– 115 –

Pada. Normalnie nie przestaje. To, że ciemno i że chłodno zupełnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, z obecnym natłokiem obowiązków, taka pogoda jest dla mnie błogosławieństwem… byle wody było mniej, bo ja akurat do wodniaków się nie zaliczam.

Pada. Okolice nam zalewa coraz szerzej oraz piwnicę również, tyle, że coraz głębiej. Mamy w niej już dobrych 10 cm wody. Nawet nie dzwonimy na straż żeby wypompowali, bo… pada i za chwilę znowu naleci. Co do straży, ja wiem, że powodzie i te sprawy, ale doprawdy, o 1,20 można by d interwencji nie jechać na sygnale. Można by ludziom dać jednak pospać, nawet jeśli w dach grzmocą kolejne fale ulewy… kilkugodzinnej ulewy. Bo wiecie, u nas to albo pada, albo nie pada, tak „tak trochę” padać ni jak nie potrafi.

Gdyby jednak wody było nam w domu mało, to my tak jeszcze sobie dorzuciliśmy pękniętą rurę w łazience. Co sobie żałować będziemy. Na zewnątrz mokro, to w środku też niech będzie, a czemu nie. Ogólnie mam obserwację, że ta część naszych hydraulików, która nie wyjechała do Francji i do Hiszpanii, siedzi w Niemczech. Znalezienie kogoś do awarii na głównej rurze, gdzie jedynie zawór główny odcina w niej wodę, a tym samym również w reszcie budynku… czysta abstrakcja. Udało się, jednak nie bez przejść, gdyż pierwotny majster, który umówił się na 8 rano dnia następnego, nie zjawił się ani o 8, ani o 9, a do tego też nie odbierał telefonów od godziny 9,30. Nie żeby wcześniej je odbierał – wcześniej też pewnie by tego nie zrobił, tyle, że cierpliwie czekaliśmy… Młodego cierpliwość jednak jest krótka, a panowie ze spółdzielni mieszkaniowej na najbliższym osiedlu zawsze mają pod ręką jakiegoś „swojego” zaufanego hydraulika. Pan zjawił się w niej niż godzinę. Pooglądał, naprawił, skasował bardzo rozsądną cenę i poszedł w swoją stronę zostawiając na wszelki wypadek swój numer telefonu. Zaraz jak poszedł, zadzwonił pan z godziny 8, a pytaniem gdzie on ma przyjechać… a było już chwilę po godzinie 12 w południe… cóż, hm, bezcenne stwierdzenie, że ona sobie cały dzień pod nas ustawił i wszystko pozmieniał, a my go wyrolowaliśmy… przecież to tylko 4 godziny spóźnienia i nieodbieranie telefonów… żaden problem. Może lepiej, że pan przez 4 godziny był zajęty „ustawianiem dnia pod nas”, bo zdaje mi się, że cenę też miały zdecydowanie inną, a co do jakości pracy… jeśli miałaby być odbiciem szacunku dla czasu swoich klientów, tym razem naszego czasu, to chyba jednak wolę dywagacje snuć w tym zakresie niż praktycznie i realnie się o tym przekonywać.

Tak więc, tak mija mi druga połowa maja, pełna wody, oraz z nieuchronnie zbliżającą się an horyzoncie sesją. Pędzę gdzieś pomiędzy pracą, praktykami oraz zajęciami i innymi obowiązkami domowymi, więc nie dziwcie się, że brak pogody plenerowej mi zupełnie nie przeszkadza i tak nie miałabym czasu aby się nią napawać.

Tak na marginesie – jestem z siebie dumna – nie zapomniałam, że dzisiaj mam zrobić przegląd samochodu i co więcej, dochodzi 17, a już to zrealizowałam (zjadłam też obiad, co nie jest aż takie oczywiste)… mogę spokojnie pędzić na rosyjski i nie zastanawiać się, która stacja diagnostyczna w mieście pracuje dłużej niż do 20… 😉

 

– 73 –

Czas mija nieubłaganie, ale staram się o tym nie myśleć, gdyż jest to deprymujące i dołujące. Uznaję więc, że szkoda czasu na takie dyrdymały i idę dalej do przodu.

Idąc dalej do przodu jestem zła na aurę, bo lipy kwitną w najlepsze, a leje jak by się w ściekło, więc nici z miodu lipowego, nici z domowej suszonej lipy i nici z próby przygotowania lipowego syropu, a wszystko to po tym, jak przez pół jesieni i minionej wiosny chodziłam i oglądałam drzewa w okolicy, aby jakąś lipę w przyjaznym, nieprzyulicznym miejscu zlokalizować. Zlokalizowałam i co zz tego? Mogę sobie na nią popatrzeć co najwyżej, bo kwiatków z niej raczej nazbierać już nie dam rady. Porażka lipowa anno-domini 2018.

