– 164 –

Jak się człowiekowi czegoś robić nie chce, to się mu nie chce, a jak się nie chce, to odpycha to tak daleko, jak tylko jest to możliwe. No więc ja tak odpychałam. Więc dzisiaj siedzę i odrabiam zaległości. Skoro i tak mam ograniczony zakres możliwości korzystania z pięknej pogody, która nęci za oknem, to przynajmniej nadrobię co mogę. Nie żeby mi się chciało, a tym bardziej, że mam nastawienie rzucenia tego wszystkiego w czorty, ale w sumie, nie we wszystkim jestem sama, a jednak mój wewnętrzny sierżant dźga mnie po plecach tym i owym.

Do prawdy, jak to zamknięcie dłużej potrwa, to skończy się to tym, że po raz pierwszy nie skończę rozpoczętej nauki. Zwyczajnie, wypaliły mi się wszelkie chęci. Kiedy człowiek jednak chodził na prawdziwe zajęcia, to jakoś chodził i się to kręciło, ale teraz? Teraz kiedy zamiast chodzić na zajęcia siedzi przed monitorem i pisze kolejne prace, w odniesieniu do których sensu nie widzi najmniejszego, bo albo są o rzeczach, które w moim wieku, można już sobie odpuścić z pełną świadomością podejmowanego zaniechania, albo są czystą abstrakcją, gdyż są na tyle to poważne (i interesujące oraz potrzebne) tematy, że jednak zdecydowanie, same materiały stanowią pewnego, swoistego rodzaju, niejako niedomówienie i brak interakcji z prowadzącym zajęcia mocno doskwiera.

Od patrzenia w monitor zaczyna mi coraz bardziej szwankować prawe oko i czuję jak słabnie, a lewe… po prostu sobie „skacze” z przemęczenia i niedoborów magnezu, o którym staram się pamiętać. Staram się pamiętać tym bardziej, że nie wiem, czy będzie mi dane w tym roku jednak spotkać się latem z Dohtorkiem… z drugiej strony, skoro jest nakaz pozostawania w domu, nie będzie miał mi prawa marudzić, że znowu jest mnie jakoś więcej niż w poprzednim roku… bo prawdopodobnie jego też może okazać się, że będzie więcej.

No tak, ta no tak jest niczym więcej, jak obrazem tego, jak bardzo mi się nie chce pisać tego co muszę, albo co przynajmniej powinnam, czy wypadałoby. Hm. Chyba pójdę wynieść śmieci. Zawsze to jakaś rozrywka i urozmaicenie. Tylko, czy do śmietnika też powinnam ubierać tę maseczkę, w której oddychanie nie jest ani łatwe, ani proste? Pewnie powinnam. Sama już nie wiem, czy wychodzić więc, czy nie… pisać, czy nie pisać? Może poszukam sobie jakiegoś filmu i pooglądam. Tylko wpierw poskładam ten cały porozkładany po całym pokoju bajzel kserówek, wydruków itp.

– 163 –

No tak, cisza w obecnych warunkach bywa nieco deprymująca, bo nie wiadomo do końca o co chodzi i z czego się ona bierze. No więc u mnie, na tę chwilę, wszystko wydaje się być w porządku. Nadal pracuję. Trochę w zakładzie, trochę zdalnie. Trochę jest jak jest.

Święta były i się zbyły. Są już za nami. Takie trochę święta bez świąt były, ale do wszystkiego idzie się zaadaptować. Po kilku ciepłych dniach, przyszło ochłodzenie, choć dopiero dzisiaj, bo wczoraj, jak już dawno nie, nawet śmigus dyngus był jako tako ciepły, a przynajmniej nie rzucało żabami, chociaż po południu zaliczona została pierwsza wiosenna burza.

