– 174 –

Trochę mam urlop. Troszkę byłam w rozjazdach, a teraz jestem jakby uziemiona. Gdyż mój rydwan trafił w miniony weekend (z soboty na niedzielę nad ranem) do warsztatu i… tak w nim stoi, i stał będzie jeszcze jakiś czas. Owszem ma diagnozę i owszem nie jest to nic strasznego, ale… nic strasznego okazuje się jednak czymś trudnym do przebycia, a raczej do zdobycia. Czyli u mnie jakaś norma i już, bo jak inaczej określić usterkę dupereli, która ogólnie się nie psuje, więc nie ma jej na hurtowniach okolicznych? Zazwyczaj, nim ten drobiazg padnie, pada kilka innych drobiazgów o większym kalibrze, a to? To zazwyczaj nie pada. No cóż, u mnie zazwyczaj pada to, co zazwyczaj nie pada. Tak więc jestem niejako uziemiona, a raczej skazana na łaskę lub jej brak po stronie rodzonego jednorodnego lub reszty rodziny, ewentualnie mogę skorzystać z komunikacji publicznej, do której pałam jednak awersją, bynajmniej nie tylko przez wzgląd na zamaskowanie w niej obowiązujące, ale też przez wzgląd na inne takie tam, jak choćby jej punktualność, czy w ogóle zgodność kursów z rozkładem jazdy… Tak więc siedzę na tyłku, doglądam majstrów zmieniających dach, i zastanawiam się kiedy mój autek do mnie wróci… Nie powiem, ale chciałabym aby już wrócił do mnie. Czas po temu najwyższy.

– 172 –

Jakoś nie mam serca do pisania tutaj, a może zwyczajnie, nie mam już potrzeby dzielić się ze światem, tak otwarcie, tym, co w duszy mi się plącze. Sama nie wiem. Po prostu nie czuję potrzeby pisania tutaj. Może dorosłam, a z dorastaniem potrzeba uzewnętrzniania się, jakiegoś takiego elektronicznego ekshibicjonizmu – po prostu wygasła. Skończyła się. Minęła.

Tym czasem donoszę, że jednak, z sieci pewnie nie zniknę. Pewnie bardziej oficjalnie, mniej „anonimowo”, ale pewnie będę. Powoli dojrzewa schemat wykorzystania ostatnich 3 lat, albo przynajmniej podzielenia się częścią zdobytej wiedzy. W prawdzie nadal jeszcze przede mną pół roku nauki i pisanie pracy dyplomowej, jednak – powoli czas może zabrać się za siebie, bez odkładania tego o kilka kolejnych miesięcy… aby coś przynajmniej z tego „papierka” zostało, zanim trafi on do kartonu z pozostałymi.

Poza tym – tak cicho nadmienię, że to lato bez lata- całkiem mi odpowiada w kilku aspektach… pomijając deszcz, bo przez te deszcze nie mam żadnych zielsk zebranych… więc deszcz mógłby już odpuścić… ale upały – nie muszą przychodzić.

– 169 –

Jak to jest, że kiedy człowiek sobie zaczyna coś w głowie prostować, układać i powoli osiąga pewien stopień komfortu, pomimo różnych zawiłości losu, nagle, jakiś drobiazg wybija go z rytmu i na jedną krótką chwilę odwraca wszystko do góry nogami.

Wczoraj poszłam na spacer, potrzebowałam kilku roślinek więc sobie poszłam, długie lata nie szłam tamtędy. No i kiedy tak sobie szłam i kiedy usiłowałam sobie przypomnieć jak dawno to było, to oczywiście też przypominałam sobie dlaczego tam wówczas szłam i olśniło mnie, że mój ówczesny nastrój przełożył się na na prawdę fajne fotki. tym  fajniejsze, że trafiłam tam w „złotej godzinie”. Dodatkowo też patrzyłam wówczas na świat z zupełnie innej perspektywy. Takie tam sentymenty. Nie groźne, bez żalu, bez niczego – ot wspominki. Nic ponad to.

