– 131 –

Czasem najtrudniej zapanować jest nad echem przeszłości. Zwłaszcza w chwili, w której dostrzegasz to, że jakiś wzór powtarza się kolejny, i kolejny raz. Orientujesz się i nagle nie wiesz, czy bardziej jesteś wściekły na siebie, czy na los, bo nie wiesz, czy kolejny raz powtarzasz te same błędy, czy też los stwierdził, że… wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Tymczasem piękna pogoda za oknem, a ja… pod kołdrą, z kolejnym kubkiem ziołowego naparu z dużą ilością imbiru, a obok mnie zapas chusteczek i zestaw kropelek. Katarek i jak zazwyczaj, ból ucha do kompletu. W tym roku jakoś nieco wcześniej, bo już teraz, we wrześniu, więc strach się bać co będzie w październiku. Czy chorowanie „przed czasem” jest chorowaniem „na zapas” i przeziębienie omija człowieka w „przepisowym czasie”? Na to liczę, bo paskudnie nie lubię mieć kataru. Kto zresztą to lubi.

Tym czasem, jednak, oddalę się w poszukiwaniu witaminy C i sama nie wiem czego jeszcze, gdyż w kuchni czeka wiaderko winogron do ogarnięcia, na co wczoraj zdecydowanie brakło czasu.

– 130 –

Czasem określenie „chodzić po ścianach” nabiera przedziwnie silnego wyrazu. Zawsze, w wielu sytuacjach, uważałam je i za zabawne, i za oddające sens zmagań z sobą samym. Czasem może potrzebnych, czasem może nie potrzebnych – bez znaczenia. Człowiek ma to do siebie, że czasem zmaga się sam ze sobą. Tak, mam świadomość, że nie każdy, i że nie zawsze, ale ja jednak tak miewam. W różnych zakresach i całkiem często, acz jednak niebywale sporadycznie w bieżącej materii. Nic więc, prawie nic, nowego w temacie samych zmagań. Co więcej miewam, a raczej mam, tak obecnie. Tak więc sobie chodzę, już nawet chyba nie po ścianach, a po suficie. To już wyższa szkoła abstrakcji i zmagań z sobą samą. Nie mniej jednak, gdyby nie było to tak piekielnie frustrujące, to byłoby niesamowicie przyjemne, a tak wrzuciłam się do kotła myśli i chęci, z jakąś mieszanką wybuchową, którą przestaję kontrolować. Z jednej strony nie znoszę tracić kontroli nad sobą, z drugiej jest to nader kuszące…

– 129 –

Ten czas zdaje się pędzić tak szybko, że człowiek nie ma kiedy się ogarnąć w czasoprzestrzeni. Nie mogę jakoś ogarnąć tego, że od kilku dni mamy już wrzesień. Doprawdy? Kiedy? Przyszedł zupełnie niespodziewanie i zdecydowanie za szybko. Wziął mnie z zaskoczenia. Chłodny, mglisty, zupełnie jesienny poranek zmusił mnie do ubrania rajstop, a jeszcze kilka dni temu, na samą myśl o tej części garderoby robiło mi się ciasno i duszno.

Ciasno i duszno robi mi się też za każdym razem kiedy odwracam się i patrzę przez ramię za siebie. Kiedyś dopadał mnie jeszcze bezdech. Teraz już go nie ma. Duszno z niedowierzania nad własnym samooszukiwaniem i życiem pobożnymi życzeniami i ciasno w tych wszystkich usprawiedliwieniach i rozgrzeszeniach jakie tkałam w swoich myślach na użytek własny.

Kiedy tak patrzę na ludzi. Tak, jak wczoraj, zupełnie zwyczajnie, znad talerza obiadu, czasem zastanawiam się co im chodzi po głowach. Wiele rzeczy widać. Zaciekawienie, obojętność, zajęcie własnymi myślami, i wiele innych. Puste spojrzenia, a czasem po prostu niewidzące. Wolę te niewidzące. Wyobrażam sobie, że za tymi niewidzącymi oczyma pochowane są małe komputerki, które analizują nieskończone układy prawdopodobnych wariacji logicznych, pętli przyczynowo – skutkowych, szukając optymalnego algorytmu dla tego co tu i teraz. Co dziś, co jutro, może co za tydzień. Takie niewidzące spojrzenie ma po prostu wgląd w chmurę indywidualnych danych, których analiza niezbędna jest tu i teraz w czasie rzeczywistym.  Puste spojrzenia, widzą pustkę. Brak nadziei. Mają usztywnione ramiona, czasem zbyt proste, czasem dziwnie wygięte. Sztuczne. Obliczone na to by nie wzbudzać zainteresowania. Te oczy patrzą w talerz, w stolik, w punkt. Patrzą „w nigdzie”. W tych oczach widzę siebie z minionych lat.

Teraz kręcę się na krześle. Rozglądam się. Podglądam. Podglądałam wczoraj ojca wyciągającego dzieciaczka kilkumiesięcznego z wózka i sadzającego sobie potomka na kolanach, z troską i delikatnością, a jednak też z bezwzględną ochroną ukrytą w ramionach i spokoju ruchów. Podglądałam matkę z synem, gdzie mogłam się założyć, że miała ochotę zmierzwić fryzurę swojej latorośli kiedy się śmiali i coś jej pokazywał na telefonie. Podglądałam chichocząc nastolatki. Przyglądałam się z zaciekawieniem młodej kobiecie, która na talerzu miała kilka kawałków sushi i pół garstki fasolki szparagowej oraz była właścicielką rozmiaru XS jednocześnie będąc wzrostem niemal równa ze mną. Właściwie to na jej talerz patrzyłam z pewnym zażenowaniem. Może z odrobiną wyrzutu sumienia, bo na moim talerzu były rożne rzeczy i bynajmniej tłuszczu też można było się tam doszukać całkiem sporo… a u niej… tylko woda… Jednak, ja już nie mam 20 lat, nie mam też ochoty wracać do rozmiaru XS, który kiedyś przerabiałam, na całe szczęście to dawno było i krótko.

