– 8 –

Ujmijmy sprawę jasno: objadanie się frytkami z sosem czosnkowym w ramach obiadu, po kilka dni z rzędu, jest co najmniej  nieodpowiedzialne, zwłaszcza kiedy się ma problemy gastryczne. Nawet nie usprawiedliwia człowieka fakt, że sosik czosnkowy to feta ze śmietaną i z dużą ilością czosneczku. Z fetą jest o tyle po drodze, że nie ma potrzeby specyfiku dosalać, ale ogólnie ilość kalorii pochłanianych, nawet z perspektywą iż frytki są pieczone, to nadal jakiś Mont Blank kalorii obiadowych. Tym bardziej kiedy tak dorzucić do tematu jakości moich obiadów ich ilość. W związku z powyższym podjęłam się dzisiaj wykonania eksperymentu. Zamiast frytek – koktajl owocowo – mleczny. Tłuszcze zastąpiłam cukrami, ale co tam, nic strasznego w sumie to nawet bez większego znaczenia kiedy człowiek się zorientuje, że właściwie to wszystko jest albo tłuszczem (vel lipidem), albo cukrem (vel sacharydem), tu dzież białkiem, ale to raczej marginalnie, bo podstawa to i tak tłuszcze i cukry… nawet w tym, co ogólnie w sklepie spożywczym nazywamy białkiem… z resztą, czy ktoś gustuje w takim np. białku jaja kurzego, które rzecz jasna też zawiera i cukry (ok. % suuuper), i tłuszcze (około 10% – całkiem nieźle)… ale pewnie dlatego jest samo w sobie tak mało apetyczne i klejuchowate, bo zawiera tak mało i cukrów i tłuszczy…

Wracając jednak do sedna sprawy. No więc postanowiłam dzisiaj, że frytki zostawię tam gdzie są i gdzie jak mniemam jest im całkiem nieźle, czyli w zamrażarce. Fetę minęłam na sklepowej półce całkiem spokojnie, gdyż po prostu zrezygnowałam z zakupów. W końcu czas uczyć się oszczędzać, a feta nie jest oszczędna. Co w zamian?

1 duża szklanka mleka sojowego niesłodzonego, 1 banan, 2 gruszki, szczypta imbiru mielonego (gdyż korzeń się wziął i zsechł) oraz duuuża szczypta cynamonu. Do blendera kielichowego i siup. Szybko smacznie i… jak dla mnie mało pożywnie, bo jestem w trakcie 2 porcji (czyli 3 szklanki). Smaczne i to bardzo, ale żeby konkurencję dla fety robiło, to niestety nie. Dam radę. Gdyby coś to mam jeszcze i rybę, i frytki, i pierogi zmrożone. Z głodu nie umrę. Jednak, jeśli ktoś jest na płynnej diecie i się takim czymś najada, to ja dziękuję, ale chyba już bardziej te waciki lub płatki kosmetyczne, co to je modelki wcinają, zapychają żołądek. Jeden dzień dam radę, a jutro sobie odrobię.

Swoją szosą, to takie koktajle są jedyną dopuszczalną przesłanką do picia wytworu określanego jako „mleko roślinne”, bo jakie to mleko? Od pokolorowana woda, ale nie żeby to „krowie” w sklepie było jakoś szczególnie bardziej mlekiem… no może i jest, tyle że bardzo, bardzo rozcieńczonym…

smacznego

P.s. – Niewątpliwym plusem koktajlu jest to, że jest płynny i że zawiera zdecydowanie więcej płynu niż pieczone w piekarniku frytki… zdaje się, że ten aspekt dzisiejszego „obiadu” bardzo odpowiada moim nerkom… zwłaszcza zapewne tej prawej… choć już gruszka pewnie mniej jej się podoba, ale i tak powinna być zadowolona, że to nie jest np. kiwi.