– 112 –

Czek list – to wytyczne mojego funkcjonowania. Niekończąca się lista tego co w tym, lub innym, terminie muszę zrobić, załatwić, ogarnąć. Rano wstać, dotrzeć do pracy, wypić kawę, ogarnąć pracową kuwetę czasem pomijając śniadanie z braku czasu, dotrzeć na zajęcia, odsiedzieć, odstać, obrobić to co w danym dniu przypada i liczyć na to, że prowadzący będą litościwi i do domu uda się wrócić przed 21… nie zawsze się udaje, wrócić do domu, ogarnąć się i paść na łóżko. Dzień za dniem. Dzień za dniem. Byle do weekendu. W weekend żadnych ekscesów – czas na nadrabianie sprawozdań i innych koniecznych do napisania miliona rzeczy oraz… mycia sterty garów z połowy tygodnia przynajmniej, wymuszanie pracy pralki w systemie zapętlenia przez półtora dnia, oglądanie serialu tasiemca, po to aby nie myśleć i zająć czymś oczy. Tydzień pędzi za tygodniem.

Doprawdy mam wielką chęć rzucić tym wszystkim w diabły i mieć dużo czasu na to aby go przełajdaczyć.

Co do tej pralki, to zwyczajnie, kilka lat temu nie wzięłam pod uwagę, że Młody to jednak osiągnie rozmiar XL w porywach do XXL i bynajmniej nie wynika to z szerokości, bo najlepszym wariantem, choć trudno osiągalnym jest LL (L Long). Z czasem więc okazało się, że jednak 5 kg to nieco za mało jest, bo ledwie dwie bluzy i ze dwa podkoszulki się mieszczą.

Niepostrzeżenie więc wiosna przyszła, a że jest, jak na razie, dosyć chłodna, to nawet całkiem ją znoszę. Może też nie mam czasu, lub mam milion wymówek aby udawać, że jej nie dostrzegam. Jedyne wyjście w teren skończyło się kichaniem i pieczeniem połączonym z łzawieniem oczu. Skutek – nie mam ochoty na wychodzenie gdziekolwiek. Na wiele rzeczy i spraw nie mam ochoty – co jak widać też u mnie jest znakiem rozpoznawczym obecności wiosny. Już teraz, zwyczajowo, zaczynam tęsknić do jesieni i zimy, i liczę, że może w końcu tegoroczna jesień będzie nieco luźniejsza, bo bardzo mi tego brakuje. Tym czasem, choć nie wiem jak, to jakoś muszę ogarnąć 5 tygodni praktyki uczelnianej. Pięć tygodni, z czego większość to jakaś abstrakcja, pic na wodę i fotomontaż… psu na budę, bo motykę trzymałam w rękach całe ubiegłoroczne praktyki, pomijając wcześniejsze życiowe doświadczenie w tym zakresie, więc doprawdy, obrabiać komuś zagonki, które później się marnotrawi… szkoda mi życia na to.

Więc się tak zastanawiam – po jaką cholerę mi to wszystko? No tak… to była idealna wymówka, zapychacz czasu i przestrzeni, idealny mur obronny przed sobą samą, swoimi myślami i emocjami, ale czy nadal jej potrzebuję? Lub może raczej, czy nadal w tej formie się sprawdza?

– 101 –

Nie zdawałam sobie do wczoraj sprawy z tego, jak bardzo jestem zmęczona. No jestem. Do tego stopnia, że wczoraj, kiedy B. powiedziała mi, że serial, który jej dałam, bardzo jej się podobał i zostawił niedosyt, i że czekanie na kolejny sezon jest deprymujące, ja nie wiedziałam o jakim serialu ona do mnie mówi. Nic. Czarna pustka w głowie, ani tytułu, ani bohatera choćby jednego, czy przebłysku obrazu, choćby cienia jednej sceny. Jedyne co pamiętałam to, to, że skończył się „za szybko” i u mnie również pozostawił niedosyt, ale o czym był? To jedyny serial, jaki dałam do tej pory B., więc to nie tak, że nie ogarniam kolejności seriali, czy innych założeń w temacie. Co to, to nie. Dopiero dzisiaj rano przypomniałam sobie co to takiego ja jej dałam. O czym, o bohaterach, o tytule, a wczoraj – czarna pustka. Dwanaście godzin później.

