– 14 –

Kolejny tydzień. Poprzedni trochę się porozłaził, poprzekręcał plany i sprawił, że dziś jest jakaś taka mini kumulacja. Mini kumulacja wszystkiego. Braku dobrego nastroju, obowiązków pracowych i popracowych, zimna za oknem, kiepskiego samopoczucia zdrowotnego.

Ja wiem, że poniedziałek, że jak dziś zacznę marudzić, to będzie tak cały tydzień i szczerze, mam to gdzieś. Po prostu będę marudzić cały tydzień. Tym bardziej, że zdaje się znowu czas zacząć wycieczki po dermatologach, albo uszyje sobie szmaciany kask na łepetynę. Może nawet kilka szmacianych kasków w różnych kolorach, albo… albo kupię czapkę kominiarkę. Też powinna się sprawdzić.

Ogólnie to kaszanka. Wczoraj było źle, a dziś jest jeszcze gorzej. Brawo ja. Zastanawiam się co zeżarłam, a może to ten nowy krem, a może to coś, a może to nic. Po prostu, chcesz być zdrowy – lecz się sam. Na jedno wyjdzie, co chodzenie po lekarzach, skoro oni zgadują zamiast zrobić badania, to samemu też zgadywać można… i testować.

Do tego, te nieszczęsne buty co to zamówiłam, jednak odesłać muszę, więc jeszcze na pocztę czas muszę znaleźć. Przyszły, a i owszem, dobre są na długość, ale okropna z nich chińszczyzna i jakością, i zapachem. Jak patrzę na nie i pomyślę, że pierwsza ich cena to 179 PLNów to uwierzyć w taki nonsens mam problem. Pewnie bym je zostawiła (w końcu 49 PLNów to nie majątek) tyle, że lewy ma uszkodzony zamek. Może z raz udałoby się je ubrać, ale nie więcej. Szkoda, bo choć to straszna tandeta jest, to do spódnicy całkiem zgrabnie wyglądają. Tak więc poprawiacz humory się nie spisał, a co więcej, jeszcze dołożył obowiązków. Takie życie widać. Byle do końca miesiąca, a później się zobaczy, jeśli moje oczy nie wyjdą z orbit, albo, jeśli mózg do tego czasu mi się nie ugotuje od nadmiaru literek jakie staram się do niego powkładać.