Tak właściwie to nie mam o czym pisać, a może mam, tylko na tę chwilę jakoś brakło mi sensu w pisaniu czegokolwiek. To co się dzieje coraz bardziej mnie przeraża, i nie mam na myśli wirusa, tylko to całe społeczno – polityczne gówno. W jakim ja kraju żyję? Gdzie ja mieszkam? Skoro dla mnie, od środka to wygląda tak, a nie inaczej, to nawet nie chcę wiedzieć, jak może to wszystko wyglądać z perspektywy.

Drobnymi krokami, powoli, kamień na kamieniu nie zostanie z tego kraju i z tych ludzi, którzy coraz bardziej sobie wilkiem. Nie rozumiem tego. Przeraża mnie to.

…a prywatnie. Dziwne sny. Przeszłość miesza się w nich z teraźniejszością i z czystą abstrakcją. Budzę się z nich bardziej zmęczona niż przed położeniem się spać. Rzeczy i sprawy, o których dawno nie myślałam, wracają. Te wszystkie myśli zostawione na „później” teraz pukają do mnie, jakby, czasami mam wrażenie, że jakby później już miało nie być.

Właściwie to chyba jestem z wieloma sprawami pogodzona. Czasem to pogodzenie ma smak rezygnacji i odpuszczenia, ale, przecież uparte i nic nie dające trzymanie się czegoś nic nie wnosi. Dosięga mnie refleksja, ale też spokój. Czy coś bym zmieniła? Nie, nie zmieniłabym niczego, bo nie wiem jaka jest alternatywa dla tego gdzie jestem, a tu gdzie jestem, jest mi spokojnie. Czy czegoś żałuję? Tak, tych wszystkich rozmów odłożonych na później, które nigdy nie zostały porozmawiane. Tych wszystkich chwil straconych na obrażanie się i odsuwanie od innych, albo innych ode mnie. Pewnie jeszcze kilku rzeczy, ale czy to ma jeszcze jakieś znaczenie? Właściwie to, czy cokolwiek ma większe znaczenie? Nie wiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam patrząc w pustą i zimną biel sufitu.

Gdyby się tak podziało, że by się podziało, w obliczu tego całego wirusa, to… chyba jestem gotowa żeby odejść. Tak po prostu, przestać być.

– 162 –

Całkiem przyjemną zimę mieliśmy wczorajszego wieczoru z okazji tej wiosny co to nam miłościwie nastała. Dokładnie taką jak lubię i jakiej mi bardzo brakuje przez minione lata. Gęste płatki śniegu, biały puch otula wszystko, lekki mrozik w sam raz aby się pod stopami breja nie produkowała. Mogę na takie wirujące, wieczorne płatki śniegu patrzeć przez długie szare i ciemne godziny. Kiedy tak na nie patrzę czuję spokój, a spokój obecnie jest towarem deficytowym.

Co do tej wiosny, która jednak za kilka dni najprawdopodobniej się rozgości, to w końcu zaczęłam przeglądać rowery. Tak, ja wiem jaki mam stosunek do tego środka lokomocji. Nic się nie zmieniło w tej materii. Nie mniej jednak siłownię raczej sobie warto obecnie odpuścić, biegać nie będę (nie bo nie i już), chodzenie dla chodzenia trudnym jest wyzwaniem, ale rower? Rower jest praktyczny. Popołudniami czasem potrzebuje dostać się gdzieś poza mury osiedla i pozbierać to czy owo do zapasów ziołowych, ale obecnie muszę się ruszać piechotą, gdzie nie zawsze w dalsze miejsca zdążę, albo samochodem, co ogranicza miejsca na takie, gdzie są parkingi, place postojowe, czy choćby szerokie pobocza. Hm, nie zawsze aż tak daleko, aby rezygnować z miejsca postojowego pod blokiem, chce mi się przemieszczać, lub zwyczajnie nie zawsze taka potrzeba jest. Więc po prostu rower jest całkiem sensownym rozwiązaniem. Problemem za to jest dobranie jaki on ma być – wielkość kół, wielkość ramy, amortyzatory itp. Nie mam zbyt dużej wiedzy w tym zakresie.

