– 140 –

Poranek niedzielny. Koniec listopada, choć kiedy patrzę za okno, trudno w to uwierzyć. Nadal okolice 10 stopni w dzień, przymrozki w nocy sporadyczne, słońce świeci, czasem tylko wiatr zawiewa, ale też bez szaleństw. Oby jak najdłużej, ale nie obrażę się jeśli na same święta jednak trochę przypruszy śniegu. Bez śniegu jakieś takie te święta mało świąteczne bywają. Nie żebym nagle je polubiła, czy coś. Nic z tych rzeczy. Jednak zostało d nich już tyle czasu, że czas zabrać się za myślenie o prezentach i pierwsze przedświąteczne porządki.

Porządki mogą być różne. Nawet te przedświąteczne. Zdaje się, że czeka mnie kolejne przetrzebienie szafy z ubrań już wstępnie przeselekcjonowanych wcześniejszą jesienią. Czas teraz na to wszystko, co jeszcze „szkoda”, bo może ubiorę. Nie ubiorę. No może i ubiorę, ale w mocno niedookreślonej czasoprzestrzeni, więc, jeśli nie jest klasyczne w kroju, pójdzie na aut. No i z tym krojem jest nieco pod górkę, bo większość moich ubrań jest klasyczna. Te nieklasyczne wyjechały z mojej szafy 10 kilogramów temu.

Tak więc może zajmę się praniem zasłon, bo to też mnie czeka, a jednak nastręcza mniejszą ilość dylematów. Może zaszaleję iw tak zwanym między czasie, coś upiekę, przestawię, przemaluję. Nic to, że dziś jest niedziela. Mam kilka rzeczy na głowie i jak wiadomo to najlepiej zająć się czymś zamiast pozwolić myślom samopas pląsać po szarych łąkach mojego mózgu. Takie pląsanie samopas rzadko kończy się dobrze. Lepiej pod kontrolą czynności wspomagających koniecznych do wykonania konstruować budowle logiczne mniej lub bardziej mające rozliczać to co tu i teraz. Tym bardziej, że jestem trochę zła na siebie, gdyż zdaje się, że zaniedbałam jedną rzecz, za co przyjdzie mi „zapłacić”. Kiedy jednak pomyślę, że zaniedbałam to w dużym stopniu zupełnie świadomie i zupełnie z premedytacją wdrażając tylko działania pozorowane, to po prostu mam ochotę kopnąć się sama w kostkę albo kolano. Jak poboli, to może dotrze. Chociaż samo zaniedbanie, choć zupełnie świadome, tak bardzo mnie dziś nie drażni, jak motyw z jakiego wynikało.

Na prawdę odpuściłam wszystko aż tak bardzo? Aż tak całkiem? Chciałabym napisać, że było to czyste lenistwo. Niechciej mnie dopadł i trzymał, ale zdaje się to będzie mały procent prawdy. Odpuściłam wszystko zupełnie. Całkiem przestało mi zależeć na wszystkim. Chciałam nie być. Chciałam żeby niebycie stało się samo. Obym sobie tego chcenia nie zamówiła i nie sprezentowała przypadkiem.

– 100 –

hm… 100 wpis. Niby dużo, a mało jednocześnie. Dużo, bo jednak nie spodziewałam się wytrwania w tym miejscu tyle czasu, a mało, bo cóż to jest 100 wpisów do kilku ich tysięcy na poprzednim miejscu doczesnym?Cóż, to co było się nie wróci. Należy iść  na przód, bo zatrzymanie w miejscu też zazwyczaj bywa tylko pozorne.

Przekornie więc, jako potwierdzenie, że nic nie jest wiecznie, i nic nie jest raz na zawsze, i nic nie jest pewne i niezmienne, obrazki z kolejnej wsi, której nie ma. Tym razem Jasiel. Tuż przy granicy słowackiej, gdzie wspólnie żyli i mieszkali Łemkowie, Polacy i nie tylko, gdzie mieszało się wyznanie greko-katolickie z rzymsko-katolickim, ale też prawdopodobnie i uniccy mieszkańcy w Jasielu odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Odwiedziłyśmy to miejsce z A. w miniony poniedziałek. Krzyże na obrazkach, bo na części tych postumentów zdaje się też wspomnienia po kulach (był to teren objęty walkami, na granicy to nic nadzwyczajnego zdaje się), więc za wolność naszą i wszystkich, bo wszyscy mamy do niej prawo, tak jak mamy prawo do wolności wyznania i myśli oraz przekonań.  Krzyże, bo tej jeszcze „prawie” tydzień zaduszny był, więc wspomnienie tych wszystkich, którzy odeszli, a których domy kiedyś stały w tej pięknej okolicy. Tak więc nasz dodatkowy wolny dzień, pozaplanowy, 12 listopada 2018 miał wiele z zadumy i nostalgii.





