– 79 –

Jestem zmęczona jak dziki koń po westernie. Potrzebuję się na chwilę zatrzymać zanim zaryję nosem o glebę i padnę, i zasnę tam gdzie tym nosem o glebę ryć będę. Na dzień dzisiejszy miało być już widać powoli lekkie zwolnienie tempa. Jakoś słabo je widzę. Jednak, kilka dni jeszcze i się ogarnę. Jak się ogarnę, to się wyśpię, gdyż wczoraj to po prostu dałam cudowny popis zmęczenia, idąc sobie na koncert i prawie na nim zasypiając.

Mała dygresja. Gdyby mnie nie wyrzucono ze starego adresu, to właśnie wrzuciłabym linka do ubiegłorocznych notek z koncertu. Pomarudziłabym, pozachwycałabym się również. Nic z tego.

Tak więc byłam na koncercie, posłuchałam, a że po oczach raziła mnie pozłota barokowa podświetlona na czerwono, to zamknęłam oczy. To i tak lepiej niż w ubiegłym roku, gdyż na moje szczęście, nikt nie wpadł na pomysł, aby włączyć „robaczki” świetlne, które tańczyłyby na tych pozłotach w tej czerwieni.

Mieszanka jazzu i barokowego brzmienia z akustyka jednego z kościołów miejskich… rozłożyły na łopatki resztkę mojej silnej woli i prawie mnie uśpiły. Było ok, ale zdaje się, że moje zmęczenie było jednak większe niż mi się wydawało. Ledwie doczłapałam do domu, walnęłam się w łóżko i wstałam dziś rano, acz nie mogę powiedzieć, że się wyspałam.

Dzień wcześniej byłam za to u Smoka. Ponieważ Adasia ominęłam łukiem szerokim plantów, czasu starczyło tylko dla ognioziejcy. Zdecydowanie jest on większą atrakcją dla dzieci niż siedzący i milczący wieszcz. Zdaje się, że widać byłam dzieckiem zwichrowanym od samego początku, skoro smoka mniej preferowałam od Adasia. Adaś miał tylko jednego, naonczas, konkurent w postaci łabędzi nadwiślańskich. Tak więc szybkie lody, smok i powrót do domu nocą prawie. Całe szczęście, że „nawigacja” (czyli ja zaczęła się zmęczeniowo zawieszać już po tym, jak kierowca w postaci niejakiej M. załapał dobrze miejsce i trasę powrotną i praktycznie nie potrzebował konsultacji. Choć z drugiej strony… trasa jest prosta – jedź prosto do domu 😉 … bo faktycznie – skręcać nie bardzo jest gdzie, co najwyżej w jednym miejscu się zjeżdża na inną drogę i dalej prosto. Tak więc objechałyśmy, wtorkiem Krakówek, wczoraj praca, rosyjski i koncert, dziś praca i rosyjski, a jutro praca i mniej atrakcyjne zajęcie, bo zdaje się, że pogrzeb jako uczestnik mam wpisany w swoim grafiku.

I tak to się plecie powoli do przodu, dzień za dniem.

 

– 51 –

Jutro zapowiada się długi dzień, zwłaszcza zważywszy na to, że rozpocznie się w okolicach 3 z minutami. Zdecydowanie więc w środku nocy. W związku z tym długim dniem okazało się, że są mi potrzebne gacie. Zwykłe, bez cudów, wianków i wodotrysków. Zwykłe, bawełniane, wygodne i najlepiej ciemne. Niby nic wyszukanego, a pojawił się problem. Problemem okazało się mieszkanie na dwa domy, gdyż wszystkie grzeczne gacie zostały w Wersalu, a na Włościach, albo wyjściówki, albo koszmar taktyczny do comiesięcznych zadań specjalnych.

Poszłam na zakupy i okazało się, że zakupy to nie taka prosta sprawa. Albo koronki takie, owakie i jeszcze inne, albo… moje gacie taktyczne są przy tym cudne. W ten sposób zdaje się, dowiedziałam się, że obecnie nosze najbardziej popularny rozmiar na prowincji. Nie sądzę wszak, żeby nie zamawiano do sklepu majtek bawełnianych akurat tylko w moim rozmiarze, podczas gdy wszystkie pozostałe są dostępne.

Przez chwilę zastanawiałam się nad tymi o rozmiar większymi. Luźne, wygodne, spod dżinsów nie spadną, nogawką nie wylecą, ale… jeśli konieczność rozebrania się będzie i okaże się, że zlecą? … albo, że razem z dżinsami się zsuną? Ogólnie, jakoś to pewnie bym przeżyła. W końcu byłby to ani nie pierwszy, ani nie ostatni lekarz który mnie bez majtek oglądałby. Jednak skoro to akurat nie TAKI lekarz, albo gdyby padło na jakąś pielęgniarkę? Za duże zostały odłożone na miejsce. Wizja była zbyt drastyczna, jak na porę poobiednią. Rozmiar mniejsze też odpadły, a nawet jeszcze wcześniej niż te rozmiar większe. Noszenie za ciasnych gaci jest dla mnie abstrakcją jakąś i nie bardzo wiem czemu miałoby służyć, bo wygodzie i praktycyzmowi na pewno nie, a co do walorów estetycznych fig próbujących przeciąć kobietę w poprzek, też akurat poza moimi upodobaniami jest temat.