Dziś niedziela, z porankiem spokojnym po nocy, która nie należała do najdłuższych. Powiedzmy, że spokojnym porankiem, albo, że równie spokojnym jak miniona noc… Pobudka bez pośpiechu, acz wymagająca. Kawa. Hm i lekkie ścięcie. Czasem warto się zastanowić nim w niedzielny poranek włączysz media społecznościowe. Czasem może się okazać, że pokażą ci rzeczy, których nie chcesz oglądać, i które o dziwo nie powinny się wyświetlić. Czasem przeszłość walnie cię w głowę obrazami, których się nie spodziewasz. Czasem ta cała przeszłość weźmie ciebie z zaskoczenia, jakby sobie z ciebie drwiła, żartowała, a może po prostu jakby chciała ci przypomnieć, że już się wydarzyła, że była, że bez względu na to co i jak robisz dzisiaj, jej już nie zmienisz, nie cofniesz, nie wymażesz z pamięci. Nigdy jej nie wymażesz z pamięci. Zawsze część tej przeszłości będzie z tobą. Tak, jak pewnie za kilka lat dzień dzisiejszy będzie przeszłością, która wówczas będzie ze mną. Tym czasem, mam też wrażenie, że może też ta przeszłość po prostu pyta mnie po swojemu, czy jestem tu gdzie chcę być, czy o to mi w życiu chodzi.

Nie, dziś nie jest idealnie. Idealnie już było. Kiedyś. Przez chwilę. Dziś jest normalnie. W jakiś pokręcony sposób, ale normalnie. Bez fajerwerków i trzęsienia ziemi. Widać u mnie albo coś pokręcone musi być, albo jakiś pieprzony rollercoaster… rollercoasterów mam już dość, wole pokręcony spokój, nawet jeśli wszystko jest w nim inne, a może właśnie przede wszystkim dlatego, że wszystko jest w tym pokręconym spokoju inne. Może właśnie o to mi chodzi. Niech tak zostanie.

– 167 –

Ile razy można się mylić? Nieskończenie wiele. Nieskończenie wiele i tak długo, jak trwa życie.

Co raz mniej rzeczy w życiu zakładam. Co raz mniej zakładam, że coś będzie takie, czy inne. Co raz mniej rzeczy się spodziewam. Dawno przestałam planować. Bo i po co, kiedy życie zawsze skieruje mnie na taką drogę, której się w danej chwili nie spodziewałam, czyli której przewidzieć nie mogłam, a tym bardziej zaplanować. Więc nie planuję. Jak można cokolwiek zaplanować, jeśli ten, czy inny aspekt twojego życia potrafi zmienić się o 180 stopni w raptem kilka godzin? Bez mojego udziału, bez mojej zgody. Ot tak, tak po prostu, potrafi się zmienić i już. Niemal, jak pstryknięcie palcami.

Mija kilka dni, a ty zyskujesz świadomość zmiany. Zmiany, która nastąpiła kilka dni wcześniej. Los tylko jakoś nie wpadł na pomysł, aby informować ciebie o zmianach na bieżąco. Trudne czasy, i za dużo ludzi do obsłużenia, więc sorry, ale „taki mamy klimat”.

Really? Seriously? Ale, że jak? Serio, serio? Na prawdę? Siedzę więc na krawężniku życia, z opuszczoną, podpartą dłońmi głową i patrzę w pustkę i nicość. Again? Seriously? Doprawdy sama już nie wiem komu zadaje te pytania, czy samej sobie, czy kieruje je do wszechświata, a może do Boga? Sama nie wiem gdzie i do kogo. To wszystko to jakaś kpina, jakiś żart mało śmieszny dla mnie.

Po to do cholery usiłowałeś się ze mną w poniedziałek pokłócić? Na prawdę po to? Wystarczyło powiedzieć… mówienie na prawdę nie boli. To próbowanie przerzucenia kłótni na moją stronę, to swoją drogą bardzo dojrzałe i bardzo dorosłe zachowanie jest (to był sarkazm, żeby niedomówień nie było)…

– 166 –

Jakiś czas kiepski przed tym nowiem, który za dwa dni będzie jest. Znaczy się, wolę to na ten nadchodzący nów zwalić, niż na całą tą sytuację, jaką mamy w naszej krainie obfitości. Ludziom puszczają nerwy. Nie dziwię się. Jeśli nie masz na rachunki, a za chwile może okazać się, że i z jedzeniem zacznie być krucho, to trudno skakać z radości. Osobiście więc ćwiczę „zeen”, choć Młody mi się rozsypuje i w sumie nie tylko on. Jakoś tak, w otoczeniu, faceci się rozbiją o bezsilność i niemoc. To chyba ta potrzeba kontroli życia i wszystkiego w otoczeniu tak im dodatkowo potęguje wszystkie odczucia i sieje spustoszenie. Czasem bycie kobietą jest zdecydowanie lepszym pomysłem na życie w trudnych warunkach, gdzie sprawdza się cierpliwość, opanowanie i planowanie.