Co do innych spraw, to tak sobie myślę, że tak na prawdę to mamy tak niewielki wpływ na cokolwiek, że prawie żadnego. Co więcej, często nawet na siebie nie mamy większego wpływu, kiedy rozum mówi jedno, a emocje mówią drugie. Jednym jakoś łatwiej drogę w tym wszystkim odnaleźć, innym trudniej. Czasem chciałoby się komuś pomóc, ale są sprawy, które można poukładać z samym sobą tylko w pojedynkę. Po prostu inaczej się nie da. Chciałabym wierzyć, że w takich chwilach wystarczy, aby po prostu być. Być gdzieś blisko. Tak na wszelki wypadek. Tak po prostu – bez napinki i bez spiny. Po prostu być.

– 161 –

Jaka jest teraźniejszość każdy wie. Nie ma więc najmniejszego sensu rozpisywać się w temacie przewodnim wszystkich rozmów i wszelkich serwisów. Wystarczy, że w całym tym szumie trudno jest dobić się do rzetelnych informacji. Zostawmy więc temat epidemii, bo pandemia suma summarum, ma jednak nieco inne znaczenie słownikowe niż kontekst w jakim obecnie jest użytkowana. Zostawmy to. Doś tego wszędzie jest.

Dziś przypadkiem „dopadła” mnie przeszłość. Wyszłam sobie na chwilę z domu, do pracy, bo dziś zdalnie pracowałam, ale potrzeba czasem jest wyższa, więc potrzebowo poszłam wymienić segregatory z mieć co robić. Nawet nie poszłam, tylko pojechałam i… proszę ja ciebie, jadę sobie powoluśku do domeczku, powoluśku bo akurat wyjechałam z jednego zakrętu, a zaraz mam skręcać, a tu z naprzeciwka, na rowerze zapierdziela moja przeszłość. Prawy pedał, lewy pedał, wdech wydech, w białej „skarpecie” na głowie, zapieprza na rowerze moja przeszłość. Jakby nie patrzeć, to nie widziałam tej mojej przeszłości kilka lat. Zbudowałam sobie swój nowy świat, może nie jest w gatunku „WOW”, ale jest mój. Trochę ciasny, ale własny. Przez większość czasu całkiem był spokojny, ale R. postanawia sukcesywnie sprawdzać moją cierpliwość.

No właśnie, wiem, że od „właśnie” się zdania nie zaczyna. Pamiętam. Czasem jednak lubię, a akurat teraz jest to najbardziej odpowiedni z możliwych początków zdania. No właśnie, niby nic, a jednak. Niby spotkanie, a bez spotkania, bo trudno mówić o spotkaniu, kiedy raptem było to zobaczenie. Żywego, zdrowego, zadbanego. Przynajmniej tak to wygląda. No i z drugiej strony samochodowej szyby ja. Zdecydowanie bardziej milcząca niż kiedyś, zdecydowanie bardziej wycofana i 20 kilo cięższa… O innych drobiazgach nie wspomnę, bo zwyczajnie jest mi głupio… głupio przed samą sobą. Po dwakroć głupio, że nadal budzi się to pieprzone „dlaczego?” choć minęło tyle czasu. Głupio, bo tak popłynęłam, że potrzeba było kilku lat abym zaczęła się zbierać w sobie. Głupio, bo wszystko nadal trzymam za szybą i tylko czasem, przypadkiem, zza tej szyby, mój temperament się wyrywa.

Chciałabym, żeby mnie teraz ktoś przytulił, ale oczywiście, nie zadzwonię, bo jest mi głupio prosić o to aby zwyczajnie się na chwilę przytulić do kogoś, aby przepędzić te wszystkie natrętne myśli, które wracają z przeszłości. Przytulić się, żeby znaleźć się znowu w tym co tu i teraz. Nawet jeśli to „tu i teraz” wypada cholernie blado przy tym co było „kiedyś i tam”. A może nie zadzwonię, bo nie umiem prosić, a może bo boję się odmowy, a może tych „może” jest tak dużo i są tak różne, że bezpieczniej jest im się nie przyglądać.

