– 85 –

Obawiam się, że jeszcze jakiś czas tematem przewodnim będą samochody. Gdyż normalnie to wszystko zmienia się w tym temacie jak w kalejdoskopie. Zaczynając oglądać samochody zakładałam, że będzie to niewielki aut, choć zdecydowanie jednak większy od Tastasia, ale bez szaleństw. Nie minęło wiele czasu jak z hatchbacka zrobił się sedan… a teraz… okaże się, że może mi stanąć pod domem ponad 4 metrowa 17-letnia angielska (z rodowodu fabrycznego, nie z kierownicy) limuzyna.

No i tu zaczynają się problemy. W tym słowie. Limuzyna. Boże, czy ja już taka stara jestem, że limuzyną mam jeździć? Popieprzyło mnie do końca. Mnie lubiącą w samochodach niefrasobliwość, pazurki i brak zobowiązań połączone z obiecującym przyspieszeniem i krótkim przełożeniem w skrzyni biegów. Mam to wszystko zostawić za sobą, i jak przystało na panią w średnim wieku, mam odkryć zalety stateczności i powagi? Prowadzi się to dobrze, nawet bardzo dobrze, jest zadbane, dobrze utrzymane, nic nie zgrzyta, nic nie szumi, nic nie tłucze – auto płynie… a ja w nim… płynę majestatycznie… ja i majestat? Cholera, stara jestem, prawie płakać mi się chce. Nie wiem tylko, czy nad samochodem, czy nad sobą.

Staram się zapanować nad sobą, bo znam swoją skłonność do histerii, tyle, że choć wygodnie i dobrze mi się w nim jechało, to on po prostu nie pasuje do mnie. Oj, ja wiem, że żaden mężczyzna tego pewnie nie zrozumie, ale po prostu – on do mnie nie pasuje. Albo jeszcze gorzej, do części mnie, tej snobki, która czasem gdzieś wyłazi, to pasuje jak ulał, i to ona go wczoraj oglądała zdaje się, ale do mnie, babki, która biega na bosaka po trawie, kładzie się prawie w kałuży, żeby zrobić zdjęcie… i co ? I wsiada uniurana do samochodu z beżową tapicerką? Letnie sandałki, na szpileczce, delikatne, i zwiewna sukienka, odwieszone zostały ze 3 lata temu do szafy. Zdecydowanie pasowały by do tego samochodu bardziej niż ubłocone trepy. Pochodzą z innego życia, a mnie dobrze w tym życiu, które mam teraz. Tamto życie zostało o jedno zapalenie spojówek od płaczu,  10 kg i kilka worów obsmarkanych chusteczek temu.

W sumie to tak na prawdę najwredniejsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mam z kim porozmawiać o tym pieprzonym samochodzie, bo dziewczyny się nie znają, a z handlarzem to nie rozmowa, powie wszystko żeby go sprzedać. Zawsze mogę go wziąć i próbować sprzedać dalej – spokojnie, mogę krzyczeć za niego o 1/3 jego ceny więcej i jeździć między czasie. Kokosów bym na nim nie zarobiła, ale zawsze zwróciłby się koszt przerejestrowania oraz filtrów od gazu, które są do wymiany.