– 141 –

Dziś na bogato. Dwa wpisy. Nie będę sobie żałowała. Co mi tam. Nie wiem, czy jestem bardziej wściekła na jednego takiego, czy bardziej wkurzona na siebie. Mogłabym stwierdzić, że się dodatkowo podkręcam, bo jutro czeka mnie dosyć trudny dzień, ale to niestety nie to.  Trudne dni mają do siebie to, że czasem lepiej odwrócić od nich uwagę, ale doprawdy, wolałabym zupełnie inny sposób odwracania tej uwagi. Ogólnie, w takich chwilach przypominam sobie dlaczego jednak jestem tym cholernym „wilkiem samotnikiem”. Bycie niezależnym od emocji innych osób jest po prostu praktyczne i wygodne. Nawet jeśli czasami samotność doskwiera, to można sobie z nią jakoś dać rade. Mam na to kilka osobistych patentów. Sprawdzonych i pewnych. Więc u licha nie rozumiem po co ja się pcham w jakieś historie? Doprawdy, w tej chwil, właśnie dzisiaj, zupełnie tego nie rozumiem. Gdybym to jednak zrozumiała, najprawdopodobniej istnieje taka możliwość, że musiałabym się przyznać sama sobie, że ta cała samotność jednak mnie męczy, jednak czasem mi doskwiera. Z drugiej strony akurat ta świadomość dziś nie jest mi do niczego potrzebna – odłożę ją więc na półkę i przeanalizuję w wolnej chwili, innego dnia, kiedy będę miała mniej na głowie, i kiedy przy okazji, uda mi się emocje przywołać do zdecydowanie niższego poziomu.

… i tak, do cholery, kiedy zaczynam być stanowcza w tonie, i kiedy mówię cicho i spokojnie oraz raczej krótkimi zdaniami – to zdecydowanie oznacza, że nie jest dobrze…

To tyle chciałam tylko napisać wieczorową porą.

– 137 –

Za oknem zrobiło się szaro i ponuro. Dokładnie tak, jak w mojej głowie. Kolory nie są mi do niczego potrzebne. Czasem są zwykłą stratą czasu. Niczym więcej.

Czasem posiadanie żwawego, małego kocurka ma sens. Ma sens tym większy im bardziej kocurek zainteresowany jest pomocą w pisaniu na klawiaturze. Dzięki czterem łapkom kocurka idzie w niebyt wszystko to, co w niebycie, zdaje się, powinno pozostać.

Cztery łapki spacerujące po klawiaturze zostawiły tylko pierwszy akapit. Dobrze tak. Reszta była bezsensownym chaosem, który niczego nie wnosił. Nigdzie nie prowadził. Kolejną klatką moich myśli.

Tym co najlepiej mi w życiu wychodzi, to skupienie się na rzeczach wymiernych. Przyziemnych, z pozoru mało znaczących. Na tu i teraz. Więc tym się zajmę. Chociaż Pani A. twierdzi, że to błąd i uciekanie, że to unikanie zmiany w myśleniu, w czuciu… Być może ma rację. Dopuszczam takie podejście. Jest to możliwe. Codzienność, ze swoją wymiernością, zatrzymuje mnie w miejscu, ale też daje poczucie bezpieczeństwa.

W tym wszystkim zabawne jest to, że to co lat temu kilka mi przeszkadzało, co doprowadzało mnie do poczucia wściekłości, dziś jest tym za czym się chowam. Tak. Poczucie bezruchu i stagnacji kiedyś bardzo mi doskwierało. Dziś, dziś jest tym czego kurczowo się trzymam. W sumie nic więcej nie mam po za całym tym „dzisiaj”. Przyszłość jest tylko złudzeniem, marzeniem, nadzieją. Przeszłość… wciąga niczym czarna zimna otchłań…

 

– 136 –

Myślenie jest zdecydowanie przereklamowane. Człowiek potrafi się zakręcić sam w swojej głowie do tego stopnia, że wyplątanie się z tego galimatiasu graniczy z cudem. Nim się zatrzyma i spojrzeć spróbuje na całość tego chaosu, co to mu w głowie siedzi, już dawno traci orientację, gdzie jest początek, a gdzie koniec. To jednak jeszcze pół biedy, ten galimatias. Nieco sprawy zaczynają się komplikować, kiedy galimatias zaczyna być węzłem gordyjskim, który misternie miesza w sobie złudzenia, lęki, obawy i rzeczywistość.

