– 33 –

Niecodzienny widok o poranku. Właściwie to na tej trasie jeżdżę w dni pracujące prawie codziennie od lat 10. Jednak, aż do dzisiaj nie miałam takich widoków. Żal mi było saren, wściekła byłam na wilki, oraz rozbawiły mnie lisy.

Teren przez jaki jadę do fabryki, to również łąki, mokradło i tereny przyleśne. Pięknie i latem i zimą. Sarny, zwłaszcza zimą, widuję niemal za każdym razem. W lecie zapewne też są, tylko mniej rzucają się w oczy niż na połaciach bieli obecnie. Na jednym z pagórków stały w rzędzie 3 sarny. Wyglądały jak sarnie posągi, zamrożone w pół kroku. Bez ruchu niemal, cicho, prawie czuło się, że nie oddychają. Tylko pierwsza w szeregu nieznacznie się poruszyła. Pewnie też strzygła uszami, nasłuchując tego co za nią i czego nie mogla dostrzec pomiędzy krzakami, z których wychodziła i wyprowadzała te sarniątka, które w szeregu były za nią. W każdej chwili gotowa była do biegu. Nic nie było w nich z codziennego spokoju, kiedy nieśpiesznie rozgarniają śnieg wyjadając spod niego suchą trawę lub oziminę.

Nie trzeba było wiele by dowiedzieć się skąd takie zachowanie. Kawałek dalej, właściwie to poniżej u podnóża sąsiedniego pagórka, na otwartej przestrzeni pojawił się jegomość, którego miałam okazję pierwszy raz zobaczyć w naturze. Ledwie chwila, a cały jego majestat rozchodził się na otoczenie. Wilk alfa szedł, na całe szczęście, w przeciwnym kierunku, niż ukryło się stado saren. Nie był sam. Po bokach towarzyszyły mu trzy kolejne. Wataha więc liczyła co najmniej 4 osobniki, a może i więcej. Wychodziły z zarośli, więc możliwe, że jeszcze jakieś były ukryte przed moim wzrokiem. Bysior na przedzie szedł w kierunku jezdni. Miał do niej spory kawałek jeszcze, ale dla wilka to żadna odległość. Zapewne nocą przeszły z lasu, a teraz zamierzały do niego powrócić i tylko krajowa 28 stała im na przeszkodzie, pełna ludzi pędzących do pracy. To niesamowite jak taki wilk idzie do przodu, na przeciwko Ciebie. Powoli, noga za nogą, w twoją stronę. Zupełnie inaczej niż pies. Czuje się niemal jego siłę i wolność. Budzi szacunek, respekt i poczucie małości w obliczu siły przyrody. Prawie się popłakałam, bo Heniek nie złapał by sytuacji, a Perełka też miałaby niewielkie szanse na uchwycenie tej chwili. W takiej chwili, poczułam, jak bardzo, bardzo unikatowe obrazy przemykają mi przed nosem i odchodzą, a ja nie mogę ich zabrać ze sobą dalej inaczej niż pod powiekami zamkniętych oczu, bo… bo może czas pomyśleć o porządnym aparacie z przyzwoitym obiektywem?

Kiedy zaczęłam łapać oddech i kiedy moja uwaga zaczęła powracać w pełni na drogę przed mną, przyroda postanowiła mnie jeszcze raz zmiażdżyć. Kilka zakrętów dalej, na otwartej przestrzeni pomiędzy nielicznym w tym miejscu zabudowaniami, bawiły się ze sobą dwa lisy. Beztroskie, skakały obok siebie i przewracały się na grzbiet. Zimowe, puchate kity, skakały za swoimi właścicielami niczym miękkie smugi. Była w ich ruchach jakaś miękkość i beztroska, która stanowiła niesamowity kontrast do napiętych ciał saren widzianych ledwie chwilę wcześniej. Patrząc na nich, miało się ochotę złapać jednego, czy drugiego i zatopić palce w ich miękkim futrze. Dwie puchate, radosne, skaczące kule.

Teraz, kiedy tak sobie myślę, cały ten spektakl przyrody, nie jest na tych terenach niczym szczególnie unikatowym, ale dziś przyroda zdaje się zaspała o jakąś godzinę, a może dwie. Zazwyczaj o świcie wilki wracają do swojej części przestrzeni pól i lasów, czasem było to widać po śladach na przydrożnym rowie, a dziś… dziś zasiedziały się, dopiero wracały. To dobrze. Miałam niebywałą okazję zobaczyć to wszystko, co zobaczyłam. O ile sarny i lisy nie raz widywałam już na własne oczy, niekiedy całkiem blisko, o tyle z wilkiem, było to moje pierwsze spotkanie. Mam nadzieję, że jeśli znowu nam się drogi przetną, to i kolejnym razem, będę w bezpiecznym wnętrzu samochodu. Niekoniecznie mam ochotę na tak bliskie spotkanie z watahą wilków bez dodatkowego zabezpieczenia, jednak chętnie kolejne nasze spotkanie zatrzymałabym w obiektywie aparatu fotograficznego.