– 105 –

Jak mija sylwester? Naukowo. Odrabiam zaległości, właściwie już je odrobiłam. Gromadzę materiały z informacjami do tego „słońca” co się na nie z motyką wybieram. Próbują sobie od rana tłumaczyć, że brak wiedzy jest atutem, gdyż nie ogranicza mnie wszystko to co zamknięte jest w sztywnych granicach tego co można, co się powinno, procedur i przepisów postępowania. Bo co ja na ten przykład wiem o czekoladzie? Co ja wiem o suplementach diety? Raczej tyle o jednym, że jest smaczne i dobre, a w połączeniu ze śliwką nałęczowską to już normalnie można mnie przyłapać na ślinieniu się i cudem nie zalewam klawiatury. Zaś co do suplementów, no łykam czasem to i owo, ale nie mam do tego takiego zacięcia jak do śliwki nałęczowskiej. Więc może by tak to zmienić? Poszukać sposobu na połączenie przyjemnego smaku z pożytecznym działaniem? To właśnie może się okazać, że będzie moim słońcem, na które z ta motyką się będę porywać w 2019 roku.

Ktoś może napisać, że takie wyznanie to kuszenie losu i nic z planów nie wyjdzie. Jeśli nie wyjdzie to trudno, mam kilka pomysłów w zanadrzu. Poza tym, czas zacząć myśleć powoli o pisaniu pracy dyplomowej. Nie oszukujmy się, części praktycznej nie ogarnę w kilka dni, bo rośliny są kapryśne i… mają ściśle określone okresy wegetacji. Zimą na łące nie nazbieram świeżej mięty polnej, czy letniego, pachnącego słońcem kwiatu nagietka, róży, czy dziurawca. Mogę kupić suszone, ale… skąd mam wiedzieć jak były suszone, ile straciły, a chciałabym aby straciły jak najmniej, bo mam cichy plan zrobić z nich coś smacznego. Do tego, ja wiem, bywam czasami zbyt szczegółowa, zbyt pedantyczna, zbyt dokładna. Więcej grzechów nie pamiętam, ale te akurat obecnie mogą mi się przydać, więc nie zawaham się ich użyć. Tak więc ostatni dzień roku mam bardzo naukowy. Jeśli taki będzie cały przyszły rok, to dobrze. Mnie to pasuje. Byle czasu na to starczyło.

Jednak żeby nie było, że brak mi równowagi, że tylko książki i książki i wiedza. Czas na krótki, i chaotyczny, wpis, a więc już odejście od nauki. Szybka kolacja i… wyjście do kina na seans sylwestrowy. Może i nie cały, ale już przetestowałam kilka lat temu – nie jestem w stanie siedzieć nad dziwnie dobranym repertuarem do 2 nad anem. Więc wieczorna „Rapsodia…” później strzelanie korkami i sen… a jutro znowu do czekolady? Czemu nie, choć raczej w postaci śliwki nałęczowskiej i polewy na cieście niż w postaci kolejnego przeczytanego artykułu. Czasem trzeba odpocząć i poleniuchować.

Więc raz jeszcze: Wszelkiej radości, pomyślności i szczęścia oraz zdrowia i pieniędzy tyle, aby sen był spokojny Wam życzę na ten nadchodzący (wielkimi krokami) 2019.

– 104 –

Święta, święta i po świętach. Zaraz też się okaże, że to i po nowym roku już jest. Nie wiem gdzie i kiedy śmigną mi ten grudzień. Przeleciał mi przez życie w zatrważającym tempie. Co więcej, powiem wam, że same święta nie były lepsze w tym zakresie – też nie zdążyłam się im przyjrzeć. Ba, ja nawet nie zdążyłam włączyć komputera przez te kilka dni. No dobra, przez te 5 dni. Właściwie nawet wiele czasu nie spędziłam w kuchni i sprzątanie ogarnęłam jakoś, wychodząc z założenia że kurz, nie zając, nigdzie mi nie zwieje. Zadziwiło mnie to podejście niemożebnie, gdyż okazało się, że dzień wigilijny przywitałam nie tylko z nowymi zasłonami na oknie, może nie szorowanym, ale od wewnątrz przetartym oraz z wyszorowanymi podłogami. Z roku na rok dochodzę do przekonania, że da się na spokojnie wszystko zrobić i to na czas. Tak samo, z roku na rok, gotujemy równie dużo potraw, acz w zmniejszonych ilościach i nadal starcza ich do nowego roku na spokojnie i do wypęku wedle upodobań.