Wracając do domu, wczorajszym wieczorem, starałam się ten swój węzeł gordyjski wypchnąć ze świadomości. Pominąć go. Zagłuszyć zapachem ciepłej małomiasteczkowej jesieni. Nic tak niesamowicie nie pachnie, jak nasza złota jesień.  Ciepło rozchodzące się po twarzy i szyi, nie ten war lata, ale takie przyjemne ciepełko słonecznej jesieni, delikatnie owiewające i niosące ze sobą zapach rozgrzanych liści. Patrzysz przed siebie i widzisz popołudnie w  kolorze sepii z lekkim przejściem do odcieni żółtego. Odpoczynek dla oczu zmęczonych godzinami patrzenia w monitory i ekrany. Wszystko jest takie miękkie. Kolor, temperatura i zapach… Ja wiem, że to zapach niesiony z ogrodów, gdzie palą się liście i drobne gałązki drzew owocowych i ozdobnych, ale tak pachną tylko właśnie teraz – jesienią. Przypomina nieco kadzidło, bo i pewnie różne zielsko do ognia trafia, ale jest bardziej subtelny, bardziej rozmyty, a jednocześnie jest jakby bliżej. Nie atakuje, ale otula. Kocham takie popołudnia. Spokojne, ciche, pełne tej sepii i niby kadzidła. Żadna inna pora roku nie daje mi takiego spokoju.

Czasem jednak w ten spokój potrafią się wkraść myśli, których nie umiem sklasyfikować, pogrupować, poskładać. Nie wiem czy są strachem, lękiem, czy rzeczywistością. Nie wiem, czy jestem panikarą, histeryczką, czy tylko hipokrytką. Czasem zwyczajnie nie wiem które są rzeczywiste i prawdziwe, a które to kolejne majaczenia moich zasieków obronnych. Z jednej strony rozum, z drugiej czucie i emocje. Staram się je wszystkie odepchnąć od siebie i delektować się tą moja jesienią, tymi kilkoma ulotnymi chwilami, na które być może będę musiała znowu czekać przez cały rok.

Z tymi myślami to trochę jest tak, jak bym była zamknięta w ciemnym pokoju, albo przynajmniej, jak bym miała przewiązane czymś oczy – tak jak w tej zabawie w ciuciubabkę. Kręcę się w koło nic nie widząc, a czyjeś ręce, raz po raz mnie popychają, szturchają, zaczepiają. Te ręce to te moje natrętne myśli. Nie wiem, która jest na prawdę prawdziwa, nie widzę, nie czuję. Jak mam zgadnąć, która z nich jest jaka, skoro ich nie widzę! Skąd mam wiedzieć, która jest emanacją przeszłości, lękiem przed niezdefiniowaniem przyszłości, złym podszeptam braku pewności siebie, a która jest tą, którą warto złapać, zatrzymać, ściągnąć zasłonę z oczu i się jej przyjrzeć? Zaciągam się więc tym jesiennym powietrzem, prostuje plecy aby bardziej poczuć to ostatnie ciepło i wyrzucam te wszystkie strachy za drzwi. Wiem, że wrócą, ale dziś niech będzie spokój. Może w międzyczasie uda mi się opracować, jak znaleźć nitkę, ten początek nitki, który pozwoli mi ostatecznie rozsupłać mój własny, prywatny węzeł gordyjski.

W takich chwilach sobie tak myślę, jak wielkim darem jest umiejętność nie myślenia…

– 112 –

Czek list – to wytyczne mojego funkcjonowania. Niekończąca się lista tego co w tym, lub innym, terminie muszę zrobić, załatwić, ogarnąć. Rano wstać, dotrzeć do pracy, wypić kawę, ogarnąć pracową kuwetę czasem pomijając śniadanie z braku czasu, dotrzeć na zajęcia, odsiedzieć, odstać, obrobić to co w danym dniu przypada i liczyć na to, że prowadzący będą litościwi i do domu uda się wrócić przed 21… nie zawsze się udaje, wrócić do domu, ogarnąć się i paść na łóżko. Dzień za dniem. Dzień za dniem. Byle do weekendu. W weekend żadnych ekscesów – czas na nadrabianie sprawozdań i innych koniecznych do napisania miliona rzeczy oraz… mycia sterty garów z połowy tygodnia przynajmniej, wymuszanie pracy pralki w systemie zapętlenia przez półtora dnia, oglądanie serialu tasiemca, po to aby nie myśleć i zająć czymś oczy. Tydzień pędzi za tygodniem.

