– 98 –

Moda na zdrowie. To w sumie dobra moda, jednak czasem warto się zastanowić i zatrzymać i przeczytać kilka niezależnych artykułów na temat zdrowia w zakresie jaki nas interesuje. Zdrowie ma to do siebie, że ważne jest wszystko. To co jemy, ile jemy, kiedy jemy, to co pijemy, ile śpimy, ile pracujemy, ile mamy ruchu, ile stresu, jak myślimy oraz wiele innych, z pozoru mało istotnych, elementów składa się na nasze zdrowie. To co dobre jest dla innych niekoniecznie może być dobre dla nas, to co dobre jest dla dziecka często jest zbyt słabe dla dorosłego, a bywa, że to co stosujemy u dorosłego jest zupełnie nie wskazane dla dzieci, i nie że im zaraz całkiem szkodzi. Czasem po prostu jest problem z ustaleniem dawki optymalnej – tak więc lepiej zrezygnować niż eksperymentować.

Inną rzeczą, o której warto pamiętać, to to, że jednak zioła to też leki. Czytam w temacie wiele, również na forach, grupach i innych zasobach internetu i po prostu jestem przerażona niefrasobliwością w tym zakresie. Brakiem umiaru i brakiem zastanowienia się nad tym czy akurat coś jest dla nas, a coś nie. Moda jest modą i wiele osób pije lub jada coś pod marką „bo jest to zdrowe”, ale bez zastanowienia się, czy akurat dla nich również.

Zwykły czosnek, który zawiera między innymi nadające mu charakterystyczny zapach związki siarkowe, ma działanie bardzo szerokie, o czym można sobie już w samej Wikipedii poczytać, czy na stronach dr Henryka Różańskiego oraz w wielu innych miejscach. Jest ogólnie bardzo dobrze rozpisaną rośliną leczniczą. Tym co umyka, to przeciwwskazania. jak pisze Wikipedia: „Czosnek nie jest wskazany przy kaszlu zabarwionym krwią, w przypadku gorączki towarzyszącej zapaleniu płuc. Nie powinien być podawany chorym na zaawansowane zapalenie nerek. Nie powinien być stosowany w ostrych zapaleniach żołądka i jelit (może zaostrzyć chorobę). W dużych dawkach czosnek i jego preparaty są niebezpieczne, zwłaszcza dla dzieci (nie powinien być w ogóle podawany niemowlętom poniżej 10 miesiąca życia).” Ze swojej strony dodam jeszcze, że również kobiety w ciąży, czy osoby przyjmujące leki rozrzedzające krew oraz niesterydowe leki przeciwzapalne, gdyż czosnek ma właściwości obniżające krzepliwość krwi, a nie jest to wskazane w powyższych przypadkach, aby krew dodatkowo, czy w sposób niekontrolowany jeszcze rozrzedzać. Matki karmiące piersią też powinny z ostrożnością podchodzić do czosnku, gdyż przechodzi on do mleka matki i może się okazać, że zwyczajnie tak „zmodyfikowane” mleko nie będzie dziecku smakowało, ale też może być powodem bólu małego brzuszka. Tym co istotne – to przeciwwskazania te dotyczą głównie spożywania surowego czosnku. Dzieje się tak, ponieważ część związków, tych najsilniejszych akurat, zawartych w naszym specjale jest mało odporna na obróbkę termiczną, więc zwyczajnie, im dłużej obrabiamy termicznie czosnek, tym mniej zachowuje się jego właściwości, gdyż ulatują w przestrzeń dookoła patelni lub piekarnika. Nadal „coś” w nim zostaje, ale nie oczekujmy, że działanie będzie takie samo jak ma to miejsce w przypadku świeżo obranych ząbków czosnku. Inną kwestią czosnkową, jest to, że nie przechowujemy go w niskiej temperaturze, która również mu w przechowywaniu nie robi najlepiej. Owszem, pozyskiwanie z czosnku części jego związków może się odbywać w temperaturze około 0 stopni, ale pozyskiwanie, to nie przechowywanie – liczy się czas, i to co chcemy pozyskać, bo oczywiście też nie wszystko ucieka w niskiej temperaturze.  U mnie czosnek leży sobie spokojnie na blacie szafki kuchennej, w kamionkowym naczyniu z pokrywką, które zawiera dziurki. To się w sumie najlepiej sprawdza i czosnek trzyma się w nim najdłużej. Ogólnie nie jestem zwolenniczką trzymania warzyw w lodówce – osobiście nie lubię zimnych warzyw, bywa, że szkodzą mojemu człowiekowi, a teraz kiedy o tym czytam, bo chcę, lubię, ale też muszę, okazuje się, że mój człowiek po prostu wiedział czemu się buntuje i zmuszał mnie często do działań optymalnych (choć rzecz jasna nie zawsze, ale nie w tym rzecz). Tak więc każdy, zanim zacznie stosować terapię jesienną czosnkową powinien się zastanowić czy ona jest dobra również dla niego. Owszem, jest skuteczna, ale czy nie ma przeciwwskazań? No i co u licha znaczy z umiarem, albo w dużych ilościach? W dużych ilościach, każdy z nas ma inne duże ilości, tak samo jak umiar, ale w ustalaniu tych dwu wartości warto posłuchać co mówi nam nasz własny człowiek, oraz, jeśli mamy z tym problemy możemy przypomnieć sobie, że zalecana dzienna dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi około 4 – 5 g i jest to wartość wokoło której mogą oscylować osoby dorosłe.

