana, często rozmawia sama z sobą, a ja też tak mam. Jest to niby dramatyczne, ale nieco komiczne, pomimo wszystko, bohaterka ma dystans do siebie. Będę się baczniej przyglądać.

I tak, film miał kolorowe wstawki, ale na prawdę, nie ma to znaczenia, choć to kino, i obraz przecież, dla mnie, kolor i jego brak zupełnie się rozmyły w historii. Choć nie jest to film, który rzucił mnie na kolana i rozłożył na łopatki, to warto jak najbardziej poświęcić na niego czas.

Zastanawiam się tylko nad jednym, skąd u reżysera taki pociąg do monotematycznego odniesienia zakończenia uczuć… ale na tym cisza, idźcie i zobaczcie. Warto. Nawet po ciężkim dniu w fabryce, choć nie jest to najlżejsze kino na świecie, ale najcięższym też nie jest.