– 123 –

Prozaicznie będzie. Przyziemnie nawet. Dopracowałam się dziś pęcherzy na stopach. Wpadłam na ten szalony, specyficznie pokręcony pomysł, aby na spacer wyprać się w nowych sandałkach na koturnie. Czemu by nie? Każdy nowy but zawsze okupuję pęcherzami. To taki chrzest obuwniczy. Normalka u mnie. Nie ma nad czym się tkliwić. Skoro o tym wiem, to rozsądnym rozwiązaniem byłoby przebrać buty przed spacerem przez całe miasto, no dobra, przez pół miasta, pieszkom. Nie przebrałam, to nie przebrałam – mam pęcherzy kilka drobnych. Na całe szczęście w samochodzie mam i sportowe buty i baleriny, a gdyby mi było mało – to kupiłam dzisiaj sobie czarne sandałki…

Jest to milion pięćset dziewięćdziesiąta ósma para czarnych sandałków na obcasie, w której chodzić za bardzo nie mam gdzie, ale takiej jeszcze nie mam, no i cena – no 25 PLNy (80% sale). W pierwszej cenie nie kupiłabym ich na pewno, ale za dwie dyszki? No jak nie, jak tak. Jednak aby smutno nie było sandałkom dorzuciłam im do towarzystwa trzy bluzeczki po piątaku. Bez większych skrupułów, gdyż 2 worki dobrych wystawiłam do śmietnika, i kolejny się zbiera. Ubrań, którym poza moją niechęcią do ich nic nie dolegało właściwie.

NIe o tym miało jednak być, bo jedyne co napisać chciałam, że spacer mój załatwił mi blisko 10 tysięcy kroków (w jakiej wielkiej aglomeracji mieszkam 😉 ), a zwyczajowo mam problem z dobiciem do 1 000. W nagrodę zjadłam na obiad wielkaśnego burgera i cudem (wołami z burgera najprawdopodobniej), powstrzymałam się od deseru. Co więcej, powstrzymałam się od deseru zupełnie, nawet na małe co-nie-co się nie skusiłam. Niestety od jakiegoś czasu miewam problem z tym niekuszeniem się na małe co-nie-co po treściwych posiłkach. Dlatego też jestem z siebie dumna. Może powinnam z tego uczynić sobie jakieś motto w nowym, kolejnym roku życia?

– 89 –

Potrzebuję nowej pary butów… zdecydowanie… już ze 3 miesiąc nie kupiłam żadnych, albo nawet i cztery, więc czas najwyższy. Zaniedbałam się okrutnie w tej materii. Nie wiem zupełnie jak mogłam się dopuścić takiego poważnego zaniedbania… a poważnie, to faktycznie, chyba muszę kupić jakieś nowe buty do łażenia po górkach. Nie, żebym żadnych nie miała, ale jednak niedomagają. Wylazła w nich wada ukryta i jeśli szewc mój ulubiony zwinął żagle i poszedł na emeryturę, to doprawdy nie wiem kto mógłby poradzić inny.  Zawsze mogę rozejrzeć się właśnie za nową parą, wszak wymówka jest znakomita, ale te na prawdę nie są ani zniszczone, ani zachodzone i jeszcze nie jedno wyjście mogłyby służyć, a tak, no nie da się, bo wracam z każdego wyjścia z dziura na małym palcu, od szycia, które się wzięło i przetarło i odstaje, a tyle planów na jesień było…

Jak widać pretekst jest pierwszorzędny do zakupów, tyle, że nie bardzo jest co kupić. Wszystkie są praktycznie w ten sam deseń szyte, a te które mają inne szycia są albo dziecięce, albo nie ma rozmiaru mojego.

Co więcej, po tym, jak ostatnio drożdżówka pierwszy raz od wielu lat okazała się o poranku nazbyt słodka, to dziś jestem głodna jak wilk… bo nie było drożdżówki. Niestety, mój człowiek nie dał się oszukać kromeczką z dżemikiem do kawy, bo jednak to za mało chemii w tym było i zdecydowanie za mało cukru, więc się dopomina. Wsadziłam mu do obróbki jabłko, może się zamknie na chwilę, a jakby co, to mam jeszcze drugą sztukę tego jabłka.