Tymczasem dokonałam innego abordażu na swoje przekonania i poglądy, oraz wyłomy w całkiem niemałym zakresie postanowień, a do tego jedynym usprawiedliwieniem jest brak cierpliwości i to, że jak chcesz coś zrobić dobrze – zrób to sam (Tak Dora, to ten dzisiejszy abordaż poranny). Tutaj jednak, w tym stwierdzeniu jest pewien haczyk, niuans taki, gdyż nie chodzi o to, że brak jest osób, które mogły by to, czy tamto zrobić dobrze, czy nawet bardzo dobrze, czy lepiej ode mnie. Są takie osoby, jak najbardziej, tyle, że w moim przypadku, kwestią jest czas, a raczej brak cierpliwości. Po prostu, co raz mocniej tkwi we mnie przekonanie, że co możesz zrobić dziś, zrób wczoraj, bo będziesz miał dwa dni wolnego (czyli i dziś i jutro). Jest to upierdliwe dla otoczenia, i zdaje się wyrastam na zapatrzoną w czubek własnego nosa egocentryczkę, acz nawet jeśli, nieszczególnie mnie to interesuje. Tym co mnie interesuje, nawet zaczyna niepokoić, to jest fobia moja co do uciekającego czasu… fobia, tego wszystkiego czego nie zdążę, a co chciałabym. Problem z moimi fobiami jest tak, że są do opanowania, ale wymaga to sporych nakładów energii, bo wymaga wymyślania coraz to nowych sposobów oszukania swojej fobii przekonania jej, że brak jej jakiegokolwiek znaczenia. Teoretycznie powinna rozwijać się u mnie w takim przypadku pomysłowość i kilka innych cech, jednak, ograniczam się do wypełniania czasu, do granic możliwości. Mniejsza z większym.

Pada deszcz, więc i głupota po głowie chodzi. Słońce zaświeci, to przejdzie i głupota. tymczasem jednak czas zająć się robotą, a później chemią w domeczku.

– 50 –

Zachmurzyło się. Może to i lepiej, gdyż zdecydowanie dziś, po minionym weekendzie, słońce tylko by mnie męczyło.

Dolega mi przetlenienie oraz piekielne zakwasy w udach. Spędziłam na wolnym powietrzu raptem 1,5 dnia, czyli pół soboty i niedzielę, a efekt taki, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Owszem, kamieniołom wczoraj zaliczyłam, ale tylko wizualnie i z daleka. Patrzyłam sobie na niego spokojnie ze zboczy sąsiednich wzgórz o ile miałam siłę aby patrzeć na cokolwiek, bo bywało, że nogi przebierały gnane li i wyłącznie siłą woli. Po tej zasiedzianej zimie, moja kondycja nie istnieje. Owszem, było kilka podejść, ale nie popadajmy w dramatyzm, nie były to ani najdłuższe, ani najbardziej strome podejścia. Ledwie przeciętne, a ja bałam się, że mięśnie mi się rozpadną. Zdecydowanie jednak, całkiem miło, zaskoczyły mnie moje płuca, które tym razem nie chciały spierdzielać na Majorkę, jak to bywało drzewiej. Znaczy się, octan miedzi chyba zadziałał. Jest ohydny, ale skoro działa, to chyba go sobie jeszcze jakiś czas będę popijać, a za kilka tygodni zrobię sobie badania tych moich czerwonych donosicielek tlenowych co to mi różne numery lubią wykręcać. Zakwasy w udach to inna bajka, trzeba było się w sobotę nie spinać po drzewach jak małpka, to pewnie nic by mi dziś nie było, gdyż na wczorajszą wycieczkę udałam się już właśnie z po-drzewnymi zakwasami, ale co mi tam, ktoś się musiał zlitować nad tymi biednymi jabłonkami. Jeszcze dwie zostały, ale nimi mam zamiar zająć się w nadchodzącą sobotę.

Zdjęcia owszem będą, ale kiedy, tego nie wiem, bo ogólnie znowu mam problem z czasoprzestrzenią i niedosnem. Tego ostatniego mój człowiek bardzo nie lubi, a dziś mu to akurat dolega. Niestety jednak, w bieżącym tygodniu, rokowania na odsypianie są niewielkie. Gdyż w środę, o 4.35 się do grodu Kraka wybieram publiczną komunikacją. Miałam jechać jutro i nocować, ale jakoś nie mam przekonania. Tiktaś niestety, obawiam się, że mógłby w zakresie sprzęgła, tej wyprawy nie przeżyć. Czas zacząć się rozglądać za innym autem, ale może w maju, albo w czerwcu. W maju komunie są. Też wydatek. No i tak to się kolebie do przodu, od dnia wolnego, do dnia wolnego, których jak na lekarstwo, ale mam zamiar sobie zrobić całotygodniowy długi weekend, więc może uda mi się odpocząć. Na to liczę. W sensie, na odpoczynek wraz z odrabianiem zaległości w zakresie posiadanej wiedzy. Zdaje się, że Warszawka mi w tym pomaga, darując nam dzień wolny 4 maja i nakazując przyjść do pracy w zamian 26 maja. Ogólnie to mam ich gdzieś – urlop to urlop i już. Za takie pieniądze jak tu zarabiam, to akurat te wolne soboty są jednym z nielicznych plusów tej pracy, gdyż zarobki nim na pewno nie są. W soboty to ja i owszem, pracować mogę, jednak za wynagrodzenie, które mi to zrekompensuje, a nie że za bezcen. Tym nie mniej oddalę się właśnie do wykonywania tych czynności, za które mi jednak płacą…