– 94 –

Zdaje się, że meszuge ma zdecydowanie rację. Jakoś ten czas bez kolejnej notki się przeciąga i przeciąga. Czasem z braku czasu, czasem z braku chęci, a ogólnie to najprawdopodobniej również z lenistwa. Nawet trudno zwalić mi na to, że nie dzieje się nic ciekawego, gdyż jakoś przez lata nie było to specjalna przeszkodą przed kolejnymi notkami. Mogę za to zwalić na to, że dzieje się wiele. W mojej głowie, bo w życiu to rutyna: praca-uczelnia-dom-praca-uczelnia-dom. Tak więc staram się ogarnąć swoje myśli. Szkoda o nich pisać, bo mało klarowne są jeszcze, mocno chaotyczne, poprzerywane i łatwe do spłoszenia.

Natomiast to mogę przecież o pogodzie słów kilka, wszak pogodę tego roku mamy niesamowitą jak na październik. Bardzo mi ona odpowiada. Bardzo mi jej trzeba. W niedzielę nawet udało mi się uszczknąć chwilę, czy dwie na to by poleżeć sobie w suchej trawie, popatrzeć przed siebie i tylko jeden mankament miało to popołudnie, no dobrze – dwa: po pierwsze brak obłoków na niebie, po drugie, czas płyną zdecydowanie za szybko i mocno nieubłaganie przyciągając chłodny wieczór.

Nie mniej jednak, kilka obrazków udało mi się zrobić i chociaż fotografowanie ludzi to u mnie dosyć sporadyczna historia i często bardziej z przypadku niż świadomie i z premedytacją, to jednak czasem uda mi się kadr, który mi się podoba i w tym zakresie. Niezaprzeczalnie jednak niedziela rozpieściła mnie ostatecznie jednak swoim ciepłym światłem.

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

– 57 –

Jak wrócę, to będę. Do tego będę w obrazkach znowu. Tymczasem na dwa zdania. Bo gotowi i z tego adresu mnie wymeldować za ciszę.

Nie wiem jak u was, ale ja mam cały tydzień wolnego (od minionego piątku – do przyszłego poniedziałku). Byczę się i łajdaczę zamiast nadrabiać zaległości. Pogoda jednak nie sprzyja nadrabianiu jakichkolwiek zaległości poza tymi, które dotyczą przebywania na świeżym powietrzu. Wszystko inne nie ma znaczenia. Przegrywa z praktycznie letnią pogodą. Gdyby nie chłodny wiatr, trudno byłoby pamiętać, że to maj, a nie lipiec. Nie żeby jakoś szczególnie śpieszyło mi się do lipca, ale i teraz jest dobrze.

Udanego wypoczynku i Wam życzę. Jak wrócę to będzie trochę obrazków. Monotematycznych, bardzo charakterystycznych dla majowego długiego weekendu i dla mojego spędzania czasu w tych dniach. Trochę obrazków moich, a kilka pewnie i mojego Jednorodnego, który sobie przypomniał, że ma całkiem przyjemny własny aparat oraz, że właściwie robimy zdjęcia w różnych godzinach (ja rano, on popołudniu)… może jutro popołudniu i ja się skuszę. Na razie mam za sobą dwa poranki.

Co będzie jutro – to się okaże, a właściwe to pogoda pokaże, bo te 3 dni bardzo są od niej zależne. Na razie jest 100% założeń zrealizowanych, jeśli jutro pogoda się utrzyma, będzie to pierwszy taki rok od bardzo, bardzo wielu lat. Że o czym ja tu tak bazgram? Ci co są ze mną od lat, powinni już wiedzieć, a reszta, jeśli ciekawa, niech zagląda, coś się pojawi w obrazkach. Na razie wszyscy trzymają kciuki za jutrzejszą pogodę… właściwą pogodę rzecz jasna, z umiarkowanym stabilnym wiatrem i bez deszczu.

– 55 –

To była dłuuuuga noc. Odespałam ostatnie niedosypianie. W prawdzie naukowcy twierdzą, że nie można odespać zarwanych nocy, ale co oni tam wiedzą! Mój człowiek rządzi się swoimi własnymi prawami i jest niewrażliwy na taką gadkę szmatkę. Od zawsze tak mam, że mogę zarywać noce, ale… przychodzi chwila, czyli wolny czas, a mój człowiek od razu czuje pismo nosem, a może po kościach, że czas wolny jest i… odcina dopływ świadomości.

Tak więc wczoraj, kiedy postanowiłam poczytać o pszenicy ozimej i jej potrzebach, nie pytajcie po co i dlaczego, okazało się, że kultura agrarna pszenicy jest idealna kołysanką. Po kilku stronach przeczytanych, na dobry kwadrans z okładem przed godziną dziewiętnastą, moja świadomości odpłynęła na łono Morfeusza. No, może nie dokładnie, na łono, ale w inny stan świadomości. Przebudziłam się w okolicach 22 więc nie pozostało mi już nic innego, jak ogarnąć się i wsunąć pod kołdrę, bo jednak noce nieco chłodne są. Sen przyszedł, jak gdyby zupełnie nic go nie przerywało, przynosząc z sobą obrazy różne. Osoby, do których moja podświadomość widocznie nadal ucieka, choć w ferworze codziennych zajęć nie mam czasu o nim myśleć.

Kolejna pobudka miała miejsce na minutę przed wrzaskiem budzika. Czyli jedenaście i pół godziny snu z niewielką przerwą.

Tak więc dziś czuję się prawie jak bogini, pierwszy raz od kilku dni nie boli mnie głowa. Do tego, długi weekend puka do drzwi, gdyż tylko jeszcze dzisiaj i w piątek i wszystko będzie jak ma być. Kilka dni laby i nadrabiania zaległości, jakieś sadzenie kwiatków i tym podobne drobiazgi. Potrzebujemy odpocząć i ja, i mój człowiek. Zatrzymać się na chwile, pozachwycać galopującą wiosną, kwiatami i zielenią.