– 99 –

Migawka z poprzedniego, zaduszkowego, weekendu. Jak na Zaduszki przystało, podjęłyśmy z A. kolejną próbę odnalezienia pozostałości cmentarza przy nieistniejącej już od dawna łemkowskiej wiosce. To było nasze 2 podejście. Czeka nas trzecie. Liczę na to, że za 3 razem wyprawa skończy się powodzeniem. Wyprawa to dobre słowo, bo jest to miejsce, do którego tylko tacy pokręceni ludzie, jak A. i ja się czasem zaplątają.

Uzyskanie szerokiego kadru jest prawie niemożliwe jeśli chce się aby coś było z pozostałości widocznym na zdjęciu.


Natomiast wczorajsze wyjście, choć nie mniej urokliwe, to jednak chłodniejsze w temperaturze i mocno wietrzyste, co nie jestem przekonana, czy było dobrym pomysłem w związku z niekończącym się przeziębieniem, które nie chce mnie opuścić, a które w końcu zaczęło odpuszczać… tylko chyba wczoraj jednak nie do końca dostosowałam zabezpieczenie termiczne mojego człowieka, do panujących warunków pogodowych.

– 97 –

Piękna pogoda, co widać, jednak bywa, że ta zbyt piękna pogoda raczej mnie rozbija i rozkłada na łopatki, trudniej jest mi się zmusić do czegokolwiek. Problemy z koncentracją i takie tam. Nawet mój prywatny, wewnętrzny sierżant, czy jak kto woli, cerber, mają niejakiego niechcieja, bo jeśli to nie jest niechciej, to najwidoczniej się dogadali i spieprzyli gdzieś na wakacje. Nie wiem tylko gdzie, ale chyba bardziej obstawiam narty niż plażowanie, bo jestem taka zmęczona ostatnio jakbym cały dzień fizycznie się nadwyrężała, a tym czasem, to praktycznie boli mnie siedzenie od nadmiaru siedzenia.

Żeby nie było tak marnie, to jednak w piątek i w sobotę ruszyłam zadek z domu w świat. Pochodziłam po lesie, pochodziłam po chaszczach. Poszwendam się tu i tam, co zaowocowało niemiłosiernym bólem gardła w niedzielny pranek i koniecznością przeciwdziałania kiełkującej niemocy. Ten tydzień jest słaby jak na chorowanie, bo sporo ma mieć zajęć, z którymi później jest problem aby je odrobić, więc, o chorowaniu należy zwyczajnie zapomnieć. Tak więc zapominałam przez część niedzieli na bazie nalewki, której podstawą jest syrop cebulowo-czosnkowo-cytrynowy, wzbogacony alkoholem i zmieszany z nalewką chrzanową. Działa. Zdecydowanie dzisiejszego poranka glut w gardle był tylko zaznaczony, zamiast trwalej i upierdliwej obecności. Nie mniej jednak otoczenie stwierdziło, że czosnek jest intensywny, oraz chrzan mu nie ustępuje i nie chodzi o ilość spożytą, gdyż przez cały dzień może z 75 ml machnęłam. Ledwie 3 bączki na cały dzień w dozach łyżkowych, na 40%, to żaden wyskok, a leczniczo zadziałało. Jest moc. Zapachu głównie, ale w końcu moc to moc, a z mocą się nie dyskutuje. Co do wyjść to piątku, to wyglądał mniej więcej tak.

 

P.S. Grzybów nie było, poza tym który jest na zdjęciu, znalazł się jeszcze jeden… oba trafiły na patelnię…

P.S. 2 – Mam ostatnio również niechcieja fotograficznego, więc Perełka została w domu, a obrazki sponsoruje telefon vel Heniek.