Jako tako, ja to mam i tak szczęście w nieszczęściu będąc sobą. Teraz umiem być spokojna i racjonalna, opanowana ale… jak znam siebie, to mnie rozłoży na łopatki kiedy będzie niejako „po wszystkim”. Braknie adrenaliny i będzie krach. Tak mam. To dobre jest, bo pozwala przetrwać gorszy czas, ale jest też złe, bo zamiast cieszyć się dobrym czasem gdy nastanie, ja się trzęsę, dygocę i się rozsypuję. Taka tam pamiątka po dzieciństwie, w dysfunkcyjnej rodzinie, kiedy trzeba było ogarnąć zdecydowanie więcej niż dziecko powinno, ale ogarniało, a później musiało odreagować. W najlepszym układzie odespać. Kiedy dorosłam, to odsypianie niestety nie wystarcza, choć też dobrze robi.

Nie mniej jednak, każdy obecną sytuację znosi po swojemu. Trzymam za wszystkich kciuki, bo w tych czasach paranoi tylko spokój i opanowanie nas może uratować. Niestety czasem się zamykamy w swoim własnym „świecie” – szkoda. Może ten czas, trudny czas, powinno się dzielić. Może powinno się wyjść poza swoją dumę, upór i złamać ten kij, który nie jeden z nas ma w dupie, i poprosić o pomoc, gdy już sami w zakrętach nie wyrabiamy. Problem w tym, że na siłę nie da się nikomu pomóc, ale kiedy ktoś zgłosi potrzebę pomocy, często okazuje się, że można pomóc. Nikt nie ma zaczarowanego ołówka, czy magicznej różdżki, ale może mieć pomysł jak pomóc, może doraźnie pomóc, a może po prostu wysłuchać. Przytulanie w obecnych czasach nie jest w cenie, ale może czasem jednak i to ryzyko warto podjąć?

Ogólnie – nie dajmy się zwariować i bądźmy dla siebie wzajemnie ludźmi. Dbajmy o siebie na wzajem w tym trudnym czasie, i kiedy się skończy też o siebie dbajmy. Po prostu – bądźmy ludzcy dla ludzi i dla siebie.

– 162 –

Całkiem przyjemną zimę mieliśmy wczorajszego wieczoru z okazji tej wiosny co to nam miłościwie nastała. Dokładnie taką jak lubię i jakiej mi bardzo brakuje przez minione lata. Gęste płatki śniegu, biały puch otula wszystko, lekki mrozik w sam raz aby się pod stopami breja nie produkowała. Mogę na takie wirujące, wieczorne płatki śniegu patrzeć przez długie szare i ciemne godziny. Kiedy tak na nie patrzę czuję spokój, a spokój obecnie jest towarem deficytowym.

Co do tej wiosny, która jednak za kilka dni najprawdopodobniej się rozgości, to w końcu zaczęłam przeglądać rowery. Tak, ja wiem jaki mam stosunek do tego środka lokomocji. Nic się nie zmieniło w tej materii. Nie mniej jednak siłownię raczej sobie warto obecnie odpuścić, biegać nie będę (nie bo nie i już), chodzenie dla chodzenia trudnym jest wyzwaniem, ale rower? Rower jest praktyczny. Popołudniami czasem potrzebuje dostać się gdzieś poza mury osiedla i pozbierać to czy owo do zapasów ziołowych, ale obecnie muszę się ruszać piechotą, gdzie nie zawsze w dalsze miejsca zdążę, albo samochodem, co ogranicza miejsca na takie, gdzie są parkingi, place postojowe, czy choćby szerokie pobocza. Hm, nie zawsze aż tak daleko, aby rezygnować z miejsca postojowego pod blokiem, chce mi się przemieszczać, lub zwyczajnie nie zawsze taka potrzeba jest. Więc po prostu rower jest całkiem sensownym rozwiązaniem. Problemem za to jest dobranie jaki on ma być – wielkość kół, wielkość ramy, amortyzatory itp. Nie mam zbyt dużej wiedzy w tym zakresie.