Z drugiej strony, zazwyczaj miałam tendencję do tego by przedobrzyć. By stawiać sobie więcej zadań do ogarnięcia niż wynikałoby to z rozsądku. No i gdybym jeszcze nie wiedziała, że jednak potrzebuje czasu na odpoczynek… ale gdzie tam. Jak w ogień w kolejny plan długoterminowy weszłam, choć dobrze wiedziałam, że po poprzedniej fantazji obciążania swojego człowieka, jeszcze się w pełni nie pozbierałam.

Tak więc wrzuciłam do szuflady kilka suplementów, magnez i inne takie tam. Do tego, czas najwyższy, ogarnąć temat posiłków, tego co jem, kiedy i gdzie. Bez paliwa długo i daleko się nie da jechać, a ja właśnie to próbowałam uskuteczniać kolejny raz. No może nie tyle, bez paliwa, co na paliwie zdecydowanie złej jakości, niedostosowanym do trasy.

Do tego ta pogoda mnie rozbija, a raczej rozbijała. Liczę, że powoli teraz wszystko w pogodzie wróci na „swoje miejsce”, a ja dzięki temu zdążę złapać w końcu trochę swojej jesiennej energii. Bo teraz to jest mój najspokojniejszy, najbardziej energetyczny czas w roku. Czas kiedy ładuję swoje akumulatorki na resztę roku, a tu masz, ani śniegu, ani długich zimowych wieczorów, a do przesilenia zimowego z każdym dniem bliżej, a ja nadal na rezerwie jadę.

– 80 –

Numerowe tytuły, które zdawały się być takie przyjazne, niewymagające i oczywiste, zaczynają mnie powoli denerwować. Owszem są przyjazne, gdyż nie trzeba się wysilać, bach kolejny numerek i już jest. Zero stresu. Niewymagające, bo nie trzeba myśleć, wymyślać, zastanawiać się. Oczywiste, bo przyjmując zasadę, że każdy kolejny tytuł jest numerem o 1 większym od bieżącego, mamy praktycznie nieskończony zbiór tytułów do dyspozycji, w myśl, że zawsze istnieje (w tym wymiarze) jakieś „n+1” (czyli jakiś kolejny wyraz tego ciągu).

Proszę Was. Jest środek (prawie) wakacji, a ja bredzę o matematyce. Dla równowagi wcinam drugie pudełeczko borówki amerykańskiej, która była w promocji, a do której mam słabość przeogromną. Mogłabym ją hurtowo. Nie odchodzę od niej tak długo, jak coś jest w  pojemniczku, a puste dno zawsze i nieodmiennie przyprawia mnie o dozę zdziwienia i niejakiej dezaprobaty w stosunku do zaistniałej sytuacji.

Tymczasem dziś zaczynam swój indywidualny rosyjski, i zaczynam się zastanawiać, czy ja przypadkiem nie przedobrzyłam, życząc sobie konwersacji, jakoże nic mnie tak nie deprymuje, jak moja nieudolność mówienia w „innostrannych jazykach”, którą zafundowali mi niegdyś nauczyciele szkolni, na której to przypadłości wyzbycie się sposobem mają być te lekcje. Mogę czytać, mogę pisać (pomijając miękkie znaki, które są abstrakcją, ale pracuję i nad tym), mogę słuchać i oglądać, tylko na litość mówienie to katastrofa. Właśnie mam zamiar się tej katastrofy pozbyć, ze swojego życia, zaczynając od dziś.

Na weekend mam, zależnie od pogody, zaplanowaną wycieczkę lub pieczenie pierwszej tegorocznej szarlotki. Co do urlopu, to na tę chwile nie bardzo widzę go na horyzoncie. Liczę jednak, że mimo wszystko uda mi się go dostrzec. W końcu wakacje są? Co nie? 😉

