– 64 –

Żyję w niejakim niedoczasie, ale to przecież nic nowego. Tylko, że jakoś się przekłada na brak czasu na skrobanie w tym elektronicznym kajeciku. Zaległości robią się nie tylko literkowe, ale też obrazkowe. Może kiedyś uda się te ostatnie nadrobić, a jak nie to pewnie i tak będą nowe obrazki.

Ogólnie to nie dzieje się nic nadzwyczajnego, po za tym, że utonęłam w podręcznikach wszelkich różnych i w prezentacjach, i po prostu nie widać mnie pod sterta wydruków, kserówek i innych takich. Jeszcze jakiś czas to będzie mi zajmowało. Pożyjemy zobaczymy, bo na tę chwile, to tylko zaglądam do kalendarzyka i patrzę kiedy i z czym następny bardzo ważny termin. Przy okazji staram się nie popaść w panikę i histerię, bo ja tak lubię i miewam czasem. Ogólnie więc jest, jak jest i inaczej nie będzie.

Tymczasem ludzie mnie niepomiernie zaskakują, chociaż już od dawna mnie nie dziwią. Niby sprzeczność, a jednak nie. Zaskakują mnie tym, że odkrywają to co dla mnie bywa od dawna oczywistością. Uśmiecham się wówczas sama do siebie i tak sobie myślę ile we mnie jest takich jeszcze „ameryk” do odkrycia, które dla innych będą takim uśmiechem z przymrużeniem oka. W sumie to dobrze. Gdyby nic nie było mnie już w stanie zaskoczyć, czas byłoby aby zacząć się martwić, bo oznaczałoby to, że albo moje postrzeganie jest do cna cyniczne, albo, że coś innego jest nie do końca takie jak być powinno. Tym nie niemniej, skoro są to zaskoczenia pozytywne, to życzę ich sobie jak najwięcej. Wam tez takich pozytywnych, choć czasem zakręconych, zaskoczeń życzę i cierpliwości też do mojego braku czasu.

– 63 –

Niedobory w czasoprzestrzeni nadal mi doskwierają i obawiam się, że przed połową czerwca trudno będzie ogarnąć czas i przestrzeń, tak aby poleniuchować lub przynajmniej zająć się czymś przyjemnym. Obecnie królują rzeczy pilne, pilniejsze i konieczne. Chociaż akurat dziś i jutro byczę się na urlopie… byczę się o tyle o ile. Dziś był dzień z laptośkiem na kolanach, jutro dzień w komunikacji publicznej i kolejna szybka wizyta w grodzie Kraka. Zaszalałam i postanowiłam, że pojadę o całe  minut późniejszym busem niż poprzednio… no zobaczymy jak to będzie.

Jak już wszystko załatwię, to sobie wstąpię gdzieś na dobre śniadanie. Choć pewnie będę tak głodna i tak wymaltretowana, że każde śniadanie będzie dobre o ile będę je w stanie przełknąć, gdyż coś mi gardło nie domaga po wczorajszym wietrzeniu z klimatyzatora. Ja prosta kobieta jestem i o ile przeciąg na mnie nie szczególnie negatywnie działa o tyle klima i moje struny głosowe są w stosunku do siebie w głębokiej opozycji. Przywykłam. Jutro chłodniej więc jakoś to będzie, czyli, że może bez klimatyzacji. Jakoś to będzie. Znaczy zimna Zośka się ogarnęła, zakrzyknęła na chłopaków ogrodników i sobie lekką imprezkę robią. Niech robią, byle bez ekscesów jak w ubiegłym roku, bo chętnie nastawiłabym sobie jakąś nalewkę owocową, a nie obeszła się smakiem i nadzieją na przyszły rok, bo ten przyszły rok właśnie nadszedł. No jak by nie było i jakby nie patrzeć właśnie nadszedł. No i tego będę się trzymać.

Mam kilka obrazków jeszcze, choć już bez smoków, choć ze smokami też pewnie by się jeszcze znalazły. Tyle, że nie mam kiedy ich z karty zrzucić i poprzeglądać. Może w okolicach weekendu, albo kiedyś tam. Teraz to idę się kłaść, bo tak, czy siak, budzik o 4 będzie dzwonił. Choć czwarta rano, to czwarta, a nie trzecia z minutami.

 

– 14 –

Kolejny tydzień. Poprzedni trochę się porozłaził, poprzekręcał plany i sprawił, że dziś jest jakaś taka mini kumulacja. Mini kumulacja wszystkiego. Braku dobrego nastroju, obowiązków pracowych i popracowych, zimna za oknem, kiepskiego samopoczucia zdrowotnego.

Ja wiem, że poniedziałek, że jak dziś zacznę marudzić, to będzie tak cały tydzień i szczerze, mam to gdzieś. Po prostu będę marudzić cały tydzień. Tym bardziej, że zdaje się znowu czas zacząć wycieczki po dermatologach, albo uszyje sobie szmaciany kask na łepetynę. Może nawet kilka szmacianych kasków w różnych kolorach, albo… albo kupię czapkę kominiarkę. Też powinna się sprawdzić.

Ogólnie to kaszanka. Wczoraj było źle, a dziś jest jeszcze gorzej. Brawo ja. Zastanawiam się co zeżarłam, a może to ten nowy krem, a może to coś, a może to nic. Po prostu, chcesz być zdrowy – lecz się sam. Na jedno wyjdzie, co chodzenie po lekarzach, skoro oni zgadują zamiast zrobić badania, to samemu też zgadywać można… i testować.

Do tego, te nieszczęsne buty co to zamówiłam, jednak odesłać muszę, więc jeszcze na pocztę czas muszę znaleźć. Przyszły, a i owszem, dobre są na długość, ale okropna z nich chińszczyzna i jakością, i zapachem. Jak patrzę na nie i pomyślę, że pierwsza ich cena to 179 PLNów to uwierzyć w taki nonsens mam problem. Pewnie bym je zostawiła (w końcu 49 PLNów to nie majątek) tyle, że lewy ma uszkodzony zamek. Może z raz udałoby się je ubrać, ale nie więcej. Szkoda, bo choć to straszna tandeta jest, to do spódnicy całkiem zgrabnie wyglądają. Tak więc poprawiacz humory się nie spisał, a co więcej, jeszcze dołożył obowiązków. Takie życie widać. Byle do końca miesiąca, a później się zobaczy, jeśli moje oczy nie wyjdą z orbit, albo, jeśli mózg do tego czasu mi się nie ugotuje od nadmiaru literek jakie staram się do niego powkładać.