– 148 –

Siedzę sobie w ten grudniowy wieczór z lapkiem na kolanach, ze szklanką drinka, czekoladą i żelkami pod ręką. Właściwie żelek to już nie ma. Zjadły się na pierwszy ogień. Drinka na razie właściwie też jeszcze nie ma w szklance. Patrzę na dwie stojące obok siebie butelki i tak się zastanawiam, czy pić, czy nie pić… a jak pić, to po jaką cholerę miałabym się rozdrabniać na drobiazgi i pić drinka. Czyste, schłodzone szybciej będzie efektowne w działaniu. Tym szybciej, że właściwie dziś nie zdążyłam zjeść obiadu, więc jedynym co mnie w tej chwili powstrzymuje to perspektywa spania w ubikacji, na zimnej podłodze. To jest właśnie ten mankament wielkiej płyty. Ubikacja dla dwulatków w najlepszym układzie. Mało wygodna, kiedy masz potrzebę sponiewierać się.

Zdecydowanie, nie jest to potrzeba, która u mnie występuje jakoś w pakiecie często. Najprawdopodobniej więc też jej nie ulegnę i skończy się na jednym, cienkim drinku… albo i nie.

– 100 –

hm… 100 wpis. Niby dużo, a mało jednocześnie. Dużo, bo jednak nie spodziewałam się wytrwania w tym miejscu tyle czasu, a mało, bo cóż to jest 100 wpisów do kilku ich tysięcy na poprzednim miejscu doczesnym?Cóż, to co było się nie wróci. Należy iść  na przód, bo zatrzymanie w miejscu też zazwyczaj bywa tylko pozorne.

Przekornie więc, jako potwierdzenie, że nic nie jest wiecznie, i nic nie jest raz na zawsze, i nic nie jest pewne i niezmienne, obrazki z kolejnej wsi, której nie ma. Tym razem Jasiel. Tuż przy granicy słowackiej, gdzie wspólnie żyli i mieszkali Łemkowie, Polacy i nie tylko, gdzie mieszało się wyznanie greko-katolickie z rzymsko-katolickim, ale też prawdopodobnie i uniccy mieszkańcy w Jasielu odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Odwiedziłyśmy to miejsce z A. w miniony poniedziałek. Krzyże na obrazkach, bo na części tych postumentów zdaje się też wspomnienia po kulach (był to teren objęty walkami, na granicy to nic nadzwyczajnego zdaje się), więc za wolność naszą i wszystkich, bo wszyscy mamy do niej prawo, tak jak mamy prawo do wolności wyznania i myśli oraz przekonań.  Krzyże, bo tej jeszcze „prawie” tydzień zaduszny był, więc wspomnienie tych wszystkich, którzy odeszli, a których domy kiedyś stały w tej pięknej okolicy. Tak więc nasz dodatkowy wolny dzień, pozaplanowy, 12 listopada 2018 miał wiele z zadumy i nostalgii.





– 99 –

Migawka z poprzedniego, zaduszkowego, weekendu. Jak na Zaduszki przystało, podjęłyśmy z A. kolejną próbę odnalezienia pozostałości cmentarza przy nieistniejącej już od dawna łemkowskiej wiosce. To było nasze 2 podejście. Czeka nas trzecie. Liczę na to, że za 3 razem wyprawa skończy się powodzeniem. Wyprawa to dobre słowo, bo jest to miejsce, do którego tylko tacy pokręceni ludzie, jak A. i ja się czasem zaplątają.

Uzyskanie szerokiego kadru jest prawie niemożliwe jeśli chce się aby coś było z pozostałości widocznym na zdjęciu.


Natomiast wczorajsze wyjście, choć nie mniej urokliwe, to jednak chłodniejsze w temperaturze i mocno wietrzyste, co nie jestem przekonana, czy było dobrym pomysłem w związku z niekończącym się przeziębieniem, które nie chce mnie opuścić, a które w końcu zaczęło odpuszczać… tylko chyba wczoraj jednak nie do końca dostosowałam zabezpieczenie termiczne mojego człowieka, do panujących warunków pogodowych.

– 97 –

Piękna pogoda, co widać, jednak bywa, że ta zbyt piękna pogoda raczej mnie rozbija i rozkłada na łopatki, trudniej jest mi się zmusić do czegokolwiek. Problemy z koncentracją i takie tam. Nawet mój prywatny, wewnętrzny sierżant, czy jak kto woli, cerber, mają niejakiego niechcieja, bo jeśli to nie jest niechciej, to najwidoczniej się dogadali i spieprzyli gdzieś na wakacje. Nie wiem tylko gdzie, ale chyba bardziej obstawiam narty niż plażowanie, bo jestem taka zmęczona ostatnio jakbym cały dzień fizycznie się nadwyrężała, a tym czasem, to praktycznie boli mnie siedzenie od nadmiaru siedzenia.