– 61 –

Wpadłam dzisiaj wczesnym porankiem na krótką wizytę do Arosu. Czasu nie miałam zbyt wiele, potrzeby były mocno określone, ale… jak to z zakupami bywa, okazało się, że zamiast 50 PLNów zostawiłam dwa i trochę raza tyle, i nie byłoby w tym doprawdy nic zdrożnego, gdyby nie to, że wczorajszego wieczoru bardzo podobną kwotę zostawiłam w innym miejscu na inne papierowe cuda, choć tamto akurat się nie liczy, gdyż wczorajsze zakupu pójdą w świat. Zważywszy, że to nawet nie połowa miesiąca jeszcze, zdecydowanie od teraz przesiadam się z powrotem na pliki pdf… zdecydowanie wychodzi mnie to taniej, ale zdaje się, że klucz do oznaczania rośli może być niezastąpionym narzędziem do ogarnięcia tematu pod nazwą „Botanika”. Owszem, mogłam poszukać go w pdf-ie, albo zeskanować, albo skserować… mogłam, ale ktoś kto go wydal też z czegoś musi żyć, a zejście do jego śmiesznego formatu, poniżej B5, to jest okropna upierdliwość w kserowaniu, że nie wspomnę o niemożliwości współpracy bezpośredniej ze skanerem szczelinowym. No i tak to, jeszcze Biochemia do ogarnięcia, ale doprawdy nie bardzo wiem jak do tego jeża się zabrać, ale jak już złapię koniec niteczki to nie popuszczę…

– 40 –

Boszzzz. Jak ten czas szybko mija! Nie mniej, powoli staram się ogarnąć różne rzeczy i dotrzeć pełna parą do 2018. Widać światełko w tunelu. To w pracy, a prywatnie, to cóż, znaczy się nie cóż, a kolokwium, zaczyna ścigać kolokwium… co poradzić, nie ma co marudzić.

Problem mam tylko taki na jutro, że nie cierpiący zwłoki w rozwiązaniu, otóż, coś za szybko udało mi się ogarnąć chemię. Niby z instrukcją w zgodzie, niby arkusz kalkulacyjny mnie wspomagał, ale jednak, czyżbym weszła na wyższy stopień wtajemniczenia sama nie wiedząc kiedy i zaczęła rozumieć treść poleceń na tyle, że jest to już nie po chińsku w dialekcie mandaryńskim, a w chodzimy na poziom po angielsku… czyli coś się rozumie, może nie biegle, ale do ogarnięcia… za rogiem stoi zrozumienie na poziomie rosyjskiego, a jak już za tym rogiem wyjdę na prostą, to będzie po polsku i może się okazać, że coś z tej chemii wiem. Co swoją drogą jest kuszące. Zawsze to jeszcze zostaną w prawdzie logarytmy, które ścigają mnie od lat i chyba czas wyszukać jakiś starszawy podręcznik do matematyki i ogarnąć zasady logarytmiczne, bo doświadczenie mnie nauczyło tego, że jeśli coś powinnam wiedzieć, czy umieć, a nie nabędę rozumienia tego gdy czas po temu, to wcześniej lub później, a nie raz po długich latach, i tak mnie to dopadnie i, i tak będę musiała to zrobić… chociaż, z drugiej strony, od czego są arkusze kalkulacyjne, tyleż, że im też trzeba wiedzieć co się do „dzioba” wkłada… bo policzyć policzą prawie zawsze, tyle, że nie koniecznie to co trzeba.

Gdybym jeszcze tak mogła jakimś cudem ogarnąć swoją antypatię do jednej Marzanki, która z tygodnia na tydzień coraz bardziej podnosi mi ciśnienie, a już szczególnie na zajęciach z biochemii, kiedy to jej zasada pracy z odczynnikami „na oko” skończyła się dla mnie dziurawym fartuchem w ubiegłym tygodniu, a w bieżącym sama sobie nieco poparzyła chemikaliami skórę… no bo jej rękawiczki nie są przydatne i zapomniała sobie wziąć. Rzecz jasna do wszystkiego pcha się pierwsza. Ja wiem, że ona ma mało czasu, jakieś 10 lat z hakiem mniej niż ja, ale to jeszcze nie usprawiedliwia tego chaosu i bajzlu jaki wyczynia. Zwyczajnie, jest niebezpieczna. Chociaż, czy to antypatia jest? W sumie nie, bo ogólnie jest mi obojętna i ona, i to co robi, o ile trzyma się z dala ode mnie gdy w pobliżu są różne substancje niebezpieczne. Chyba bardziej postrzegam ją jako zagrożenie, które może przynieść uszczerbek mojemu fartuszkowi (co już się stało), reszcie mojego odzienia (bardzo lubię swoje ciuchy oraz obecny stan mojej odzieży też mi odpowiada), a w skrajnym przypadku również mojemu człowiekowi, co zdecydowanie mi nie odpowiada. Więc jest to co najwyżej odruch atawistyczny, ochota samoobrony przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