Tak więc, chociaż do Sylwestra jeszcze 3 dni,  które spędzę nad klawiaturą lub pisząc odręcznie różne rzeczy, to jednak, aby znowu terminu nie przeoczyć. Wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają i nie stracili do mnie swojej cierpliwości, życzę Udanego Nowego Roku, aby był obfity we wszystko co dobre, aby był spełniony w każdym wyczekanym zakresie i aby był zupełnie inny od mijającego, gdyż wówczas jest najwięcej frajdy… i żeby po nocy sylwestrowej nogi was jeszcze tydzień po tańcach, hulankach i  swawolach bolały.

Wrócę pewnie jak się ogarnę w czasoprzestrzeni, czyli pewnie nie szybciej jak po sesji, co nie znaczy, że całkiem mnie nie będzie, tyle, że co najwyżej będzie mnie pewnie mało.

– 6 –

No to jest ten nowy, 2018 rok. Przywitałam go w domu, w szlafroku, z dziwnymi podręcznikami w ręce i na trzeźwo. Nie wiem, czy to ostatnie to był dobry pomysł, w sensie ta trzeźwość, ale jeszcze na sam widok alkoholu mnie skręca, o piciu nie wspominając. Więcej z BP nie piję. No dobra, może nie że nigdy, ale pewne jest jedno – nie szybko.

Tak więc mam weekend pod hasłem pidżama party & lodówka. Za oknem drugi wieczór nieprzerwana kakofonia wystrzałów, że człowiek własnych myśli nie słyszy, ale nie zmienia to faktu, że mam mało czasu na pewne sprawy, więc staram się spamiętać to i owo.

Nie mam w planach żadnych postanowień noworocznych. Nic z tych bajek. Po co mi to? Mam za to takie wewnętrzne przekonanie, a nawet pewność, że czasu to ja w tym roku za wiele miała nie będę. Wbrew temu co A. wyczytała w horoskopach do naszego zodiaku przypisanych, przynajmniej u mnie, widoków na nadmiar wolnego czasu i niezbyt wiele roboty brakuje. Zdaje się, że obowiązków, nie żeby zaraz tylko zawodowych, ale wszelkich innych sobie nawymyślałam, że hoho, a chciałabym od wiosny dorzucić jeszcze to lub owo. A. marzy się w tym roku rumuński urlop, ale nie wiem. Zobaczy się. Znaczy, chętnie bym się wybrała, ale w inne miejsce i nie w taki sposób jak do tej pory. Chętnie poleżałabym przez jeden dzień na urlopie gdzieś na kocyku, najlepiej na plaży, i posłuchała szumu fal.

Bardzo zabawne, zważywszy, że morze w dłuższym wymiarze czasu, swoim nadmiarem jodu, mnie rozprasza i rozkłada na łopatki mój system dokrewny. Może gdybym tak włączyła wcześniej suplementację jodu? Mniejsza z większym. Prawdę mówiąc, to ja chętnie bym sobie np. jakieś greckie wyspy odwiedziła. Może jeszcze coś innego, ale zdecydowanie jakieś miejsce gdzie jest ciepło i słonecznie. Gdzie jest sporo promieni, które kopną w dupę mojego człowieka i przypomną mu, że witamina D też się w człowieku czasem przydaje.

Tymczasem, przeglądam sobie komody. To jedna z ostatnich rzeczy jakie mam zaplanowane do zakupienia do Wersalu. Poza „obrazkami” i pólkami do kuchni, oraz rzecz jasna półkami w przykuchennej szafie na „przydasie” wszelkie.

Jeju, jutro już wtorek. W robocie przez najbliższe dni będę mieć wiele okazji do tego by zapomnieć, jak się nazywam, a po robocie, mam do zapamiętania pewnie ze 300 stron, bynajmniej nie beletrystyki. Jakoś to ogarnę, chociaż nie wiem jeszcze jak. Wiem jedno, zaczynam popadać w histerię i panikę. Ma to jednak swoje całkiem dobre strony – zupełnie nie mam czasu na głupoty. Chociaż, czy taka pełna kontrola jest znowu tak dobra? Jest skuteczna, ale czy dobra.

Nawet jeśli mi po głowie chodzi jakieś drobne szaleństwo i pokusa do jego popełnienia, to kurde, brak mi kompani. A. mówiąc o piciu ma na myśli 2 lampki wina maksymalnie, BP dla odmiany całe wiaderko. W obu przypadkach nie ma mowy o wyjściu gdzieś, bo oboje nie praktykują. E. też nie praktykuje wychodnego, a picie na smutno akurat jest ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę. Tak więc, chyba jednak wyciągnę ostatni kawałek „pijanej” śliwki z lodówki, odpalę na laptośku jakąś komedię i postaram się zapomnieć na chwilę o tych wszystkich literkach jakie mam do przeczytania… co łatwym nie będzie… ale dobry film i czekolada z nutką alkoholu, mogą na prawdę wiele.

Wszelkiej pomyślności i zdrowia w tym nowym, 2018 roku Wam życzę.