– 124 –

Potrzebuje dużo seksu i dużo alkoholu. Na już, i na gwałt. Ponieważ to pierwsze okazuje się być obecnie niejako towarem deficytowym, o tyle tego drugiego mam zapasy na długo. Zdaje się, że czas je użyć. Wiaderko alkoholu i kac przynajmniej trzy dniowy być może sprawią, że moja chęć mordu kilku osób minie. Jeśli nie minie, to kolejne wiaderko alkoholu rozważę oraz kolejne trzy dni kaca. Mogłabym jeszcze, zamiast tego seksu, wrzucić na stół trochę czekolady dla uzupełnienia cukru i endorfin, ale obawiam się, że substytuty tutaj nie pomogą.

Poważnie, usiłuję sobie przypomnieć, jakie prochy łykała jedna moja znajoma kilka lat temu. Prochy, po których owa koleżanka miała na wszystko wydyndane oraz dysponowała nieprzyzwoicie dobrym samopoczuciem. Nie był to prozac.

Nie mniej, jeśli przeżyję bieżący tydzień i nikt za moją sprawą nie dozna uszczerbku na zdrowi, to będę mogła, gdyż wypłata jest w przyszłym tygodniu, bez większych wyrzutów sumienia, zaopiekować się parą jakiś nowych, ciekawych bucików. O ile takie staną na mojej drodze.

Tym czasem nadal jestem na etapie odchudzania moich szaf. Kolejne worki 30 litrowe na śmieci lądują pod śmietnikiem, skąd znikają w prędkością błyskawicy, a ja nadal nie mam miejsca w szafie. Doprawdy, nie wiem skąd tego wszystkiego tyle, bo kiedy przyjdzie co do czego to i tak nie mam się w co ubrać…

Swoją drogą to chyba zacznę sobie parzyć wrotyczowo-melisowe napary z dodatkiem odrobiny lawendy i może od tych mikstur będę lekko nieprzytomna, gdyż lawenda akurat na mnie działa niemiłożebnie wyciszająco, zaś melisa li i jedynie na smak, ale za to prawie spokojnie przeżyję bieżący tydzień. Zdaje się, że słoiki muszą iść w ruch, czy mi się podoba, czy nie.

 

– 36 –

Dzień pędzi za dniem w dzikim tempie. Praca, zajęcia i inne zajęcia, a do tego gdzieś trzeba jeszcze wsadzić pomiędzy to wszystko odrobinę nauki, przygotowań sprawozdań z zajęć, oraz czasu wolnego. No i jeszcze dentystę oraz innych „wraczy”.

Nigdy nie przepadałam za dużymi torebkami, obecnie za to rozglądam się za jakimś funkcjonalnym, czytaj z wieloma kieszeniami i przegrodami, plecakiem lub innym worem, do którego będę mogła wrzucić wszystkie moje niezbędne przydasie torebkowe, notesy inny badziew. Badziew ów, choć nie odkryłam jeszcze w jaki sposób, niechybnie rozmnaża się w mojej torebce, bo jest niekończący się w swej ilości. Ile bym go z niej nie wyjęła nadal jest go niesamowicie dużo w środku i nadal ciężko jest cokolwiek znaleźć.

Tak więc dzień mija za dniem, czas pędzi niczym szalony, a ja tanecznym krokiem, przemieszczam się pomiędzy kolejnymi koniecznościami, na które się zdecydowałam. Dlaczego tanecznym krokiem akurat? Bo muszę to robić szybko, z wyczuciem i cholernie często na palcach, gdyż albo pół domu jeszcze śpi, albo już śpi.

Dziś na ten przykład, przed godziną 9 miałam już jedno pranie zrobione, drugie ładowałam do pralki, pomytą podłogę w kuchni i łazience miałam, oraz ogarniętą kuchnię. Ogarniętą nieco bardziej niż trochę, gdyż nawet zawiązany wór śmieci wylądował pod drzwiami, tak abym o nim nie zapomniała kiedy to będę wybywać z domu raptem nieco przed dziesiątą. Żeby jeszcze fajnie nie było, zdążyłam ściągnąć pranie z balkonu i porozkładać po wszelkich poręczach tak aby doschło szybciej niż na wiosnę, oraz wywalić na balkon świeże, tyle co wyciągnięte z pralki, które ochoczo przyczepiało się w ponad 10 stopniowym mrozie do prętów podwieszanej suszarki balkonowej. W między czasie też machnęłam miksturę dla Matki Rodzicielki, gdyż skoro jej pomaga, nie protestuje i łyka na bieżąco to należy kuć żelazo kiedy gorące, jako że nie podejrzewam iż domownicy byliby w stanie znieść trzeci tydzień jej chorowania. Matka Rodzicielka nienawykła jest do chorowania w związku z czym jako rekonwalescentka jest marudna i trudna w obejściu. To już jednak za nami.

Tym czasem więc oddalę się celem obejrzenia filmu, w ramach zadania domowego zadanego, później Ogoniastego zabiorę na spacer i na kolację rozsiądę się nad chemią. CO będzie jutro, poza ciągiem dalszym chemii – to się okaże, gdyż zdaje się  muszę sobie pouzupełniać kilka rzeczy.

– 7 –

A. wyczytała w horoskopach na 2018, że czeka nas nieco mniej pracy i nieco więcej ciekawostek niż w minionym 2017. Zdaje się, że jej wyczytane prognozy mają bardzo duże prawdopodobieństwo spełnienia się. Dziś się dowiedziałam, że jest wysoce prawdopodobne, że ubędzie mi nieco obowiązków w pracy… ale żeby nie było fajnie tak do końca, razem z tymi obowiązkami ubędzie mi znacząca kwota w moim budżecie, gdyż były to obowiązki dodatkowe.