No i jeszcze kilka innych rzeczy mnie deprymuje w związku z ta moja edukacją. Za stara chyba jednak na nią jestem. Brakuje mi cierpliwości… niestety najczęściej wiąże się to z tym, że zaczynam szybciej mówić niż myślę… co zawsze było moja piętą achillesową, acz poczytywałam sobie to również jako zaletę. Skoro nawet herbaty, czy kawy nie słodzę, a jeśli nawet to niewiele i tylko sporadycznie, to trudno oczekiwać aby słodzenie ludziom było przeze mnie aprobowane. Za dużo lat mam aby znosić sztuczną słodycz słodzików słów od tych wszystkich osób, które coś ode mnie chcą, za dużo tych lat też jest by nie doceniać wagi słodzenia innym, jednak, okazuje się, że często gęsto są tutaj też alternatywne drogi – bez cukrowe. Spokój, opanowanie, zasady. Cukier i sztuczne barwniki raczej szybciej niż później idą w boczki lub też boczkiem wychodzą, a taka naturalna słodycz jest zdrowsza i bardziej długodystansowa oraz nie ma po niej mdłości.

– 21 –

Numerki w tytule niby są praktyczne, ale czasem są zbyt minimalistyczne, nawet jak dla mnie. Może to też kwestia braku przyzwyczajenia. Skoro tyle lat wymyślałam tytuły, to teraz, pilnowanie kolejnych numerków jest takie skąpe. Zamiast marudzić mogłabym wrócić do systemu tytułów, ale z innej strony, nowe miejsce, nowe zasady… zwłaszcza skoro archiwum powiedziało, że mam się dymać i ono się nie da tak łatwo przenieść. Może to i lepiej. Do rzeczy jednak, do rzeczy.

Tak więc, nie wiem jak w reszcie świata, ale u nas dziś iście wiosenny poranek. Trudno uwierzyć, że w kalendarzu mamy 31 styczeń. Niewiele na minusie, jakieś raptem marny jeden lub dwa stopnie, bez wiatru, ze słońcem wychodzącym zza okolicznych pofałdowań terenu i ze świergolącymi całkiem po wiosennemu ptakami.

Wszystko się w tej przyrodzie pomieszało. Całkiem, całkiem. Skoro w przyrodzie się pomieszało, to jak u licha ja się mam poskładać? Jestem rozkojarzona, zdekoncentrowana, chaotyczna. Normalnie jak nie ja. Każdego roku czekam na zimową ciszę i ograniczenie barw. Kiedy inni marudzą ja się wyciszam i układam chaos reszty roku, składam wszystko na odpowiednie półki, aby w resztę roku mieć czym bałaganić… a za rok, mieć znowu co układać. Kolejna zima bez zimy to prawie horror, bo kiedy u licha mam poskładać siebie? Bez zimy? Się nie da! Choć kilka dni.

No nie wiem, może po feriach? Bo u nas teraz ferie. Cicho i pusto na osiedlu. Droga do pracy pusta. Pod szkołą cicho, nawet pod przedszkolem mniej maluchów ciągniętych do budynku przez rodziców, a co więcej, nadal (w okolicach 7,30) dostępne są moje ulubione drożdżówki w sklepie obok którego przechodzę w drodze do pracy. W czasie innym niż ferie nie jest to takie oczywiste, że one tam są i czekają na mnie. Tak, wiem, że miałam zrezygnować z drożdżówek, nawet na jakiś czas się to udało, ale właściwie to nie czuję tego powodu, dla którego mam sobie odmawiać drobnych przyjemności. Skoro zdecydowanie kakao i czekolada mi nie służą, to jak zrezygnuję z wszystkiego, to nic mi nie zostanie. Tak przecież być nie może.