Kilka sklepów dalej udało się jednak dobić targu. Nie do końca o to chodziło, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zdecydowanie za to muszę przejrzeć stan moich szuflad bieliźniarek i proporcje praktycznych do nie praktycznych ubrań wyrównać… albo wybrać się na jakieś słuszne zakupy. Może jutro. W końcu i tak będę w galerii czekała na publiczny środek komunikacji… więc przecież nie muszę jechać pierwszym dostępnym, tylko następnym… lub kolejnym… zwłaszcza, że ze względu na aurę pogodową może okazać się, że Adasia jednak nie bardzo będę miała okoliczność odwiedzić. Wizyta bez odwiedzin u Adasia, się nie liczy, ale zakupy liczą się zawsze. Przydały by mi się jakieś spodnie, jednak nie zdziwię się, jeśli zamiast spodni, przytargam kolejną sukienkę… gdyż odkrywam pewną zasadę Pań w średnim wieku:

  1. Obcasy wysokie ukrywają pierwsze zbędne kilogramy.
  2. Drugie zbędne kilogramy chowają sukienki.
  3. Jeszcze coś uda się zamaskować sukienką i w butach na obcasie.
  4. Czas przestać się oszukiwać, że cokolwiek da się w jakikolwiek sposób ukryć.
  5. Można za to wyeksponować cycki, bo prawdopodobnie jest to o wiele łatwiejsze niż próba okrycia ich jakąkolwiek bluzką, która nie przypomina jednocześnie namiotu…

Zdaje się, że dobiłam powoli do punktu 3… i trochę mi z tym ciężko, zwłaszcza, że nawet biorąc pod uwagę chińskie biustonosze (które jak i chińskie obuwie, rozmiary mają w głębokim poważaniu najczęściej, a jedyne czym się chełpią, to duża lub gigantyczna wkładka „pusz-apu”), nie chcą przekroczyć magicznej literki, poza którą rozciąga się punkt 5 … który zdaje się dla mnie dostępny jest tylko w obszarze biodra i uda… przy czym nie jest to nic nowego… czyli nic się nie zmienia, tylko czas biegnie nieubłaganie do przodu…

– 50 –

Zachmurzyło się. Może to i lepiej, gdyż zdecydowanie dziś, po minionym weekendzie, słońce tylko by mnie męczyło.

Dolega mi przetlenienie oraz piekielne zakwasy w udach. Spędziłam na wolnym powietrzu raptem 1,5 dnia, czyli pół soboty i niedzielę, a efekt taki, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Owszem, kamieniołom wczoraj zaliczyłam, ale tylko wizualnie i z daleka. Patrzyłam sobie na niego spokojnie ze zboczy sąsiednich wzgórz o ile miałam siłę aby patrzeć na cokolwiek, bo bywało, że nogi przebierały gnane li i wyłącznie siłą woli. Po tej zasiedzianej zimie, moja kondycja nie istnieje. Owszem, było kilka podejść, ale nie popadajmy w dramatyzm, nie były to ani najdłuższe, ani najbardziej strome podejścia. Ledwie przeciętne, a ja bałam się, że mięśnie mi się rozpadną. Zdecydowanie jednak, całkiem miło, zaskoczyły mnie moje płuca, które tym razem nie chciały spierdzielać na Majorkę, jak to bywało drzewiej. Znaczy się, octan miedzi chyba zadziałał. Jest ohydny, ale skoro działa, to chyba go sobie jeszcze jakiś czas będę popijać, a za kilka tygodni zrobię sobie badania tych moich czerwonych donosicielek tlenowych co to mi różne numery lubią wykręcać. Zakwasy w udach to inna bajka, trzeba było się w sobotę nie spinać po drzewach jak małpka, to pewnie nic by mi dziś nie było, gdyż na wczorajszą wycieczkę udałam się już właśnie z po-drzewnymi zakwasami, ale co mi tam, ktoś się musiał zlitować nad tymi biednymi jabłonkami. Jeszcze dwie zostały, ale nimi mam zamiar zająć się w nadchodzącą sobotę.

Zdjęcia owszem będą, ale kiedy, tego nie wiem, bo ogólnie znowu mam problem z czasoprzestrzenią i niedosnem. Tego ostatniego mój człowiek bardzo nie lubi, a dziś mu to akurat dolega. Niestety jednak, w bieżącym tygodniu, rokowania na odsypianie są niewielkie. Gdyż w środę, o 4.35 się do grodu Kraka wybieram publiczną komunikacją. Miałam jechać jutro i nocować, ale jakoś nie mam przekonania. Tiktaś niestety, obawiam się, że mógłby w zakresie sprzęgła, tej wyprawy nie przeżyć. Czas zacząć się rozglądać za innym autem, ale może w maju, albo w czerwcu. W maju komunie są. Też wydatek. No i tak to się kolebie do przodu, od dnia wolnego, do dnia wolnego, których jak na lekarstwo, ale mam zamiar sobie zrobić całotygodniowy długi weekend, więc może uda mi się odpocząć. Na to liczę. W sensie, na odpoczynek wraz z odrabianiem zaległości w zakresie posiadanej wiedzy. Zdaje się, że Warszawka mi w tym pomaga, darując nam dzień wolny 4 maja i nakazując przyjść do pracy w zamian 26 maja. Ogólnie to mam ich gdzieś – urlop to urlop i już. Za takie pieniądze jak tu zarabiam, to akurat te wolne soboty są jednym z nielicznych plusów tej pracy, gdyż zarobki nim na pewno nie są. W soboty to ja i owszem, pracować mogę, jednak za wynagrodzenie, które mi to zrekompensuje, a nie że za bezcen. Tym nie mniej oddalę się właśnie do wykonywania tych czynności, za które mi jednak płacą…