– 136 –

Myślenie jest zdecydowanie przereklamowane. Człowiek potrafi się zakręcić sam w swojej głowie do tego stopnia, że wyplątanie się z tego galimatiasu graniczy z cudem. Nim się zatrzyma i spojrzeć spróbuje na całość tego chaosu, co to mu w głowie siedzi, już dawno traci orientację, gdzie jest początek, a gdzie koniec. To jednak jeszcze pół biedy, ten galimatias. Nieco sprawy zaczynają się komplikować, kiedy galimatias zaczyna być węzłem gordyjskim, który misternie miesza w sobie złudzenia, lęki, obawy i rzeczywistość.

Wracając do domu, wczorajszym wieczorem, starałam się ten swój węzeł gordyjski wypchnąć ze świadomości. Pominąć go. Zagłuszyć zapachem ciepłej małomiasteczkowej jesieni. Nic tak niesamowicie nie pachnie, jak nasza złota jesień.  Ciepło rozchodzące się po twarzy i szyi, nie ten war lata, ale takie przyjemne ciepełko słonecznej jesieni, delikatnie owiewające i niosące ze sobą zapach rozgrzanych liści. Patrzysz przed siebie i widzisz popołudnie w  kolorze sepii z lekkim przejściem do odcieni żółtego. Odpoczynek dla oczu zmęczonych godzinami patrzenia w monitory i ekrany. Wszystko jest takie miękkie. Kolor, temperatura i zapach… Ja wiem, że to zapach niesiony z ogrodów, gdzie palą się liście i drobne gałązki drzew owocowych i ozdobnych, ale tak pachną tylko właśnie teraz – jesienią. Przypomina nieco kadzidło, bo i pewnie różne zielsko do ognia trafia, ale jest bardziej subtelny, bardziej rozmyty, a jednocześnie jest jakby bliżej. Nie atakuje, ale otula. Kocham takie popołudnia. Spokojne, ciche, pełne tej sepii i niby kadzidła. Żadna inna pora roku nie daje mi takiego spokoju.

Czasem jednak w ten spokój potrafią się wkraść myśli, których nie umiem sklasyfikować, pogrupować, poskładać. Nie wiem czy są strachem, lękiem, czy rzeczywistością. Nie wiem, czy jestem panikarą, histeryczką, czy tylko hipokrytką. Czasem zwyczajnie nie wiem które są rzeczywiste i prawdziwe, a które to kolejne majaczenia moich zasieków obronnych. Z jednej strony rozum, z drugiej czucie i emocje. Staram się je wszystkie odepchnąć od siebie i delektować się tą moja jesienią, tymi kilkoma ulotnymi chwilami, na które być może będę musiała znowu czekać przez cały rok.

Z tymi myślami to trochę jest tak, jak bym była zamknięta w ciemnym pokoju, albo przynajmniej, jak bym miała przewiązane czymś oczy – tak jak w tej zabawie w ciuciubabkę. Kręcę się w koło nic nie widząc, a czyjeś ręce, raz po raz mnie popychają, szturchają, zaczepiają. Te ręce to te moje natrętne myśli. Nie wiem, która jest na prawdę prawdziwa, nie widzę, nie czuję. Jak mam zgadnąć, która z nich jest jaka, skoro ich nie widzę! Skąd mam wiedzieć, która jest emanacją przeszłości, lękiem przed niezdefiniowaniem przyszłości, złym podszeptam braku pewności siebie, a która jest tą, którą warto złapać, zatrzymać, ściągnąć zasłonę z oczu i się jej przyjrzeć? Zaciągam się więc tym jesiennym powietrzem, prostuje plecy aby bardziej poczuć to ostatnie ciepło i wyrzucam te wszystkie strachy za drzwi. Wiem, że wrócą, ale dziś niech będzie spokój. Może w międzyczasie uda mi się opracować, jak znaleźć nitkę, ten początek nitki, który pozwoli mi ostatecznie rozsupłać mój własny, prywatny węzeł gordyjski.

W takich chwilach sobie tak myślę, jak wielkim darem jest umiejętność nie myślenia…

– 81 –

Mówią, że małe dzieci to małe problemy, a duże dzieci to duże problemy. Czy ja wiem? U nas problemem był bardziej brak oparcia w ojcu i wynikające z tego deficyty w poczuciu pewności siebie i bezpieczeństwa u Młodego, niż jego wiek. Wczoraj poza atakiem paniki, przed nowością, które nie są niczym nowym, choć skala bywa różna, Młody uczył się opanowywania swojego zestawu „nakręcacza wewnętrznego”.

Jak wiadomo w panice trudno wyjść na zewnątrz i się ogarnąć. Wczoraj Młodemu się to udało. Kiedy uszło z niego w różny sposób nieco napięcia, kiedy dotarło, że ma więcej alternatyw, kiedy zebrał więcej informacji o tym co i jak ma być, to w końcu zaczął panować nad sobą.

Myślę, że  teraz, bo rzecz wczorajszego stresu dzieje się teraz i gdzieś tam, też daje sobie radę. Owszem jest cały w strachu, ale nie jest to strach bezpodstawny. Ocenia swoje możliwości, dodaje do tego warunki zewnętrzne i stan techniczny sprzętu. Ma odwagę powiedzieć, że się boi. Teraz to ja się boję, że tę jego odwagę cywilną do nazywania rzeczy wedle tego czym są ktoś określi jako dziecinadę i bojaźliwość. Tak sobie myślę, że każdy z nas ma sytuacje w których boi się, z różnych powodów i różnych rzeczy, ale niewielu ma odwagę to powiedzieć, a jeśli nawet, to tych niewielu odważnych ginie w tłumie niedojd, rozbijających się o sytuacje trudne, nie podejmujących wyzwania, uciekających.

W strachu Młodego udział ma, być może nawet nie do końca świadomie, a może zupełnie poza jego świadomością, zdarzenie jakie miało miejsce w trakcie gdy robił kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe. Patrzeć jak ginie, umiera pod kołami tira osoba którą znasz, kiedy nie możesz wiele zrobić, kiedy trąbienie klaksonem i krzyki Twoje i Instruktora nie docierają do kierowcy tego drugiego samochodu – myślę, że nawet jeśli zepchnięte w podświadomość głęboko, to na długie lata zostaną z nim i będą wpływać na to jakim jest kierowcą i jakim jest człowiekiem. W różny sposób.