Czas postawić w tej notce kropkę i iść dalej w codzienność, nie ma co rozpamiętywać, bo zdecydowanie nie wszystko co przychodzi mi do głowy jest takie jak być powinno wedle moich prywatnych standardów, a to nie czas i nie miejsce na weryfikację czegokolwiek. Przeszłość się nie wróci, nie wiem tylko dlaczego życie mi co chwilę otwiera drzwi do niej, tym szerzej im bardziej jestem przekonana, że już je ostatecznie zamknęłam.

Powinnam zadzwonić. Powinieneś przyjść i odegnać moje stare demony. Nie zadzwonię. Nie umiem. Przepraszam.

– 160 –

Czas płynie nieubłaganie i dobiegł do miejsca, w którym czas zacząć myśleć o pisaniu pracy dyplomowej. Promotor (promotorka) wybrany, temat również. Materiały zbierane. Oczywiście, jak zawsze, porwałam się z motyką na słońce. W diabły nie znoszę analizy porównawczej, o niebo wolałabym analizę rozpoznawczą, ale… nie będę marudzić – laboratorium, to laboratorium. Może dorzucę dla porównania jedną analizę roślinki, a nie tylko same gotowe preparaty… tak dla porównania, o ile mniej natura nam daje tego czym zajmować się będę, i dlaczego wyciągi (np. z roślin) skoncentrowane są lepszą opcją niż świeżynki. Oczywiście nie zawsze i nie we wszystkim, acz czasami – jednak tak.

Dziś pierwszy dzień, kiedy to nienagwiżdża mnie kręgosłup. Nie żeby było idealnie, ale jest lepiej. Zdaje się, że mój człowiek, chociaż typowo wiosennie (i nie tylko) apatyczny, jakoś się ogarnia ze stresów. Z jednych przynajmniej, bo w drugie to się właśnie ładuje i to z butami. Nadmienię tylko, że zaiste do mojej pracy dyplomowej materiałów jest całkiem sporo… acz… tatatadam (werble proszę!!!!) „in inglisz”. Chemia bywa dla mnie aż nader często czystą abstrakcją w języku polskim, a w angielskim – to dopiero jest sajgon.

Czas rozejrzeć się za siłownią, choć gnicie na tapczanie z laptopem na kolanach jest bardzo pociągające i nic niewymagające, to jednak, poziom stresu zamiast zajadać, jak robię to przez ostanie kilka dni, lepiej byłoby przećwiczyć. Lepiej zwłaszcza dla mojego kręgosłupa. Ponieważ, przynajmniej w teorii, nie ma tego złego, to może moje ciśnienie się nieco podniesie. Choć raczej mało jest to prawdopodobne. Szybciej mogę liczyć na mdłości przeplatane z napadami obżarstwa. 😦 No i sama sobie to robię. No i jeszcze z tego wszystkiego zgubiłam kartkę z zapisanym terminem wizyty u dentysty… pamiętam, że w czwartek, ale o której godzinie – hm – pozostaje mi liczyć na to, że jutro się dodzwonię, i dopytam.

Tym czasem wracam do patrzenia na zgromadzone materiały. Patrzenia i nic więcej, gdyż zdaje się, na razie już samo patrzenie na to wszystko jest nie lada wyzwaniem. Tym nie mniej, ma to również swoje dobre strony… nie myślę o innych rzeczach tyle ile myślałabym, gdybym nie szukała sobie zajęć pobocznych.

Tak swoją drogą, zastanawiam się, gdzie dziś byłabym, gdyby nie moje życiowe zawirowania, które kończyły się ucieczką w naukę nowych rzeczy lub uzupełnianiem wiedzy już posiadanej… czy byłabym dziś magistrem, który dorabia sobie inżyniera?

