– 72 –

Ciężkie jest życie człowieka w tym upale, kiedy siedzi z papierzydłami pod nosem i miesza w garnku przetwory. Znaczy się pozbyłam się jednej rzeczy, w sensie wysłałam do sprawdzenia, i siedzę nad kolejną między czasie pakując na zmianę i truskawki i czereśnie do słoików. Pakuję bo mogę, cukier był po dobrych pieniądzach w sklepie na górce, więc sobie kupiłam i szaleję.

Z niejaką troską popatruję przez okno na wiśnie, nie żeby ich szał jakiś był, ale jak się szpaki nie dobiorą, to może na kilka kompotów wystarczy i na jakiś słoik nalewki. No i orzechów też by można zielonych kilka wepchnąć do alkoholu i zabezpieczyć się na dolegliwości brzuszo- trawienne.

Sezon przetworowy rozkręca się na dobre. Jak nic kobiałki szaleją i przetwarzają. No bo jeśli znowu się okaże, że na więcej niż jedną zimę będzie tego dobrodziejstwa musiało starczyć, to jak to tak, żeby nie zrobić, skoro jest z czego?

Ogólnie to marzą mi się już małosolne. W prawdzie w sklepie już gotowe są i nawet się skusiłam, ale wiadomo, co sklepowe to nie to, co te swoje. No i taki smalczyk, jak domowy wiem gdzie można kupić. Znaczy na razie jak domowy, bo to mała, bardzo lokalna produkcja jest, więc jeszcze smak smalczykowy, a nie utrwalaczy i konserwantów, choć preferowałabym jednak nieco większe skwareczki, ale, i tym co jest nie gardzę. Nie, żeby zaraz się zajadać i objadać, ale taka pajda domowego chleba, ze smalczykiem i domowym małosolnym… oj marzy mi się. Jeszcze dwa – trzy tygodnie i będzie marzenie do spełnienia. Cała przyroda w tym roku gna do przodu tak niesamowicie, że dłuższego czekania nie przewiduję.

Swoją drogą jest jeszcze jedna rzecz za którą popatruję niespokojnie w okno. Deszczu trochę by się przydało, bo skoro na Włościach trawa żółknie to znaczy, że z wodą nie jest najlepiej… a skoro najlepiej z wodą nie jest, to roślinkom nie jest najlepiej też, a reneta ma tyle jabłek nawiązanych, że zapowiada się naprawdę ujmujący sezon szarlotkowy jesienią. Jednak, aby ich nie zrzuciła potrzeba jej wody. Więc niech sobie będzie ciepło, bo to ten czas, ale może by tak sobie od czasu, do czasu jednak od serca popadało? Nie będę miała nic przeciwko, a nawet będę zadowolona.

Tymczasem znikam do słoików i notatek, bo zapamiętywanie nazw łacińskich jawi mi się jako kara, tylko nie wiem co takiego przeskrobałam, że tak sromotną karę dostałam.

– 57 –

Jak wrócę, to będę. Do tego będę w obrazkach znowu. Tymczasem na dwa zdania. Bo gotowi i z tego adresu mnie wymeldować za ciszę.

Nie wiem jak u was, ale ja mam cały tydzień wolnego (od minionego piątku – do przyszłego poniedziałku). Byczę się i łajdaczę zamiast nadrabiać zaległości. Pogoda jednak nie sprzyja nadrabianiu jakichkolwiek zaległości poza tymi, które dotyczą przebywania na świeżym powietrzu. Wszystko inne nie ma znaczenia. Przegrywa z praktycznie letnią pogodą. Gdyby nie chłodny wiatr, trudno byłoby pamiętać, że to maj, a nie lipiec. Nie żeby jakoś szczególnie śpieszyło mi się do lipca, ale i teraz jest dobrze.

Udanego wypoczynku i Wam życzę. Jak wrócę to będzie trochę obrazków. Monotematycznych, bardzo charakterystycznych dla majowego długiego weekendu i dla mojego spędzania czasu w tych dniach. Trochę obrazków moich, a kilka pewnie i mojego Jednorodnego, który sobie przypomniał, że ma całkiem przyjemny własny aparat oraz, że właściwie robimy zdjęcia w różnych godzinach (ja rano, on popołudniu)… może jutro popołudniu i ja się skuszę. Na razie mam za sobą dwa poranki.

Co będzie jutro – to się okaże, a właściwe to pogoda pokaże, bo te 3 dni bardzo są od niej zależne. Na razie jest 100% założeń zrealizowanych, jeśli jutro pogoda się utrzyma, będzie to pierwszy taki rok od bardzo, bardzo wielu lat. Że o czym ja tu tak bazgram? Ci co są ze mną od lat, powinni już wiedzieć, a reszta, jeśli ciekawa, niech zagląda, coś się pojawi w obrazkach. Na razie wszyscy trzymają kciuki za jutrzejszą pogodę… właściwą pogodę rzecz jasna, z umiarkowanym stabilnym wiatrem i bez deszczu.