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie, w bonusie dla tych, którym udało się wytrwać do tego miejsca, zostawiam przepis na moja miksturę przeciw przeziębieniową, oczywiście zawierającą czosnek. Oczywiście również, w jej stosowaniu jest wskazany umiar i rozsądek, a dzienna dawka w początkach przeziębienia to spokojnie maksymalnie 4 x 25 g (czyli 4 małe bączki) na dzień (na CAŁY dzień).

Składniki: 3 dosyć duże cebule; 1 mała (lub 0,5 dużej) główki czosnku; sok wyciśnięty z 1 cytryny, 2/3 – 1  szklanki cukru. Dodatkowo, dla dorosłych: alkohol 40 – 50% do 0,5l, korzeń świeży chrzanu ok. 5 cm (jeśli cieniutki korzonek, to można dać dłuższy kawałek).  Słoik 1 litr.

Przygotowanie syropu: Cebulę i czosnek obieramy, siekamy w piórka, i wysypujemy warstwami do słoika: cukier – piórka cebulowo czosnkowe – cukier – piórka – cukier. Taki przekładaniec zalewamy sokiem z cytryny, nakrywamy słoik i odstawiamy z boku blatu szafki kuchennej. Po około 2 godzinach zaczyna nam się zbierać syrop. Można go sobie spokojnie popijać. Syrop ten można podawać przy kaszlu i w początkach przeziębienia również dzieciom, acz nie maluszkom.

Przygotowanie nalewki: Kiedy mamy już syrop, czyli po jakiś 2 dniach od nastawienia, albo kiedy zostają nam w słoiku resztki po niezbyt dokładnie odlanym syropie (trochę syropu, nierozpuszczony cukier),  zalewamy to alkoholem w ilości 0,3 – 0,5 (im więcej soku, tym można więcej alkoholu zalać), dodajemy obrany i posiekany w piórka świeży korzeń chrzanu. Zakręcamy słoik i odstawiamy na przynajmniej 7 dni, choć możemy podpijać z niego jeśli akurat jest taka zdrowotna konieczność. Jeśli stoi i nabiera mocy w spokoju, to warto jednak go nieco wstrząsnąć od czasu do czasu, aby ułatwić rozpuszczanie cukru i innych dobrodziejstw. Po tygodniu możemy zlać, ale spokojnie, może postać i 2 tygodnie w takim nastawie. A później przez gazik, lejkiem, do butelki i do domowej pateczki. Nalewki nie podajemy dzieciom!

Zdrowia życzę.

 

– 27 –

Tydzień zaczął się ciekawie. W sam raz jak no to jaki był weekend. Do dupy weekend to i tydzień zaczął się byle jak.

Ogólnie to na Włościach prawie szpital. Szpitalny oddział dzienny to tam normalka ze względu na P1 i P2, ale teraz do kompletu dołączyła Matka Rodzicielka razem z szerzeniem defetyzmów i podnoszeniem ludziom ciśnienia hasłami nienadającymi się do powtórzenia na forum publicznym. Tak to jednak bywa, kiedy zachoruje człowiek nienawykły do chorowania i do tego mający tendencję do samoumartwienia i stawiania przed sobą nie zawsze tych, którzy na to stawianie w danym czasie zasługują. Nie żeby w ogóle, ale może po prostu niekoniecznie w danej chwili.

Matka Rodzicielka, jako pacjent jest niemożliwa. Ciężko jej pomóc, bo na większość leków, przy których się jednak upiera, reaguje z zakresu „niepożądane reakcje”. Domowe kuracje też ma ściśle ograniczone, gdyż poprzypisywała je do określonych jednostek chorobowych, a wytłumaczyć jej, że droga prowadzi inna stroną miasta, czyli, że jeśli coś ma działanie przeciwzapalne ogólne, to pomoże czy chodzi o zapalenie oskrzeli, czy o zapalenie gardła, kwestią jest dawka oraz czas. Szczegóły pominę. Gorzej niż z małym dzieckiem, bo  malucha przerzucisz przez kolano, paszcze otworzysz i zaaplikujesz co trzeba, a tu na wszystko nie i nie, i nie… a to tylko grypa choć z naprawdę wielkim rzutem nerwobólów w mięśniach. Chory pracoholik to jakieś piekło.

Wszystko byłoby pięknie gdyby przy okazji nie okazało się, że mnie również w piątkowy poranek zmogły jakieś bakcyle. Podstawiły rzęski i witki, powaliły na łopatki i zaczęły wyczyniać harce w mięśniach i gardle. Sęk w tym, że nie wiedziały, że nie ze mną te numery, gdyż chorować to ja mogę tylko w minimalnym wymiarze, wszystko inne jest nie do przyjęcia. Pracę sobie więc odpuściłam, odwiozłam Laptośka do Laptośkowego dohtora, ludzkiego ominęłam szerokim łukiem zahaczając o aptekę i stoisko warzywne.

Imbir, czosnek, cytryny, polopiryna oraz zapasy syropo – soczkowe. Już byłam blisko nawet by sprawdzić jak się sprawują, w zastępstwie polopiryny, witki wierzbowe, ale jakoś wizja przedzierania się w jakiś śniegach w odległych okolicach, do których wpierw należałoby dojechać, nieco przekraczała moje możliwości fizyczne, które ograniczały się do podusi i kocysia. Co się odwlecze to nie uciecze.

Tymczasem szybka reakcja domowymi sposobami sprawiła, że całkiem dobrze mi już jest. Do pracy dotarłam, staram się ogarnąć czasoprzestrzeń i inne takie. Niestety w związku z kiepskim samopoczuciem, oraz faktem, że Młody zakupił hurtową ilość pączków, moja wizja jabłkowa na razie się oddaliła, ale co się odwlecze, to nie uciecze… nie jeśli chodzi o pączki lub inne smakołyki.