Tak więc teraz, kiedy mam czas tak sobie siedzieć i patrzeć, to tak sobie myślę, że świat jest bardzo ciekawy, bardzo różnorodny. Czy piękny? Nie wiem, to akurat chyba jest kwestią gustu, a może tylko kwestią z jakiego miejsca lub z jakiej perspektywy na świat patrzymy. Dla mnie jednak on nie musi być piękny. Mnie wystarcza, że jest ciekawy. Podoba mi się taki, jaki jest i, tak po prawdzie, dobrze mi z tym.

– 127 –

Dzisiejsze popołudnie i wieczór miały nieco inne plany, ale nie ma tego złego. Koleżanka A. zrobiła mi popołudnie idealne. Dwie godziny przeglądania linków na youtube z najlepszymi kawałkami według nas. Chyba obie siebie zaskoczyłyśmy, choć jak chwile pomyśleć, to właściwie nie ma się czemu dziwić. W końcu się kumplujemy. Wiedźmy widać lubią kawałek dobrej muzyki, która broni się sama. A co tam, powrzucam tu nieco dla pamięci. Przyznam jeszcze, że pytanie mnie o tekst mija się z celem. Często dałabym wiele aby znaleźć wersje bez wokalu. Zwyczajnie, staram się nie słyszeć słów. Taka maniera przy słuchaniu muzyki tego rodzaju. 😉

Nirvana została mi po byłym ślubnym. Kupił sobie kasetę, bo mu kolega polecił, ale mu zupełnie nie przypadła do gustu. Za to mnie przypadła i została ze mną do dziś. No jasne, że mam te kawałki na karcie pamięci w telefonie… to takie moje życiowe koło ratunkowe ze słuchawkami w komplecie… a później się dziwię, że nieco nie dosłyszę. 😉

Metallica nie wymaga komentarza, a już nie ten kawałek…  jeśli zna się moją słabość do strun gitary…

The Cranberries i kolejna gitara oczywiście… ale nie tylko rzecz jasna. Choć przyznam, że tylko kilka wybranych kawałków

 

Korn odkryłam niejako „przypadkiem” i ponownie – „Queen of the Damned” mi w tym pomogła. Został Korn na dłużej, choć nie na co dzień, bo jednak mają pewną manierę, która jest dla mnie dobra tylko na chwile kiedy Nirvana i Metalika jeszcze są za ciężkim kalibrem.

Czyli na takie jak dziś. Tak, chyba wiem jak spędzę resztę tego wieczoru. Zimny tonik (solo) z cytryną, słuchawki i Queen, choć przyzna, że rozważałam jeszcze Underworld tylko nie bardzo mam czas na wszystkie części, a tak lubię najbardziej. Więc zabieram swoje zabawki (słuchawki, paczkę chusteczek i dużą szklankę toniku) i zmykam do swojej piaskownicy.

– 125 –

Mam wrażenie, że obecnie życie pokazuje mi kilka rzeczy i kilka spraw od drugiej strony. Od tej innej. Bardziej chłodnej, bardziej racjonalnej, bardziej zimnej. Pokazuje mi emocje, uczucia, obrazy i przygląda się. Patrzy bezczelnie, jak moje ramiona coraz bardziej się uginają, jak coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pokazuje mi to wszystko na chłodno i z takimi detalami, że mam ochotę powiedzieć, po raz kolejny, „Przestań już”. Wyciąga całą gorycz tego na co pozwoliłam aby się stało. Obrazuje, jak bardzo chciałam wielu rzeczy nie widzieć, nie dostrzegać. Nawet wówczas, gdy ze zdziwienia brakowało mi oddechu, pozwalałam żeby się działo, a bezdechów było wiele.

Teraz mówię, teraz widzę, teraz dostałam rolę „z tej drugiej strony”. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie wiem, jak postąpić, że nie wiem co zrobić powinnam, co mogę, co chcę. Wszystko to sklarowane jest do bólu. Jedyne co jest inne, a może dokładnie takie samo, to że właściwie mam gdzieś, jaką drogą życie poprowadzi i napisze ten scenariusz, a może bardziej… nie mam siły walczyć z kolejnym scenariuszem, na który mam tylko złudzenie wpływu.

To przyjemne uczucie jest wiedzieć, że komuś na tobie zależy, z drugiej strony, kiedy wiesz, że zwyczajnie nie potrafisz tego oddać, czyż nie jest hipokryzją podejmowanie prób zatrzymania tego zainteresowania?

Gorzkie jest to moje „nie potrafię”. Gdybym mogła zamienić je na „nie chcę”, lub zwyczajne „to nie to”, czy „nie tym razem”. Jak powiedzieć komuś, że zwyczajnie, najprościej na świecie nie potrafię dać tego, co chciałby, że już nie potrafię dać tego nikomu. Kolejną rzeczą, której nie potrafię, to nie potrafię powiedzieć, czy kiedyś, kiedykolwiek się to zmieni.