– 158 –

Czasem, a może i często, sama nie wiem, więc może będę trzymać się tego czasem, wychodzi w życiu inaczej niż chcieliśmy, niż mieliśmy nadzieję, niż nam się wydawało, że wyjdzie. Czasem za tę zmianę, niespodziewaną, odpowiada jedna mała „kropla goryczy”. Czasem jest ona większa, a czasem mniejsza, ale bez względu na wielkość, zawsze jest tą znaczącą, ta definiującą. Punktem zwrotnym.

Jakoś tak mam ostatnio fart do tłumów w relacjach damsko – męskich. Poprzednio była żona (była żona – czyli żona w czasie przeszłym, zwana exżoną), obecnie alkohol. Jeden diabeł. A może i nie jeden. Mniejsza z większym. Wystarczy, tyle, że miniona niedziela wyciągnęła trupa z szafy, którego wydawało mi się pochowałam i rozliczyłam dawno temu. Choć może to już nie trup, a tylko jakiś jego hologram. Taka przypominajka życiowa. Takie „memento” i inne „pamiętasz?”. Niedziela miała to do siebie, że godzina po godzinie wrzucała mi wielki, młyński kamień na piersi. Wsadzała „dusiołka”, który skutecznie pilnował żeby oddech był płytki, a serce ściśnięte razem z gardłem i  zimną kulą żołądka. Ściśnięte wszystko, aż do poziomu mdłości. Tego chcesz? Tego chciałaś? Nie przed tym obiecywałaś sobie ucieczkę? Kiedy ostatni raz widziałaś go trzeźwego? Na kacu się nie liczy…

„Nie wygrasz ze mną.”, „Zawsze będzie po mojemu.”, „Jeśli będę miał wybierać Ty, czy alkohol – wybiorę alkohol.” … już nie musisz nic wybierać, z nikim grać (choć ja z Tobą w nic nie grałam – co było trudne do zrozumienia zdaje się), nic udowadniać. Już teraz zawsze będzie po Twojemu. Bez oczekiwań i nadziei z mojej strony, bez niewypowiedzianych próśb. Bez niewypowiedzianych pretensji, bez wypominania i tych wszystkich „…może już wystarczy?” przed kolejnym kieliszkiem, jaki przed sobą postawisz.

Może właśnie wczorajszego wieczoru zrobiłam jeden z większych błędów swojego życia, a może właśnie przed nim uciekłam – tego nie wiem. Nie wiem tego ja, nie wie tego nikt – nawet Ty.

Tak, Ty jesteś inny, nie jesteś moim ojcem alkoholikiem, ale… jesteś ojcem alkoholikiem swojej córki, a z mojego punktu widzenia Ty możesz być innym człowiekiem niż mój ojciec, zupełnie innym człowiekiem, jednak alkohol pozostaje alkoholem… Alkohol jest stałą, która prowadzi wszystkich w jednym kierunku – różnica polega na szybkości…

Wytrzeźwiej. Dla siebie. Na stałe.

– 136 –

Myślenie jest zdecydowanie przereklamowane. Człowiek potrafi się zakręcić sam w swojej głowie do tego stopnia, że wyplątanie się z tego galimatiasu graniczy z cudem. Nim się zatrzyma i spojrzeć spróbuje na całość tego chaosu, co to mu w głowie siedzi, już dawno traci orientację, gdzie jest początek, a gdzie koniec. To jednak jeszcze pół biedy, ten galimatias. Nieco sprawy zaczynają się komplikować, kiedy galimatias zaczyna być węzłem gordyjskim, który misternie miesza w sobie złudzenia, lęki, obawy i rzeczywistość.

Wracając do domu, wczorajszym wieczorem, starałam się ten swój węzeł gordyjski wypchnąć ze świadomości. Pominąć go. Zagłuszyć zapachem ciepłej małomiasteczkowej jesieni. Nic tak niesamowicie nie pachnie, jak nasza złota jesień.  Ciepło rozchodzące się po twarzy i szyi, nie ten war lata, ale takie przyjemne ciepełko słonecznej jesieni, delikatnie owiewające i niosące ze sobą zapach rozgrzanych liści. Patrzysz przed siebie i widzisz popołudnie w  kolorze sepii z lekkim przejściem do odcieni żółtego. Odpoczynek dla oczu zmęczonych godzinami patrzenia w monitory i ekrany. Wszystko jest takie miękkie. Kolor, temperatura i zapach… Ja wiem, że to zapach niesiony z ogrodów, gdzie palą się liście i drobne gałązki drzew owocowych i ozdobnych, ale tak pachną tylko właśnie teraz – jesienią. Przypomina nieco kadzidło, bo i pewnie różne zielsko do ognia trafia, ale jest bardziej subtelny, bardziej rozmyty, a jednocześnie jest jakby bliżej. Nie atakuje, ale otula. Kocham takie popołudnia. Spokojne, ciche, pełne tej sepii i niby kadzidła. Żadna inna pora roku nie daje mi takiego spokoju.

Czasem jednak w ten spokój potrafią się wkraść myśli, których nie umiem sklasyfikować, pogrupować, poskładać. Nie wiem czy są strachem, lękiem, czy rzeczywistością. Nie wiem, czy jestem panikarą, histeryczką, czy tylko hipokrytką. Czasem zwyczajnie nie wiem które są rzeczywiste i prawdziwe, a które to kolejne majaczenia moich zasieków obronnych. Z jednej strony rozum, z drugiej czucie i emocje. Staram się je wszystkie odepchnąć od siebie i delektować się tą moja jesienią, tymi kilkoma ulotnymi chwilami, na które być może będę musiała znowu czekać przez cały rok.

Z tymi myślami to trochę jest tak, jak bym była zamknięta w ciemnym pokoju, albo przynajmniej, jak bym miała przewiązane czymś oczy – tak jak w tej zabawie w ciuciubabkę. Kręcę się w koło nic nie widząc, a czyjeś ręce, raz po raz mnie popychają, szturchają, zaczepiają. Te ręce to te moje natrętne myśli. Nie wiem, która jest na prawdę prawdziwa, nie widzę, nie czuję. Jak mam zgadnąć, która z nich jest jaka, skoro ich nie widzę! Skąd mam wiedzieć, która jest emanacją przeszłości, lękiem przed niezdefiniowaniem przyszłości, złym podszeptam braku pewności siebie, a która jest tą, którą warto złapać, zatrzymać, ściągnąć zasłonę z oczu i się jej przyjrzeć? Zaciągam się więc tym jesiennym powietrzem, prostuje plecy aby bardziej poczuć to ostatnie ciepło i wyrzucam te wszystkie strachy za drzwi. Wiem, że wrócą, ale dziś niech będzie spokój. Może w międzyczasie uda mi się opracować, jak znaleźć nitkę, ten początek nitki, który pozwoli mi ostatecznie rozsupłać mój własny, prywatny węzeł gordyjski.

W takich chwilach sobie tak myślę, jak wielkim darem jest umiejętność nie myślenia…