Co do innych spraw, to tak sobie myślę, że tak na prawdę to mamy tak niewielki wpływ na cokolwiek, że prawie żadnego. Co więcej, często nawet na siebie nie mamy większego wpływu, kiedy rozum mówi jedno, a emocje mówią drugie. Jednym jakoś łatwiej drogę w tym wszystkim odnaleźć, innym trudniej. Czasem chciałoby się komuś pomóc, ale są sprawy, które można poukładać z samym sobą tylko w pojedynkę. Po prostu inaczej się nie da. Chciałabym wierzyć, że w takich chwilach wystarczy, aby po prostu być. Być gdzieś blisko. Tak na wszelki wypadek. Tak po prostu – bez napinki i bez spiny. Po prostu być.

– 161 –

Jaka jest teraźniejszość każdy wie. Nie ma więc najmniejszego sensu rozpisywać się w temacie przewodnim wszystkich rozmów i wszelkich serwisów. Wystarczy, że w całym tym szumie trudno jest dobić się do rzetelnych informacji. Zostawmy więc temat epidemii, bo pandemia suma summarum, ma jednak nieco inne znaczenie słownikowe niż kontekst w jakim obecnie jest użytkowana. Zostawmy to. Doś tego wszędzie jest.

Dziś przypadkiem „dopadła” mnie przeszłość. Wyszłam sobie na chwilę z domu, do pracy, bo dziś zdalnie pracowałam, ale potrzeba czasem jest wyższa, więc potrzebowo poszłam wymienić segregatory z mieć co robić. Nawet nie poszłam, tylko pojechałam i… proszę ja ciebie, jadę sobie powoluśku do domeczku, powoluśku bo akurat wyjechałam z jednego zakrętu, a zaraz mam skręcać, a tu z naprzeciwka, na rowerze zapierdziela moja przeszłość. Prawy pedał, lewy pedał, wdech wydech, w białej „skarpecie” na głowie, zapieprza na rowerze moja przeszłość. Jakby nie patrzeć, to nie widziałam tej mojej przeszłości kilka lat. Zbudowałam sobie swój nowy świat, może nie jest w gatunku „WOW”, ale jest mój. Trochę ciasny, ale własny. Przez większość czasu całkiem był spokojny, ale R. postanawia sukcesywnie sprawdzać moją cierpliwość.

No właśnie, wiem, że od „właśnie” się zdania nie zaczyna. Pamiętam. Czasem jednak lubię, a akurat teraz jest to najbardziej odpowiedni z możliwych początków zdania. No właśnie, niby nic, a jednak. Niby spotkanie, a bez spotkania, bo trudno mówić o spotkaniu, kiedy raptem było to zobaczenie. Żywego, zdrowego, zadbanego. Przynajmniej tak to wygląda. No i z drugiej strony samochodowej szyby ja. Zdecydowanie bardziej milcząca niż kiedyś, zdecydowanie bardziej wycofana i 20 kilo cięższa… O innych drobiazgach nie wspomnę, bo zwyczajnie jest mi głupio… głupio przed samą sobą. Po dwakroć głupio, że nadal budzi się to pieprzone „dlaczego?” choć minęło tyle czasu. Głupio, bo tak popłynęłam, że potrzeba było kilku lat abym zaczęła się zbierać w sobie. Głupio, bo wszystko nadal trzymam za szybą i tylko czasem, przypadkiem, zza tej szyby, mój temperament się wyrywa.