Tak sobie myślę, że skoro wszystko robię od końca, to jest jeszcze kilka rzeczy, którymi życie może mnie zaskoczyć, a na pewno, może się mi jakaś klamra spinającą przeszłość z teraźniejszością trafić, czy inny spojler albo paralela, czy co tam mi jeszcze może życie zgotować. Może lepiej o tym nie myśleć. W końcu – co ma być to będzie.

P.S. Meszuge – widzisz – mówisz i masz 😉

– 159 –

Kolejna niedziela za mną. Pusta zupełnie. Z patrzeniem w sufit i ścianę, z próbą czytania książki. Powinnam była „przysiąść” do kilku rzeczy i wziąć się za nadrabianie zaległości. Tylko dopadł mnie jeden taki miś… miś co się nazywa „Nie-chce-mi-się”. Chyba akurat ten miś jest najbardziej deprymujący z całej ich kolekcji. Nawet nie otworzyłam wczoraj laptopa. Znowu mam ochotę po prostu nie być.

To, że coś jest wynikiem podjęcia racjonalnej, świadomej decyzji, opartej na wiedzy i doświadczeniu, nie znaczy, że brak jest chwil, kiedy emocje i uczucia zaczynają się dobijać i wytykać ci, że pominąłeś je przy podejmowaniu decyzji. Wypuszczone samopas, choć na chwile, potrafią narobić dzikiego bałaganu. Zanim je połapiesz i upchniesz w schowku na mopy, czy innym ciemnym miejscu, i tak zostawia po sobie bajzel do posprzątania. Mopa ze schowka nie wyciągniesz, bo znowu ci nawieją… siedzisz więc i mozolnie starasz się posprzątać każdą myśl osobno. Bierzesz przyglądasz się i zastanawiasz, czy decyzja była właściwa. Oglądasz każdy argument z osobna, każdą przesłankę, każdy plus i minus sprawdzasz jeszcze raz. Nie było błędu w rachunkach.

Chaos, niepewność, wahania. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Dopiero dziś widzę jak bardzo to potrafi zmęczyć. Jak bardzo potrafi to zmęczyć mnie. W sumie, to chyba przekora życia jest, że najmniej dostajesz tego, czego pragniesz. Mnie się marzy zwyczajna stabilizacja. Wieczorny kubek kakao, może jakiś film, może jakaś książka, na pewno rozmowa, rozmowa w której ja słucham Ciebie i kiedy Ty słuchasz mnie, albo przynajmniej siedzimy sobie ramię przy ramieniu, bo cisza czasem też jest potrzebna. Ciepły uśmiech w spojrzeniu drugiej osoby i akceptacja, żadne tam piedestały i uwielbienia. Z piedestału się spada lub jest się strącanym – a to boli, zawsze. Chciałabym robić określone rzeczy: dziś to, jutro tamto, za tydzień coś zaplanowanego lub przynajmniej przewidywalnego. Szara, nudna poczciwa stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa kiedy wiesz co przyniesie jutro… jakoś mi z tym wszystkim nie po drodze we dwoje, więc może czas się przestać oszukiwać? Może czas przestać pędzić za mrzonkami? Z każdym dniem nie staję się młodsza. Znam wiele wariantów samotności. Miałam wiele lat żeby po kolei je oswajać.

Wracając jednak do sedna moich rozrachunków z samą sobą. Bez względu na to co czuję, decyzja jaką podjęłam była jedyną słuszną. Kiedy zaczęłam dostrzegać odbicie zachowań mojego ojca w tym, jak się zachowujesz, w tym jak i co mówisz, w tym jak postępujesz, jak mnie nie słuchasz, jak widzisz tylko swoją własną wizję, nie reagując na to jak bardzo różna jest ona od rzeczywistości – podjęcie innej decyzji, czy raczej pozostanie w tym układzie, byłoby samobójstwem emocjonalnym na raty. Powiedziałeś, że zraniłam Ciebie wypowiadanymi słowami i zachowaniem, ale czy choć przez chwilę zastanowiłeś się ile razy zraniłeś moje uczucia i ile razy brakło ci szacunku dla mnie przez te miesiące naszej znajomości? Próba wywołania poczucia winy we mnie… to było małe, niskie i tylko potwierdziło przekonanie o słuszności podjętej decyzji. Kiedy nie dostajesz tego czego chcesz, starasz się to wymusić, a jeśli tego nadal nie otrzymasz – obrażasz się… więc wyrzuciłeś całą naszą znajomość do kosza tylko dlatego, że utrzymałam swoją decyzję bez zmiany.