Niby wiem, że wszystko co dobre kiedyś się kończy, ale szczerze mówiąc te pieniądze jednak naprawdę mocno ratowały mój budżet. Teraz trzeba będzie zacisnąć pasa i zacisnąć zęby. Zacznie się życie od wypłaty do wypłaty z cichym zaklinaniem losu żeby odpuścił sobie fundowanie wydatków pozaplanowych. Nie żeby teraz było kolorowo, ale jakoś dawało się ogarnąć. Na luksusy nie było, ale wyjście na pizze nie urastało do rangi wyzwania. Teraz zdaje się zacznie tak być. To raczej kiepska prognoza na ten rok. Raczej mało mi się podoba, ale nie ja decyduję, ani nie ja wybieram.

Cóż, skoro decyzja jest niezależna ode mnie, to napinanie się nic nie da. Co ma być to będzie. Większość spraw okołomieszkaniowych mam  ogarniętych. W wakacje kończę w końcu spłacać jeden z kredytów, więc teoretycznie deficyt się o zmniejszy proporcjonalnie o to ile wynosiła rata. Pewnie niestety trzeba będzie porzucić fantazje o nowym aparacie fotograficznym, czy o nowym laptośku, przynajmniej do czasu ogarnięcia nowej rzeczywistości finansowej. Życie będzie toczyć się dalej, dobrze wiedziałam, że to nie na zawsze i właściwie już i trwało dłużej niż pierwotnie było przewidziane.

– 6 –

No to jest ten nowy, 2018 rok. Przywitałam go w domu, w szlafroku, z dziwnymi podręcznikami w ręce i na trzeźwo. Nie wiem, czy to ostatnie to był dobry pomysł, w sensie ta trzeźwość, ale jeszcze na sam widok alkoholu mnie skręca, o piciu nie wspominając. Więcej z BP nie piję. No dobra, może nie że nigdy, ale pewne jest jedno – nie szybko.

Tak więc mam weekend pod hasłem pidżama party & lodówka. Za oknem drugi wieczór nieprzerwana kakofonia wystrzałów, że człowiek własnych myśli nie słyszy, ale nie zmienia to faktu, że mam mało czasu na pewne sprawy, więc staram się spamiętać to i owo.

Nie mam w planach żadnych postanowień noworocznych. Nic z tych bajek. Po co mi to? Mam za to takie wewnętrzne przekonanie, a nawet pewność, że czasu to ja w tym roku za wiele miała nie będę. Wbrew temu co A. wyczytała w horoskopach do naszego zodiaku przypisanych, przynajmniej u mnie, widoków na nadmiar wolnego czasu i niezbyt wiele roboty brakuje. Zdaje się, że obowiązków, nie żeby zaraz tylko zawodowych, ale wszelkich innych sobie nawymyślałam, że hoho, a chciałabym od wiosny dorzucić jeszcze to lub owo. A. marzy się w tym roku rumuński urlop, ale nie wiem. Zobaczy się. Znaczy, chętnie bym się wybrała, ale w inne miejsce i nie w taki sposób jak do tej pory. Chętnie poleżałabym przez jeden dzień na urlopie gdzieś na kocyku, najlepiej na plaży, i posłuchała szumu fal.

Bardzo zabawne, zważywszy, że morze w dłuższym wymiarze czasu, swoim nadmiarem jodu, mnie rozprasza i rozkłada na łopatki mój system dokrewny. Może gdybym tak włączyła wcześniej suplementację jodu? Mniejsza z większym. Prawdę mówiąc, to ja chętnie bym sobie np. jakieś greckie wyspy odwiedziła. Może jeszcze coś innego, ale zdecydowanie jakieś miejsce gdzie jest ciepło i słonecznie. Gdzie jest sporo promieni, które kopną w dupę mojego człowieka i przypomną mu, że witamina D też się w człowieku czasem przydaje.

Tymczasem, przeglądam sobie komody. To jedna z ostatnich rzeczy jakie mam zaplanowane do zakupienia do Wersalu. Poza „obrazkami” i pólkami do kuchni, oraz rzecz jasna półkami w przykuchennej szafie na „przydasie” wszelkie.

Jeju, jutro już wtorek. W robocie przez najbliższe dni będę mieć wiele okazji do tego by zapomnieć, jak się nazywam, a po robocie, mam do zapamiętania pewnie ze 300 stron, bynajmniej nie beletrystyki. Jakoś to ogarnę, chociaż nie wiem jeszcze jak. Wiem jedno, zaczynam popadać w histerię i panikę. Ma to jednak swoje całkiem dobre strony – zupełnie nie mam czasu na głupoty. Chociaż, czy taka pełna kontrola jest znowu tak dobra? Jest skuteczna, ale czy dobra.

Nawet jeśli mi po głowie chodzi jakieś drobne szaleństwo i pokusa do jego popełnienia, to kurde, brak mi kompani. A. mówiąc o piciu ma na myśli 2 lampki wina maksymalnie, BP dla odmiany całe wiaderko. W obu przypadkach nie ma mowy o wyjściu gdzieś, bo oboje nie praktykują. E. też nie praktykuje wychodnego, a picie na smutno akurat jest ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę. Tak więc, chyba jednak wyciągnę ostatni kawałek „pijanej” śliwki z lodówki, odpalę na laptośku jakąś komedię i postaram się zapomnieć na chwilę o tych wszystkich literkach jakie mam do przeczytania… co łatwym nie będzie… ale dobry film i czekolada z nutką alkoholu, mogą na prawdę wiele.

Wszelkiej pomyślności i zdrowia w tym nowym, 2018 roku Wam życzę.