– 77 –

Pierwszy rok za nami. Zleciało. Mogło być lepiej, ale jest dobrze (no dobra, jest na prawdę dobrze, choć mogło być lepiej, popracujemy na przyszłość nad tym problemem, zawartym w różnicy między naprawdę dobrze, a bardzo dobrze, w końcu nastawienie to połowa sukcesu na przyszłość).

Nie mniej jednak, obie z A. mamy więc jak najbardziej zasłużone wakacje. No prawie. Powinnyśmy odrobić jeszcze 40 godzin haraczu, ale jakoś to łykniemy, weźmiemy na klatę i do przodu. Gdyby jednak ktoś był łaskaw aby ten deszcz wyłączyć. Chociaż na weekendy, żebyśmy w teren mogły się wybrać.

Wracając do zdania pierwszego akapitu. Tego o wakacjach. Teoretycznie, skoro mamy już wakacje i teoretycznie do października spokój (teoretycznie, gdyż po drodze różnorodne zajęcia związane z praktykami szeroko rozumianymi uprawiać będziemy), to powinnam mieć w końcu czas aby ogarnąć się w czasoprzestrzeni. Jakoś jednak kiepsko mi to więcej wolnego wychodzi. Gdyż zdaje się, że obecny tydzień też się mimochodem jakoś tak niepostrzeżenie zapełnił… a to praktyki, a to rosyjski (już końcówka), acz myślę, nad tym, aby jednak przez wakacje na godzinkę tygodniowo się umówić z panią prowadzącą. Takie obciążenie mój budżet powinien ogarnąć, a do tego ja nie wypadnę z rytmu i będę pamiętać to co już ogarnęłam, być może za to uda mi się poszerzyć zakres słownictwa. Poza tym, nie oszukujmy się, nauka języka od osoby, która naturalnie mówi w danym języku, a od osoby wyuczonej, to jednak jest różnica. Różnica niuansów, powiedzonek i naturalności, a także żywotności tego języka. Więc jak widać wakacje, to wakacje z nazwy, jednak może się uda coś ogarnąć w czasoprzestrzeni, weekendowo.

Tym czasem to jednak, jestem na etapie odsprzątywania swoich zaniedbań w zachowaniu czystości w Wersalu i na Włościach… takie tam, szykuję sobie, lekkie odmalowanie tego i owego, szorowanie okien, pranie firanek i między czasie podręczniki o roślinkach, bo wkurza mnie moja własna niekompetencja i to jak niewiele wiem o rzeczach, o których wiedzieć powinnam zdecydowanie więcej. Zdaje się, że kilka księgarni wysyłkowych na mnie zarobi. Może znajdę też czas żeby pobuszować po antykwariatach, jak gdzieś jakieś namierzę. Chętnie też przygarnę książki o roślinkach (wszelkie, i stare, i nowe, a nawet te po rosyjsku… i niemiecku też – w końcu od szprechania jest A.) – więc jeśli ktoś ma jakieś, których chciałby się pozbyć, to ja je chętnie przygarnę i się nimi zaopiekuję.

– 68 –

Mezalians popełniłam. Weszłam na chwile do jednej internetowej księgarni. Tak tylko na chwilę, żeby tylko czas zagospodarować skoro drukuje mi się sporo ważnych rzecz w dużej ilości stron… no i popłynęłam. Zdaje się, że muszę sobie zrobić wywieszkę „zakaz wchodzenia do księgarni internetowych” i przyczepić na wszelkie monitory przy których pracuję. Zdaje się, że jest to niezbędne, gdyż ale i bowiem, do 22 czerwca mam zakaz zbliżania się do książek innych niż bezwzględnie konieczne. Po prostu czasu mało, książek koniecznych do przeczytania dużo.

Po 22 czerwca mam zamiar się kocykować pod krzaczkiem, na kocyku i czytać to i owo. No bo ileż można książeczek odkładać na półkę i czekać, aż znajdzie się na nie czas, a one tam sobie leżą, pachną nowością i kusza niemożebnie. Oj kuszą jak nic. A cóż ja mogę teraz? Co najwyżej westchnienie może się mi wyrwać z piersi.