– 62 –

Jeszcze kilka balonowych obrazków, tak w ramach rekompensaty za znikające komentarze dla Zmorki oraz aby pamiętała, że Smoki latają na wiosnę.

Wieczór dnia drugie prezentował się następująco… czyli słońco-zachodząco oraz pokazowo – stacjonarnie.

… na takie niebo można patrzeć i patrzeć…

… tak samo, jak można patrzeć, jak balony znikają w ciemności i jak się z niej wyłaniają…

Oraz ostatni poranek… czyli świt blady dnia trzeciego… nie ważne, o której przytuliłeś się do poduszki po wieczornym pokazie dnia poprzedniego, rano trzeba wstać. Dzień pracujący oraz to, że trzeciego poranka najczęściej wybiera się nie starty, a jedną z konkurencji (mniej wysiłku + 15 minut więcej snu), sprawił, że to jak Smoki podrywają się z ziemi do nieba oglądałyśmy z A. same. Tak lubię najbardziej… bez tłumu przepychających się ludzi, którzy robią tylko zamieszanie. Tak, jak to było za tych pierwszy lat… dawno temu.

… noc dopiero odchodziła robiąc miejsce na nowy dzień…

– 59 –

Balony – 01 maja 2018 – dzień, a właściwie poranek, drugi. Pominę sobie więc opowiastki, skoro to już drugi poranek, bo i o czym można myśleć, skoro znowu budzik dzwonił w środku nocy, czyli dobrze przed piątą rano. Czułam, że Smoki drugiego dnia nie będą już tak skore aby fundować mi pobudkę. Atrakcje wyrywania z łóżek należne są również innym mieszkańcom okolicy, nie mam na nie monopolu, choć niewątpliwie czuję się zaszczycona, że to ode mnie zdecydowali się zacząć pobudki.

Odprawa dodatkowa, wiatr okazał się zbyt silny, konieczna aktualizacja miejsca i planów. Zamiana startu wspólnego, na start wolny rozproszony.

Nim słońce wzejdzie na dobre.

… leżę sobie … i co z tego 😉

Czy oby na pewno wszystko się tu zgadza? Ile Smoków jest na prawdę na zdjęciu?

Przypomnę tylko na koniec jeszcze, że „żółtko” na pierwszym planie niesie ze sobą dziewczyńską załogę…

– 58 –

Balony – 30 kwietnia 2018 – dzień, a właściwie poranek, pierwszy. Miałam szczerą ochotę, po tym jak Młody przed godziną 4 rano, odwrócić się na drugi bok, zakryć głowę kołdrą, i pogrążyć się w krainie Morfeusza na kilka kolejnych godzin jeszcze. Prawie nawet ten plan udało mi się zrealizować, ale jak wiadomo prawie robi również różnicę. Skoro ja nie chciałam wyjechać do balonów, one przyleciały do mnie. Kiedy śpisz, a nad głową nagle słyszysz bardzo charakterystyczne „pppuuuuffff” nagle zrywasz się na nogi, stajesz na baczność i chwalisz sobie to, że portki od dresu wieczorem położyłeś na fotelu… nie wiem czy bardziej z lenistwa, czy… na wszelki wypadek, gdyż po około 15 lata corocznego wstawiania dzikim, bladym świtem, nabrałeś pewnych odruchów bezwarunkowych… czyli dres pod ręką, na fotelu, buty pierwsze przy drzwiach. Minimalizacja czasu. balony nie poczekają, odpłyną dalej w sobie tylko znanym kierunku… No dobrze, w kierunku znanym pilotowi i załodze oraz tym, którzy mają dostęp do informacji o prądach powietrznych (kierunkach w które wieje wiatr na różnych wysokościach).

Do rzeczy jednak. Skoro balony przyleciały do mnie, to wojskowym trybem alarmowym złapałam co się dało na siebie i aparat, i wybiegłam przed Włości, i popędziłam za szumem… gdyż okazało się, że ledwie rzut kamieniem od Włości rozłożona jest jedna z konkurencji w tegorocznych zawodach.

W brew przekonaniu, ten sport też uprawiają kobiety. Załoga „Nifares” to dwie młode dziewczyny, które jeszcze wiele mogą pokazać, bo są ciągle jeszcze na etapie zdobywania doświadczenia.

Była kiedyś taka piosenka „nad naszą wsią przeleciał meteoryt” … u nas za to latają Smoki.

Na wolnej przestrzeni rozłożony jest cel – konkurencja to rzut grawitacyjny do celu. Grawitacyjny, czyli po prostu „upuszczenie” markera przy burcie kosza. Liczy się precyzja nalotu nad cel.

No i jeszcze jeden maruder. Tego poranka był ostatni. Zdaje się, że pilot nie mógł ogarnąć wiatroprzestrzeni, co nie jest ujmą, gdyż są piloci, którzy tu nie chcą latać, bo… bo okoliczny teren jest dla doświadczonych pilotów nie jednokrotnie wyzwaniem, a „lajtowe” latanie jest tutaj abstrakcją i trafia się niezmiernie sporadycznie.

Nadmienię tylko, że przez kilka kolejnych wpisów będę monotematyczna… reszta monotonii będzie za rok. Tymczasem kawę piłam po powrocie do domu… gdyż biegi ku smokom uprawiałam pomiędzy godziną 5 – 6 rano…

– 57 –

Jak wrócę, to będę. Do tego będę w obrazkach znowu. Tymczasem na dwa zdania. Bo gotowi i z tego adresu mnie wymeldować za ciszę.

Nie wiem jak u was, ale ja mam cały tydzień wolnego (od minionego piątku – do przyszłego poniedziałku). Byczę się i łajdaczę zamiast nadrabiać zaległości. Pogoda jednak nie sprzyja nadrabianiu jakichkolwiek zaległości poza tymi, które dotyczą przebywania na świeżym powietrzu. Wszystko inne nie ma znaczenia. Przegrywa z praktycznie letnią pogodą. Gdyby nie chłodny wiatr, trudno byłoby pamiętać, że to maj, a nie lipiec. Nie żeby jakoś szczególnie śpieszyło mi się do lipca, ale i teraz jest dobrze.

Udanego wypoczynku i Wam życzę. Jak wrócę to będzie trochę obrazków. Monotematycznych, bardzo charakterystycznych dla majowego długiego weekendu i dla mojego spędzania czasu w tych dniach. Trochę obrazków moich, a kilka pewnie i mojego Jednorodnego, który sobie przypomniał, że ma całkiem przyjemny własny aparat oraz, że właściwie robimy zdjęcia w różnych godzinach (ja rano, on popołudniu)… może jutro popołudniu i ja się skuszę. Na razie mam za sobą dwa poranki.

Co będzie jutro – to się okaże, a właściwe to pogoda pokaże, bo te 3 dni bardzo są od niej zależne. Na razie jest 100% założeń zrealizowanych, jeśli jutro pogoda się utrzyma, będzie to pierwszy taki rok od bardzo, bardzo wielu lat. Że o czym ja tu tak bazgram? Ci co są ze mną od lat, powinni już wiedzieć, a reszta, jeśli ciekawa, niech zagląda, coś się pojawi w obrazkach. Na razie wszyscy trzymają kciuki za jutrzejszą pogodę… właściwą pogodę rzecz jasna, z umiarkowanym stabilnym wiatrem i bez deszczu.