Wiesz – kiedy zaczęłam sobie zdawać sprawę, że niepostrzeżenie zaczynam wchodzić w spiralę współuzależnienia, wiedziałam, że z tej matni są tylko jedne drzwi. Ciężkie od emocji, uczuć i tych wszystkich dylematów, czy jednak może zostać, a może nie zostać. Ciężkie od niedorzecznej nadziei. Znam to wszystko zbyt dobrze w praktyce i całkiem solidnie w teorii. Gdyby brakowało mi tych doświadczeń, tej wiedzy, pewnie nadal mogłabym oszukiwać się, że będzie dobrze. Wierzę, że będzie, choć każdemu z osobna. Każdemu na swojej drodze.

– 158 –

Czasem, a może i często, sama nie wiem, więc może będę trzymać się tego czasem, wychodzi w życiu inaczej niż chcieliśmy, niż mieliśmy nadzieję, niż nam się wydawało, że wyjdzie. Czasem za tę zmianę, niespodziewaną, odpowiada jedna mała „kropla goryczy”. Czasem jest ona większa, a czasem mniejsza, ale bez względu na wielkość, zawsze jest tą znaczącą, ta definiującą. Punktem zwrotnym.

Jakoś tak mam ostatnio fart do tłumów w relacjach damsko – męskich. Poprzednio była żona (była żona – czyli żona w czasie przeszłym, zwana exżoną), obecnie alkohol. Jeden diabeł. A może i nie jeden. Mniejsza z większym. Wystarczy, tyle, że miniona niedziela wyciągnęła trupa z szafy, którego wydawało mi się pochowałam i rozliczyłam dawno temu. Choć może to już nie trup, a tylko jakiś jego hologram. Taka przypominajka życiowa. Takie „memento” i inne „pamiętasz?”. Niedziela miała to do siebie, że godzina po godzinie wrzucała mi wielki, młyński kamień na piersi. Wsadzała „dusiołka”, który skutecznie pilnował żeby oddech był płytki, a serce ściśnięte razem z gardłem i  zimną kulą żołądka. Ściśnięte wszystko, aż do poziomu mdłości. Tego chcesz? Tego chciałaś? Nie przed tym obiecywałaś sobie ucieczkę? Kiedy ostatni raz widziałaś go trzeźwego? Na kacu się nie liczy…

„Nie wygrasz ze mną.”, „Zawsze będzie po mojemu.”, „Jeśli będę miał wybierać Ty, czy alkohol – wybiorę alkohol.” … już nie musisz nic wybierać, z nikim grać (choć ja z Tobą w nic nie grałam – co było trudne do zrozumienia zdaje się), nic udowadniać. Już teraz zawsze będzie po Twojemu. Bez oczekiwań i nadziei z mojej strony, bez niewypowiedzianych próśb. Bez niewypowiedzianych pretensji, bez wypominania i tych wszystkich „…może już wystarczy?” przed kolejnym kieliszkiem, jaki przed sobą postawisz.

Może właśnie wczorajszego wieczoru zrobiłam jeden z większych błędów swojego życia, a może właśnie przed nim uciekłam – tego nie wiem. Nie wiem tego ja, nie wie tego nikt – nawet Ty.