Doprawdy mam wielką chęć rzucić tym wszystkim w diabły i mieć dużo czasu na to aby go przełajdaczyć.

Co do tej pralki, to zwyczajnie, kilka lat temu nie wzięłam pod uwagę, że Młody to jednak osiągnie rozmiar XL w porywach do XXL i bynajmniej nie wynika to z szerokości, bo najlepszym wariantem, choć trudno osiągalnym jest LL (L Long). Z czasem więc okazało się, że jednak 5 kg to nieco za mało jest, bo ledwie dwie bluzy i ze dwa podkoszulki się mieszczą.

Niepostrzeżenie więc wiosna przyszła, a że jest, jak na razie, dosyć chłodna, to nawet całkiem ją znoszę. Może też nie mam czasu, lub mam milion wymówek aby udawać, że jej nie dostrzegam. Jedyne wyjście w teren skończyło się kichaniem i pieczeniem połączonym z łzawieniem oczu. Skutek – nie mam ochoty na wychodzenie gdziekolwiek. Na wiele rzeczy i spraw nie mam ochoty – co jak widać też u mnie jest znakiem rozpoznawczym obecności wiosny. Już teraz, zwyczajowo, zaczynam tęsknić do jesieni i zimy, i liczę, że może w końcu tegoroczna jesień będzie nieco luźniejsza, bo bardzo mi tego brakuje. Tym czasem, choć nie wiem jak, to jakoś muszę ogarnąć 5 tygodni praktyki uczelnianej. Pięć tygodni, z czego większość to jakaś abstrakcja, pic na wodę i fotomontaż… psu na budę, bo motykę trzymałam w rękach całe ubiegłoroczne praktyki, pomijając wcześniejsze życiowe doświadczenie w tym zakresie, więc doprawdy, obrabiać komuś zagonki, które później się marnotrawi… szkoda mi życia na to.

Więc się tak zastanawiam – po jaką cholerę mi to wszystko? No tak… to była idealna wymówka, zapychacz czasu i przestrzeni, idealny mur obronny przed sobą samą, swoimi myślami i emocjami, ale czy nadal jej potrzebuję? Lub może raczej, czy nadal w tej formie się sprawdza?

– 81 –

Mówią, że małe dzieci to małe problemy, a duże dzieci to duże problemy. Czy ja wiem? U nas problemem był bardziej brak oparcia w ojcu i wynikające z tego deficyty w poczuciu pewności siebie i bezpieczeństwa u Młodego, niż jego wiek. Wczoraj poza atakiem paniki, przed nowością, które nie są niczym nowym, choć skala bywa różna, Młody uczył się opanowywania swojego zestawu „nakręcacza wewnętrznego”.

Jak wiadomo w panice trudno wyjść na zewnątrz i się ogarnąć. Wczoraj Młodemu się to udało. Kiedy uszło z niego w różny sposób nieco napięcia, kiedy dotarło, że ma więcej alternatyw, kiedy zebrał więcej informacji o tym co i jak ma być, to w końcu zaczął panować nad sobą.

Myślę, że  teraz, bo rzecz wczorajszego stresu dzieje się teraz i gdzieś tam, też daje sobie radę. Owszem jest cały w strachu, ale nie jest to strach bezpodstawny. Ocenia swoje możliwości, dodaje do tego warunki zewnętrzne i stan techniczny sprzętu. Ma odwagę powiedzieć, że się boi. Teraz to ja się boję, że tę jego odwagę cywilną do nazywania rzeczy wedle tego czym są ktoś określi jako dziecinadę i bojaźliwość. Tak sobie myślę, że każdy z nas ma sytuacje w których boi się, z różnych powodów i różnych rzeczy, ale niewielu ma odwagę to powiedzieć, a jeśli nawet, to tych niewielu odważnych ginie w tłumie niedojd, rozbijających się o sytuacje trudne, nie podejmujących wyzwania, uciekających.

W strachu Młodego udział ma, być może nawet nie do końca świadomie, a może zupełnie poza jego świadomością, zdarzenie jakie miało miejsce w trakcie gdy robił kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe. Patrzeć jak ginie, umiera pod kołami tira osoba którą znasz, kiedy nie możesz wiele zrobić, kiedy trąbienie klaksonem i krzyki Twoje i Instruktora nie docierają do kierowcy tego drugiego samochodu – myślę, że nawet jeśli zepchnięte w podświadomość głęboko, to na długie lata zostaną z nim i będą wpływać na to jakim jest kierowcą i jakim jest człowiekiem. W różny sposób.