Jutro już wrzesień. Czas zacząć myśleć o powrocie do szkoły, choć na dobrą sprawę nie udało mi się o niej zapomnieć przez całe wakacje, gdyż praktyki i robienie zielnika okazały się bardzo absorbujące i czasochłonne. Na dodatek trzeba je jeszcze zaliczyć… co ma mieć miejsce w dniu jutrzejszym, więc do cholery, jakie wakacje… bo podobno studenci maja ich 3 miesiące? Nie wiem, którzy, bo ja to na pewno nie. Nawet miesiąc nie wskoczy całkiem wolnego, bo dodatkowo jeszcze praktyki wyjazdowe w drugiej połowie, a później się już zajęcia rozpoczną i standardowy brak czasu. Nie mniej jednak, rok za mną, zleciało bardzo szybko.

– 25 –

Zima Panie Sierżancie. Śnieg, mróz, te sprawy. Nie marudzę, na zimę, ani na śnieg, ani na mróz. O tej porze roku należy się jak psu buda i pełna miska. Tyle, że zdaje się wczorajsze -20 jednak nie przysłużyło się akumulatorowi w taśtasiu. Chyba czas się porozglądać za nowym… a miałam chrapkę na taka jedną parę butów… Niestety w moim budżecie, w danym miesiącu, obowiązuje jedna zasada: albo rybki, albo akwarium – wszystko musi mieć swój czas i swoje miejsce.

Nie żebym na bosaka chodziła, ale jeszcze jedna para zupełnie nie byłaby przesadą. Zwłaszcza, że z wielka obawą przypatruję się kolejnej parze zimowego obuwia i coraz mocniej nabywam przekonania, że to już ostatnia ich zima, że więcej nie będzie możliwości w nich chodzenia. Nie jest łatwo je zastąpić, gdyż zdaje się, że jednak producenci obuwia są albo zafiksowani na modzie, albo produkują obuwie pseudo-ortopedyczne. Jednak o tym to już tyle razy pisałam, że zwyczajnie, kolejny raz, moja klawiatura tego już by nie zniosła.

Tak więc zajmę się czymś konstruktywnym, co leży i „łypie” na mnie wszystkimi papierowymi oczyma oraz w żaden sposób nie chce się samo ogarnąć.

P.S. Prognozy pogody są zachęcające – ma być nieco cieplej, choć poniżej zera i ma padać śnieg. Oby, oby, oby!

– 14 –

Kolejny tydzień. Poprzedni trochę się porozłaził, poprzekręcał plany i sprawił, że dziś jest jakaś taka mini kumulacja. Mini kumulacja wszystkiego. Braku dobrego nastroju, obowiązków pracowych i popracowych, zimna za oknem, kiepskiego samopoczucia zdrowotnego.

Ja wiem, że poniedziałek, że jak dziś zacznę marudzić, to będzie tak cały tydzień i szczerze, mam to gdzieś. Po prostu będę marudzić cały tydzień. Tym bardziej, że zdaje się znowu czas zacząć wycieczki po dermatologach, albo uszyje sobie szmaciany kask na łepetynę. Może nawet kilka szmacianych kasków w różnych kolorach, albo… albo kupię czapkę kominiarkę. Też powinna się sprawdzić.

Ogólnie to kaszanka. Wczoraj było źle, a dziś jest jeszcze gorzej. Brawo ja. Zastanawiam się co zeżarłam, a może to ten nowy krem, a może to coś, a może to nic. Po prostu, chcesz być zdrowy – lecz się sam. Na jedno wyjdzie, co chodzenie po lekarzach, skoro oni zgadują zamiast zrobić badania, to samemu też zgadywać można… i testować.

Do tego, te nieszczęsne buty co to zamówiłam, jednak odesłać muszę, więc jeszcze na pocztę czas muszę znaleźć. Przyszły, a i owszem, dobre są na długość, ale okropna z nich chińszczyzna i jakością, i zapachem. Jak patrzę na nie i pomyślę, że pierwsza ich cena to 179 PLNów to uwierzyć w taki nonsens mam problem. Pewnie bym je zostawiła (w końcu 49 PLNów to nie majątek) tyle, że lewy ma uszkodzony zamek. Może z raz udałoby się je ubrać, ale nie więcej. Szkoda, bo choć to straszna tandeta jest, to do spódnicy całkiem zgrabnie wyglądają. Tak więc poprawiacz humory się nie spisał, a co więcej, jeszcze dołożył obowiązków. Takie życie widać. Byle do końca miesiąca, a później się zobaczy, jeśli moje oczy nie wyjdą z orbit, albo, jeśli mózg do tego czasu mi się nie ugotuje od nadmiaru literek jakie staram się do niego powkładać.