– 109 –

Tak jakoś na tę chwilę ogólnie różne rzeczy przebiegają łagodnie. Trudno określić, znając ludzkie charaktery, jak długo tak będzie, nie mniej obecnie jeszcze jest spokojnie. Staram się też schować swoje uprzedzenia i swoje obawy, oraz kawałek swojego temperamentu do kieszeni. Czasem bywa to wyzwaniem. Mniejsza jednak o to.

Jutro pierwszy marca, dziś ostatni dzień lutego. Zimy już właściwie nie ma od dwu tygodni i bardzo mi jej brakuje. Jeszcze odrobina zawieruchy śnieżnej sprawiłaby mi odrobinę przyjemności i zimowej satysfakcji. Do następnej zimy cały rok czekania. Staram się jednak jakoś oswoić tę nadchodzącą wiosnę. Na tę chwilę to tym co mnie najbardziej wkurza to ptaki – ptaki wydziobujące mi orzechy w worku powieszonym na balkonie. Normalnie zaraz mi zeżrą. Niestety, nie mam go gdzie schować, więc go osłaniam jak mogę, ale dziady sobie dojście zawsze jakieś znajdują.

Po za tym, dziś tłusty czwartek – ile pączków dziś zjedliście? Kilka? Kilkanaście? Kilkadziesiąt? Ja chyba 5, ale za to domowych, które wczoraj zrobiłam. Wyszły na prawdę smaczne, może dlatego, że po prostu na spokojnie i bez spinania się z tym, że muszą wyjść. Tymczasem – dla tych wszystkich, którzy mają jeszcze zamiar jakąś pączkową rozpustę popełnić – smacznego.

 

– 31 –

Tyle o tych pączkach było, że po prostu nie ważne, że to czas postu i umartwienia. Smaki pączkowe okazały się silniejsze. Umiar zachowany został w ilości. Czyli, co niezbyt często się zdarz, zostały zrobione z 1 porcji ciasta… a żeby im smutno nie było dostały kompanię w postaci połowy porcji ciasta faworkowego. Druga połowa faworków trafiła do zamrażarki, będzie pod ręką kiedy człowieka „chcica przyciśnie”. Wyszły, po prostu takie jak wyjść miały, chociaż smak jabłek nie osiągnął jeszcze tego, jaki pamiętam ze szczeniackich lat. Nie mniej jednak Matka Rodzicielka stwierdziła, że w końcu je pączka, a nie jakieś chemiczne spulchniacze. 🙂 I nawet obwódka całkiem nieźle się udała.

Nieśmiało za pączkami chowają się faworki. Faworki mają do siebie to, że są uzależniające i wciągające, bardzo delikatne i po prostu się rozpływają. Kiedy są, nie można ich sobie odmówić, a kiedy ich braknie, człowiek się dziwi, że jak to tak? Tak szybko się skończyły? 😉

No i zima. Tam moja, którą najbardziej lubię, a która znowu odchodzi prawie tylko odrobinę człowieka satysfakcjonując, bo znowu więcej w niej burego niż białego. Widok, z okna Fabryki.

Zdjęcia dzisiaj przedstawiane sponsoruje Heniek. Jak wiadomo Heniek służy do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia. Co złego to nie Heniek, w końcu nie jego wina, że jest tylko telefonem.

– 24 –

Zdaje się, że gdzieś posiałam okulary. Nie, nie mam ich ani na szyi, ani na nosie, ani na głowie nasuniętych też ich nie mam. Nie mam ich Na Włościach, nie mam ich w pracy, no i nie przypominam sobie gdzie mogłyby być ukryte w Wersalu. Zdecydowanie, gdzieś są, a przynajmniej gdzieś być muszą, kwestią jest tylko to, gdzie to jest. Jest to kwestią ważką i istotną, gdyż o ile moja wada nie jest znacząca i bez okularów radzę sobie na prawdę nieźle, o tyle może nie koniecznie dobrze o wczesnym zmierzchu prowadząc samochód. Jako kierowca zdecydowanie preferuje posiadanie okularów na nosie zwłaszcza w niekorzystnych warunkach atmosferycznych, a obecne warunki są zdaje się niekorzystne, gdyż inne auta obficie bryzgają błotem pośniegowym ciągnąc za sobą smugę kropelek błotnych niczym komety ciągną swoje ogony. Tak więc sprawą jest ważką i istotną odnalezienie zapodzianych drugich oczu.

Tym czasem, prawie umknął mi szczegół w postacie tego, że tłusty czwartek jest ni mniej ni więcej, jak już w tym tygodniu. Jak nic, bezkarnie można się opychać będzie ile się tylko pączków w człowieku zmieści. Młody złożył zamówienia na faworki i na oponki, a mnie korcą jeszcze pączki z jabłkami. Bardzo mnie korcą, gdyż takie robiła mojej koleżanki babcia i przez wiele lat pilnowałam aby w tym dniu ją odwiedzić, lub najdalej dnia następnego i załapać się na takiego pączka. Nie, że w domu rodzinnym moim się pączków nie robiło, a i owszem, były, ale najczęściej zwyczajnie, z marmoladą lub innym powidłem, a zanim róża rosnąca w ogrodzie odeszła w niepamięć, to i z różą bywały. Sęk w tym jednak, że nie chodziło o to, że w domu jest coś niesmaczne, a o to, że to co poza domem lepiej smakuje… to ta zasada dokładnie, w myśl której domowe niejadki nagle u ciotek i wujków oraz w szkolnej stołówce zmiatają wszystko z talerza, a w domu proś takich, przekupstwem, lub groźbą motywuj i na nic wszystko – ot nie zjedzą. W terenie u obcych, w każdej za to ilości. Tak więc mój plan jest chytry – opchać się słodkim smażonym ciastem drożdżowym, co zdrowe nie jest, ale za to jakie smaczne potrafi być… a żeby smaczne było to ja się już o to postaram sama…