– 3 –

Święta idą. Nie czuję w tym roku klimatu. Nic, a  nic. Zupełnie jakbym przez skórę czuła dzisiejszy atak padaczkowy P2. Pewnie widział się z Panem Hrabią, a do tego pokazuje, że wszystko może i nikt mu nic nie zrobi. Ano nikt i nic, sam sobie za to wiele, a przy okazji i Matce Rodzicielce. Stary chłop, a gorzej z nim niż z dzieckiem.

Wyjątkowo mam popakowane wszystkie prezenty. Nie jest tego wiele, ale zazwyczaj pakowałam w Wigilię, a tu – już gotowe. Na jutro zostają podłogi do wyszorowania i pijana śliwka – podejście drugie. To cholernie upierdliwe ciasto czekoladowe jest, ale jeśli się uda, to niebo w gębie i bomba atomowo-wodorowa jeśli idzie o kalorie. Niestety mnie zawsze wychodzi dopiero za drugim razem. Z pierwszego, to co da się wyratować, kończy jako trójkąty czekoladowe w kokosie. Też dobre.

Jakaś sałatka, barszczyk, gołąbki i kapusta z grochem… kilka godzin szaleństwa i po bólu. Nie lubię świąt. Gonitwa przez potrawy i humory przy stole. Żadnej rodzinnej atmosfery, każdy myśli o tym żeby się szybko najeść, albo żeby szybko zwiać za drzwi swojej gawry. Spokojnie, nie brakuje nam jedzenia, ale pełny brzuch oznacza, że koniec siedzenia przy wspólnym stole już blisko i można będzie patrzeć w telewizor lub w monitor komputera. Po prostu, będzie można być w innym miejscu. Nie mamy o czym rozmawiać, a powodów do śmiechu też wiele nie ma. Najbezpieczniejsza jest szarość codzienności, święta są niebezpieczne, wybijają człowieka z rutyny, która jest niewymagająca i bezpieczna. Smutne, ale nic tego nie zmieni, bo nikomu nie zależy tak na prawdę na zmianie.