Żeby nie było tak marnie, to jednak w piątek i w sobotę ruszyłam zadek z domu w świat. Pochodziłam po lesie, pochodziłam po chaszczach. Poszwendam się tu i tam, co zaowocowało niemiłosiernym bólem gardła w niedzielny pranek i koniecznością przeciwdziałania kiełkującej niemocy. Ten tydzień jest słaby jak na chorowanie, bo sporo ma mieć zajęć, z którymi później jest problem aby je odrobić, więc, o chorowaniu należy zwyczajnie zapomnieć. Tak więc zapominałam przez część niedzieli na bazie nalewki, której podstawą jest syrop cebulowo-czosnkowo-cytrynowy, wzbogacony alkoholem i zmieszany z nalewką chrzanową. Działa. Zdecydowanie dzisiejszego poranka glut w gardle był tylko zaznaczony, zamiast trwalej i upierdliwej obecności. Nie mniej jednak otoczenie stwierdziło, że czosnek jest intensywny, oraz chrzan mu nie ustępuje i nie chodzi o ilość spożytą, gdyż przez cały dzień może z 75 ml machnęłam. Ledwie 3 bączki na cały dzień w dozach łyżkowych, na 40%, to żaden wyskok, a leczniczo zadziałało. Jest moc. Zapachu głównie, ale w końcu moc to moc, a z mocą się nie dyskutuje. Co do wyjść to piątku, to wyglądał mniej więcej tak.

 

P.S. Grzybów nie było, poza tym który jest na zdjęciu, znalazł się jeszcze jeden… oba trafiły na patelnię…

P.S. 2 – Mam ostatnio również niechcieja fotograficznego, więc Perełka została w domu, a obrazki sponsoruje telefon vel Heniek.

– 94 –

Zdaje się, że meszuge ma zdecydowanie rację. Jakoś ten czas bez kolejnej notki się przeciąga i przeciąga. Czasem z braku czasu, czasem z braku chęci, a ogólnie to najprawdopodobniej również z lenistwa. Nawet trudno zwalić mi na to, że nie dzieje się nic ciekawego, gdyż jakoś przez lata nie było to specjalna przeszkodą przed kolejnymi notkami. Mogę za to zwalić na to, że dzieje się wiele. W mojej głowie, bo w życiu to rutyna: praca-uczelnia-dom-praca-uczelnia-dom. Tak więc staram się ogarnąć swoje myśli. Szkoda o nich pisać, bo mało klarowne są jeszcze, mocno chaotyczne, poprzerywane i łatwe do spłoszenia.

Natomiast to mogę przecież o pogodzie słów kilka, wszak pogodę tego roku mamy niesamowitą jak na październik. Bardzo mi ona odpowiada. Bardzo mi jej trzeba. W niedzielę nawet udało mi się uszczknąć chwilę, czy dwie na to by poleżeć sobie w suchej trawie, popatrzeć przed siebie i tylko jeden mankament miało to popołudnie, no dobrze – dwa: po pierwsze brak obłoków na niebie, po drugie, czas płyną zdecydowanie za szybko i mocno nieubłaganie przyciągając chłodny wieczór.

Nie mniej jednak, kilka obrazków udało mi się zrobić i chociaż fotografowanie ludzi to u mnie dosyć sporadyczna historia i często bardziej z przypadku niż świadomie i z premedytacją, to jednak czasem uda mi się kadr, który mi się podoba i w tym zakresie. Niezaprzeczalnie jednak niedziela rozpieściła mnie ostatecznie jednak swoim ciepłym światłem.

– 93 –

Kilka dni urlopu za mną. Nie miałam czasu większego na odpoczynek, połowy zaplanowanych rzeczy nie udało mi się zrealizować. Okna w Wersalu nadal są brudne jak noc listopadowa… do której notabene nie zostało wiele czasu. Na to wszystko mam jeszcze malownicze przeziębienie wynikające z autobusowej klimatyzacji oraz wczorajszego przemarznięcia… Jeszcze w piątek w Warszawie było blisko 30 stopni Celsjusza, a na pewno sporo ponad 20, a w niedzielę w Bieczu… ledwie 10. Ja nie wiem komu, ale komuś coś się pomieszało, albo się komuś zepsuł termostat. O Warszawie będzie inną „razą”, pewnie następną, bo dziś, chciałam kilka obrazków około urlopowych przywołać.

Tydzień temu, leżałam sobie spokojnie na cieplej, zielonej trawce, wokoło pachniała nawłoć górska oraz nagrzany las szpilkowy, a do tego ciągle jeszcze pracowały pszczoły, choć już spora część z nich udała się na jesienno – zimowy spoczynek, to te dzikie jednak nadal jeszcze gromadziły sobie zapasy. Pogoda z przed tygodnia niczym nie zapowiadała Orkanu Fabien, zimna, deszczu i wiatru, oraz… kataru uniemożliwiającego tak oddychanie, jak i sensowne i precyzyjne myślenie. Za to owo popołudnie wyglądało o tak

– 88 –

Zaległości obrazkowe mam. Poranki chłodne, mgliste i ciemne, a jeszcze nie tak dawno były przejrzyście i błyszcząco magiczne. Teraz piąta rano to jeszcze ciemność, choć wpadająca w szarość przedświtu, a początkiem sierpnia  była roziskrzonym ciepłym porankiem.