Chciałabym, żeby mnie teraz ktoś przytulił, ale oczywiście, nie zadzwonię, bo jest mi głupio prosić o to aby zwyczajnie się na chwilę przytulić do kogoś, aby przepędzić te wszystkie natrętne myśli, które wracają z przeszłości. Przytulić się, żeby znaleźć się znowu w tym co tu i teraz. Nawet jeśli to „tu i teraz” wypada cholernie blado przy tym co było „kiedyś i tam”. A może nie zadzwonię, bo nie umiem prosić, a może bo boję się odmowy, a może tych „może” jest tak dużo i są tak różne, że bezpieczniej jest im się nie przyglądać.

Czas postawić w tej notce kropkę i iść dalej w codzienność, nie ma co rozpamiętywać, bo zdecydowanie nie wszystko co przychodzi mi do głowy jest takie jak być powinno wedle moich prywatnych standardów, a to nie czas i nie miejsce na weryfikację czegokolwiek. Przeszłość się nie wróci, nie wiem tylko dlaczego życie mi co chwilę otwiera drzwi do niej, tym szerzej im bardziej jestem przekonana, że już je ostatecznie zamknęłam.

Powinnam zadzwonić. Powinieneś przyjść i odegnać moje stare demony. Nie zadzwonię. Nie umiem. Przepraszam.

– 158 –

Czasem, a może i często, sama nie wiem, więc może będę trzymać się tego czasem, wychodzi w życiu inaczej niż chcieliśmy, niż mieliśmy nadzieję, niż nam się wydawało, że wyjdzie. Czasem za tę zmianę, niespodziewaną, odpowiada jedna mała „kropla goryczy”. Czasem jest ona większa, a czasem mniejsza, ale bez względu na wielkość, zawsze jest tą znaczącą, ta definiującą. Punktem zwrotnym.

Jakoś tak mam ostatnio fart do tłumów w relacjach damsko – męskich. Poprzednio była żona (była żona – czyli żona w czasie przeszłym, zwana exżoną), obecnie alkohol. Jeden diabeł. A może i nie jeden. Mniejsza z większym. Wystarczy, tyle, że miniona niedziela wyciągnęła trupa z szafy, którego wydawało mi się pochowałam i rozliczyłam dawno temu. Choć może to już nie trup, a tylko jakiś jego hologram. Taka przypominajka życiowa. Takie „memento” i inne „pamiętasz?”. Niedziela miała to do siebie, że godzina po godzinie wrzucała mi wielki, młyński kamień na piersi. Wsadzała „dusiołka”, który skutecznie pilnował żeby oddech był płytki, a serce ściśnięte razem z gardłem i  zimną kulą żołądka. Ściśnięte wszystko, aż do poziomu mdłości. Tego chcesz? Tego chciałaś? Nie przed tym obiecywałaś sobie ucieczkę? Kiedy ostatni raz widziałaś go trzeźwego? Na kacu się nie liczy…

„Nie wygrasz ze mną.”, „Zawsze będzie po mojemu.”, „Jeśli będę miał wybierać Ty, czy alkohol – wybiorę alkohol.” … już nie musisz nic wybierać, z nikim grać (choć ja z Tobą w nic nie grałam – co było trudne do zrozumienia zdaje się), nic udowadniać. Już teraz zawsze będzie po Twojemu. Bez oczekiwań i nadziei z mojej strony, bez niewypowiedzianych próśb. Bez niewypowiedzianych pretensji, bez wypominania i tych wszystkich „…może już wystarczy?” przed kolejnym kieliszkiem, jaki przed sobą postawisz.

Może właśnie wczorajszego wieczoru zrobiłam jeden z większych błędów swojego życia, a może właśnie przed nim uciekłam – tego nie wiem. Nie wiem tego ja, nie wie tego nikt – nawet Ty.

Tak, Ty jesteś inny, nie jesteś moim ojcem alkoholikiem, ale… jesteś ojcem alkoholikiem swojej córki, a z mojego punktu widzenia Ty możesz być innym człowiekiem niż mój ojciec, zupełnie innym człowiekiem, jednak alkohol pozostaje alkoholem… Alkohol jest stałą, która prowadzi wszystkich w jednym kierunku – różnica polega na szybkości…

Wytrzeźwiej. Dla siebie. Na stałe.

– 154 –

Czasem jest tak, że wszystkie słowa, które miało się w planach napisać, nagle znikają. Gdzieś ulatują. Jak za magicznym pstryknięciem palcami, nie ma ich, po to by za jakiś czas mogły, równie magicznie wrócić. Moje słowa właśnie tak zniknęły. Zabrały ze sobą myśli. Od kilku dni czuję się bardzo, bardzo zmęczona.