Tak, Ty jesteś inny, nie jesteś moim ojcem alkoholikiem, ale… jesteś ojcem alkoholikiem swojej córki, a z mojego punktu widzenia Ty możesz być innym człowiekiem niż mój ojciec, zupełnie innym człowiekiem, jednak alkohol pozostaje alkoholem… Alkohol jest stałą, która prowadzi wszystkich w jednym kierunku – różnica polega na szybkości…

Wytrzeźwiej. Dla siebie. Na stałe.

– 157 –

Doprawdy to już marzec? Kiedy ten czas tak mija szybko to nie wiem. Jeszcze dobrze nie odwrócę się w jedną stronę, a z drugiej już taka data mnie atakuje, że nie wiem co mam ze sobą zrobić, a przecież w tym roku luty miał dodatkowy, gratisowy dzień. Coraz mniej pojmuję tę rzeczywistość. Szybkość z jaką się wszystko przemieszcza mnie obezwładnia.

Nie mniej, cały luty miałam labę. Labę od uczelni. Jestem teraz tak rozbita, że wizja jutrzejszego siedzenia w murach i konieczność pozorowania uwagi, bo nie oszukujmy się, ale po takiej przerwie żywa i prawdziwa uwaga w moim przypadku jest czystą fantazją, po prostu mnie przerażą i wywołuje ze mnie, z dna mojej duszy, największe pokłady „nie chce mi się”, jakie można sobie wyobrazić… lub, których nie da się najnormalniej w świecie wyobrazić. Zwłaszcza, że niechęć moją potęguje kiepskie samopoczucie.

Tak jakoś wyszło, że w ubiegły poniedziałek, najprawdopodobniej wówczas, tak myślę, moje pierwojednorodne dziecię kichnęło, kaszlnęło i prychnęło mi kilkukrotnie prosto w nos, z tej tęsknoty, że matki tydzień nie widziało, a że przeziębione było, to miało zakaz kontaktowania się z resztą rodzimy, a więc było skazane na banicję na pięterko, a jak wiadomo, Maleństwo jest bardzo towarzyskie i kilka dni bez kontaktu z ludźmi to tortura jest dla niego okrutna. Tak więc widząc matkę musiało zdać relację z minionych dni, a do tego relację ubarwiło, właściwymi dla przeziębienia efektami specjalnymi. We wtorek zaś u fryzjera jedna Pani z personelu oraz 2/3 klientek też było zasmarkanych… więc kumulacja zarazków sprawiła, że i mnie rozłożyło. Dziś już wróciłam prawie do żywych, ale osłabienie… cóż… widzę tylko łóżko i kołdrę, ale jak mus to mus – bo sobie „zadanie domowe” z pracy przytargałam. Więc siedzę i pisze, zamiast zadanie odrabiać, a do tego gotuję obiad… nie wiem po co, bo pewnie i tak go nie zjem… gdyż od dwu dni jakoś nie bardzo mam ochotę na jedzenie i moja wątroba też ma ochotę na wakacje, co mi mdłościami sygnalizuje. Zdaje się, minione dni samoleczenia wychodzić zaczynają, gdyż o innych ewentualnościach nie chcę nawet myśleć (podobnież na osiedlu widuje się dosyć często niejakiego Rota – Wirusa, z którym nie mam ochoty bliżej się obecnie zapoznawać).

Tak więc popołudnie wtorkowe mija, jak mija – kuchennie i pracowo, a sama notka jest po to, że już chwilę nie pisałam, oraz po to, że układam sobie różne myśli od kilku dni, ale jeszcze nie mam w nich tyle słów, aby je napisać, a to co się układa, chyba nie nadaje się do napisania, a nawet jeżeli, to i tak najpierw wypada zamknąć je w słowo mówione. Zdecydowanie prościej byłoby to napisać, ale nie w tym rzecz i nie o to w życiu chodzi, aby robić innym to czego samemu się nie chce doświadczać. No i do tego wszystkiego jeszcze to kiepskie samopoczucie i brak sił. Jak zawsze, albo nic, albo kumulacja. Hm. Potrzebuje przestrzeni i oddechu, ale nie wiem kiedy uda mi się w tę przestrzeń wyrwać. Jeśli się nie wyrwę choć na kilka godzin, obawiam się, że znowu nabawię się awersji i niechęci do ludzi. Co więcej, znowu będzie ona za nic, a jedynym jej źródłem będzie moja własna kolejna walka z wiatrakami przeszłości i teraźniejszości. Uciec jest tak łatwo, zostać o wiele trudniej… trudniej, aż do bezdechu i „kamienia” na piersi.