Tia, z rozpędu nałożyłam nakładkę makro na filtr gwiazdkę, ale efekt, choć nieco sztubacki, mnie się podoba, tym bardziej, że nie zamierzony i popełniony przypadkiem.

Pan Pajączek nieco był zapracowany, ale przez chwilę widać zastanawiał się co jeszcze ma po porannej toalecie ze sobą zrobić i udało się go „złapać”

Sierpniowa choinka (skrzyp polny – Equisetum arvense L.)

Ostre liście szczeci i bylica oraz słońce nad linią horyzontu…

– 82 –

W tak zwanym międzyczasie, czyli w nielicznych osłabieniach, bo o przerwach byłoby niedorzecznością mówić, w naszej, miłościwie nam panującej na krańcu świata, porze deszczowej, staram się bywać tu i tam. Tak więc w poprzednią sobotę wybrałyśmy się z A. w zorganizowane chaszcze. A. nie szczególnie miała ochotę, ale się przekonała, niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Efektem tej pogody zdaje się jest mój obecny stan zdrowia, czyli kiepskie samopoczucie, częściowy zanik fonii oraz mięśnio-bóle. Nic nadzwyczajnego kiedy przez 2 godziny masz na przemian prysznic, saunę i chłodzący nawiew, a wszystko to na otwartej przestrzeni. nie mniej jednak, siedzenie w domu kolejnego weekendy nie było do przyjęcia, gdyż po prostu potrzebowałam wyjścia w teren. Skoro go potrzebowałam, to teraz za to płacę. Niestety, różne takie domowe sposoby nie bardzo sobie radzą, gdyż radziły sobie już wcześniej, z nieco słabszą infekcją. No oczywiście, że przeziębiona udałam się w te mokre chaszcze. Niestety nadchodząca sobota zapowiada się nie inaczej. Znaczy zapowiada się również spacerowo, choć już na miejscu, bez wyjazdów i dojazdów, również zdaje się przeziębienie nie zdąży mi przejść, a co do pogody – to się okaże, acz nie ma zbyt optymistycznych zapowiedzi w tym temacie.

Kiedy o poranku, w radio, słyszałam o słońcu i ponad trzydziestostopniowych upałach, patrząc przez okno auta, to dostawałam drgawek i pełna byłam jakiegoś takiego niedowierzania, gdyż temperatura u nas, to raptem o poranku jakieś 17 stopni było, teraz może około 22, a do tego chmury, chmury i kolejne litry wody wylewające się z nieba. Więc jeśli ktoś potrzebuje nieco wilgoci, to zamienię się czasowo na miejsca przebywania, gdyż mam wrażenie, ze zaraz to po prostu u nas wszystko spleśnieje od tego nieprzemijającego mokradła.

No i tak na osłodę, z telefonu pochodzące, dwa obrazki z tamtego mokrego spaceru.

Takie tam sobie łany zboża

– 67 –

Zostawmy tę politykę w spokoju, skoro i tak nikt się nią szczególnie nie przejmuje, jeśli akurat nie musi się nią przejmować.

Kilka zaległych obrazków, pokazujących jak to samo miejsce może wyglądać za każdym razem zupełnie inaczej. Przymiarki już chyba mam sfotografowane z każdej strony i z nich zdjęcia zrobione również na wszystkie strony świata i nieba… a każde jest inne i nic sie nie powtarza, bo… tak już w życiu jest, że nawet jeśli pewne rzeczy są stale i niezmienne, jak pagórki wokoło przymiarek, tak cała reszta jest mocno zmienna… i nic nigdy się nie powtarza dokładnie.

Drzewa i drogi to motywy do których mam słabość tak silną i tak głęboką, że nie potrafię się jej oprzeć. Co więcej, nawet się nie staram…

Dla storczykowców – jegomość nasz rodzimy. Storczyki nie są moją mocną stroną, ale wedle informacji znalezionych tu i tam, jest to Kukułka szerokolistna Dactylorhiza majalis, a być może, Kukułka zaniedbana czyli Dactylorhiza praetermissa. Tak czy inaczej jest to Kukułka … 😉 … tylko, że nie kuka.

– 65 –

Zaległości obrazkowe sprzed ponad tygodnia. Takie tam sobotnie spacerowanie, z nadłożeniem kilku nieplanowanych kilometrów, bo się nam „Przewodnik” pomylił nieco i nie chciał słuchać o tym, że się pomylił, bo my tu już byłyśmy… mężczyźni 😉 , ale nie ma tego złego co na dobre by jednak nie wyszło i następne obrazki będą niejako efektem tej pomyłki 🙂

Mnie osobiście zupełnie nie przeszkadzało nadrobienie kilku kilometrów. Każdy spacer, nawet nieco przedłużony, jest zbawieniem dla moich odsiedzianych kości. Sam spacer za to odbywała się wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Zwiedziliśmy szlak niebieski i czerwony (oczywiście fragmentami) przechodząc przez wzgórze Kamień nad wsią Jaśliska. Czyli rzut beretem za miejscami opisanymi we wpisie 56.