Znam to zmęczenie. Bardziej apatię i rezygnację. Zawsze tak się kończy kiedy podejmuję próbę sprzeciwienia się samej sobie. Zawsze kiedy pozwalam sobie na wewnętrzne zapasy pomiędzy logiką i rozumem, a emocjami i uczuciami.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jest mi tak okropnie żal wrócić do miejsca, które dobrze znam, które kiedyś uważałam za bezpieczne, a teraz? Teraz jest to miejsce, w którym nie ma nic. Jest cicho, bezpiecznie i tak pusto. Tak bardzo pusto. To miejsce, do którego nie dociera najmniejszy, najcichszy dźwięk. Jest tam tak wygodnie, bo nic nie trzeba i niczego się nie musi, a jednak, ta cisza dusi.

Dusi też to wszystko co na zewnątrz. Chwilami zaczynam się zastanawiać, czy nie dopadają mnie klasyczne ataki paniki. Lęk przed choćby najmniejszym przejawem odrzucenia z jakiejkolwiek strony. Nigdy, nigdy nie myślałam, że przyjdzie dzień, kiedy będę tak bardzo potrzebowała kontaktu z innymi ludźmi, że aż ten kontakt będzie mnie przerażał do poziomu stanów lękowych. Kiedy do tego pomyślę, jak weszła na tę drogę lęku i jaką ścieżką dotarłam do tu i teraz, łzy same zaczynają napływać do oczu. Jak mogłam na to pozwolić? Jak mogłam doprowadzić się do uczuć i emocji, jakie towarzyszą mi dzisiaj?

Walczę sama ze sobą. Walczę pomiędzy zatrzaśnięciem drzwi i zostaniem w swoim pustym świecie, albo o zatrzaśnięcie drzwi z drugiej strony. Ze strony gdzie są inni ludzie. Nawet jeśli mnie ranią, nawet jeśli mnie ignorują, nawet jeśli mnie nie dostrzegają… Przez jakiś czas posiedziałabym sobie oparta plecami o te drzwi do moje pustki, wyrównała oddech, uspokoiła drżenie, poprzyglądała się ludziom. Może ktoś by mnie zauważył, zainteresowałby się mną, zaakceptował i poszanował. Jednak, kiedy siedzi się w pustce… nie ma co liczyć na takie „ekscesy”.

Stoję dziś w drzwiach, z kołataniem serca, niemal z bezdechem. Stoję dziś w drzwiach, tak jak stałam wczoraj, i przedwczoraj. Jedną nogą po jednej stronie progu, drugą, po drugiej. Jestem zmęczona, bo muszę mocno trzymać drzwi, aby mnie nie zmiażdżyły. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę tak stać. Jestem zmęczona.

 

– 153 –

Właściwie ten wpis wisi tu już od dobrego tygodnia jako szkic. Tydzień to sporo czasu. Wystarczająco dużo aby pojawiło się przynajmniej kilka nowych przemyśleń, nowych emocji, albo, aby przeszłość odżyła przypomniana jednym obcym spojrzeniem u znajomej osoby. Mniejsza z większym – wracając do tego co nurtowało mnie tydzień temu…

Już kiedyś o tym gdzieś pisałam. Może tu, może jeszcze w tym poprzednim internetowym „życiu”. Nie pamiętam, a sprawdzać nie mam zamiaru. Wrócę jednak do tego, co po głowie mi chodzi od wczoraj, czy jakoś tak. Chodzi o to, że są takie pytania, które deprymują mnie niepomiernie. Może nie wszystkie, ale jednak większość, jest po prostu trudna i często wymaga określenia czegoś w swojej głowie, nadania czemuś kształtu słowa tak aby można było to dalej wyartykułować i odpowiedzieć pytającemu. problem w tym, że czasem nie chcemy sami przed sobą określić odpowiedzi na pytanie z tej grupy… bo nie jest to wygodne, bo odpowiedź jest inna niż oczekiwana, bo…, bo i bo – takich bo może być naprawdę wiele.