– 156 –

No i spadłam. Sama do końca jeszcze nie wiem, z której strony drzwi wylądowałam. Na razie leżę pod zatrzaśniętymi drzwiami, próbuję złapać oddech, co jest na tę chwilę dosyć ciężkie. Drzwi mocno mnie ścisnęły. Wypchnęły całe powietrze z płuc. Pozostawiły prawie bez sił z załzawionymi oczyma. Wyrywając się z ich uścisku, poobdzierałam się trochę. Trochę się potłukłam, ale chyba spadłam po tej jaśniejszej stronie. Jeszcze nie wiem, jeszcze boję się w to uwierzyć, że się udało, że pustka i ciemność tym razem mnie nie wciągnęły, nie wessały, że zostałam poza ich odrętwiającymi objęciami. Na zmianę to histerycznie się śmieję, to płaczę, ale nadal boję się uwierzyć, że jestem po „dobrej” stronie mocy.

Tylko co dalej?

Co kiedy już złapię oddech, kiedy już uda mi się usiąść pod tymi drzwiami? Co dalej, kiedy przestanę leżeć, kiedy zacznę wstawać? Co dalej z tą stroną, którą znam słabo?

Za rogiem, na swoją kolej czeka Świadomość ostatnich dni. Podchodzi do mnie i patrzy, jak tak sobie leżę zdezorientowana. Jej wzrok pyta, czy wiem co się stało. Tak wiem, tylko nie chcę o tym myśleć. Jeszcze nie dziś, może nie jutro nawet. Za kilka dni. To już i tak niczego nie zmieni przecież. Niczego. Przez ostatnie tygodnie, niby dobre, było pustymi nocami tyle łez, że teraz, już całkiem spokojnie, mogę tej mojej Świadomości powiedzieć, że tak, że wiem, że mam tego świadomość – i że zapłakałam nad tym już wcześniej. Obie wiedziałyśmy, ja i moja Świadomość, że inaczej nie będzie, że bez względu na to jak długo będziemy się łudzić, mieć nadzieję, przymykać oczy – inaczej nie będzie.  Tą jedną kwestią, jakiej nie znałyśmy, było „kiedy” i nad tym płakałyśmy.

Zajmie trochę czasu zanim przestanę tęsknić i myśleć tyle ile myślę. Może więcej, może mniej, ale tym razem jest zdecydowanie łatwiej. Jest łatwiej bo to usłyszałam, bo to „zobaczyłam”, nawet jeśli przez jedną noc wydawało mi się, że może być jeszcze inaczej… a może, paradoksalnie, przez tę jedną noc jet teraz właśnie łatwiej. Może właśnie dlatego jest łatwiej? Może to było najlepsze możliwe pożegnanie, nawet jeśli przez chwilę wydawało się, że słowa straciły swoją siłę i wyraz…

Każdemu przychodzi czas aby ruszyć w swoją własną drogę. Skoro tak ma być, skoro tak jest, niech tak się stanie, dla dobra wszystkich. Amen.

– 155 –

Powoli zatrzaskuję te drzwi pomiędzy krainami z poprzedniej notki. Czuję, jak mnie zgniatają. Duszą. Wyrywam się z ich uścisku. Jeszcze nie wiem, w którą stronę uda mi się odskoczyć, a może w którą upadnę. Potrzebuję oddechu i przestrzeni.