… przed chwilą sama prawie posłużyłam się „magicznym” słowem zwiastującym pytanie z tej pokrętnej grupy… na całe moje szczęście „prawie” robi wielką różnicę, a pisanie w komputerze daje tę możliwość, że kasuje się tylko jedno słowo i nie trzeba milion razy przepisywać wszystkiego co już wcześniej zostało napisane na danej stronie, jak miało to miejsce za czasów maszyn do pisania. Koniec dygresji – wracając do sedna.

Hm. Chyba już właściwie bez większych problemów można się domyśleć, o jaki rodzaj pytań mi chodzi. Tak, zdecydowanie – o te zaczynające się od niepomnego, rzec by można kultowego: „Dlaczego…”

Dlaczego to? Dlaczego tamto? Dlaczego siamto? Dlaczego nie zrobisz, nie powiesz tego, czy tamtego? Dlaczego? Dlaczego. Dlaczego…

Nie na każde dlaczego jest odpowiedź dobra i prosta. Znaczy się jest. Czasem tylko trudno ująć ją w słowa. No dobrze, czasem po prostu wygodnie jest nie ujmować jej w słowa. Może bezpieczniej. Może też jeszcze nie czas na to. Noże ten czas kiedyś przyjdzie, a może nigdy nie przyjdzie. Osobiście to mogłabym z tych wszystkich „dlaczego?” co najmniej habilitację napisać. Właściwie od blisko 5 lat rozpatruję ten problem i szczerze – przewałkować zdążyłam go pod każdym kontem, pod każdą płaszczyzną – i do niczego nie doszłam. Bo w „dlaczego” brak jest konkretu. Jest rozmyte, choć wydaje się klarowne. Daje złudzenia lub je odbiera. Nadaje jeden wymiar lub nieskończenie wiele, albo i skończenie wiele wymiarów. Jest pytaniem precyzyjnie nieprecyzyjnym. Męczącym nawet, zwłaszcza kiedy słyszy je się kolejny raz i kolejny, i kolejny, i jeszcze raz. I przyznać się muszę, że zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, sama notorycznie je zadaję od właśnie wspomnianych niemal pięciu lat.  Nic to nie wnosi. Więc kiedy,od jakiegoś czasu, sama to pytanie słyszę, to mam ochotę krzyczeć. Głośno, nieprzerwanie, aż je zagłuszę, aż zniknie.

To „dlaczego”, które słyszę, jest tylko echem tego „dlaczego”, które sama powtarzam, ale skoro echo tak mocno kłuje, to jak kłuć musi podstawa? …

Mogłabym odpowiedzieć na Twoje „Dlaczego?” jednak byłby to długi monolog. Monolog, który nic by nie zmienił, niczego by nie wniósł, niczego nie wytłumaczył, niczego nie zmienił. Monolog, który może mógłby zranić. Może mnie samej pozwoliłby nabrać perspektywy do rzeczy, o których staram się nie myśleć, zrzucić z siebie część tych myśli i emocji, jakie się kłębią, ale czasem może lepiej zostawić takie „Dlaczego?” bez odpowiedzi. Nawet kiedy ryzykiem jest to, że przerodzi się ono w gorycz, w żal… ale też może przejdzie w niepamięć? Pobożne życzenie? Zapewne. Godne do nominacji na hipokrytkę roku – to pewne, a taka nominacja już w styczniu… tak, cóż, czasem wolałabym może sobie nie zdawać sprawy z tego jaką hipokrytką bywam… tym większą, że wiem, aż nadto dobrze, jak smakuje gorycz pozostawienia pytania „Dlaczego?” bez odpowiedzi… nawet jeśli uda się ją zepchnąć poza granicę świadomości, to… niestety, ale przychodzi czasem dzień, chwila, zdarzenie, które wyrywa ją z samego dna do góry, do wierzchu – gdzie nie da się już dłużej oszukiwać siebie, że tego nie czuje, kiedy to czucie prawie zatyka oddech.

Chciałabym mieć dosyć odwagi cywilnej aby nie być aż taką hipokrytką. Mogę więc tylko powiedzieć „Przepraszam” za bycie hipokrytką, z czego sobie przecież jednak sprawy nie zdajesz. Przepraszam.