– 152 –

Słów kilka o kłamstwie.

Ogólnie nie do końca, o ile w ogóle rozumiem ideę kłamania. No, nawet nie ideę, a zwykłe kłamstwo. Nie rozumiem po co kłamać? Po co kłamać, kiedy nie ma takiej potrzeby, i kiedy wie się, że kłamstwo owo jest szyte tak grubymi nićmi, że zwyczajnie o supły można sobie zęby powybijać.

Przepraszam, ale argument, że kłamie się po to by komuś nie było przykro i smutno – nie trafia do mnie zupełnie. W żaden sposób, a  jest to jedno z głównych tłumaczeń niemal każdego kłamczucha, kiedy noga mu się powinie. Kurcze – a zastanowił się taki jeden z drugim, jak przykro jest osobie okłamywanej kiedy się w sprawie połapie? Nooo właśnie – to dopiero jest przykro.

Młody miewa bujną fantazję, ale coraz rzadziej mu się, choćby właśnie dlatego, że czasem, tak dla sportu, mówię mu kiedy i w czym mijał się z prawdą oraz dlaczego wówczas nie zareagowałam. Otóż, matka nie zawsze ma siłę po raz milion dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty raz powtarzać to co już tyle razy mówiła i często zwyczajnie woli machnąć ręką nad tematem, niż się spierać, bo może akurat na spory nie mieć ani czasu, ani ochoty, ani cierpliwości. Tak więc, Młody sukcesywnie odchodzi od nawyku, acz nawyk nasila się gdy dziecię moje żyje w stresie – choć kłamstwo przybiera wówczas raczej formę koloryzowania.

Czym różni się kłamanie od koloryzowania? Zapytajcie wędkarza, jaką dużą rybę złowił, a następnie zaglądnijcie do wiaderka, czy do sieci – co to tam skrywa jego skarb… Tak, dokładnie – taaaaka ryba okazuje się często płotką, która być może dopiero pójdzie jako zanęta na większą rybę… jednak rybak nie skłamał – złowił tzw. żywca, czyli rybę, a że gabaryty się nie zgadzają? No kto by się spierał i wchodził w szczegóły, skoro każdy wędkarz i rybak czasem koloryzuje ubarwiając sobie godziny oczekiwania na połów.

Kłamstwo to zdecydowane minięcie się z prawdą. Siedzisz w domu, ktoś dzwoni, a Ty wciskasz mu kit, że jesteś na mieście, u rodziny, w pracy jesteś jeszcze, mam grypę (najlepiej rotawirusa), jestem na zakupach, u rodziców na urodzinach… i jeszcze ze sto innych tego typu miejsc można wymyślić. Może warto powiedzieć od razu, że się jest na księżycu… na jedno wyjdzie. Ja wiem, że czasem ma się wrażenie, że lepiej skłamać niż powiedzieć: „Przepraszam, ale dziś się nie spotkamy.”. Wiem, że to zdanie w tej formie ma dwie miny przeciwpiechotne: jedna to słowo – przepraszam – wbija w poczucie winy (co nie?), a tak na prawdę – wg mnie wstawia dystans pomiędzy chcącego się spotkać i nie chcącego się spotkać. Druga mina – jak nie dziś to kiedy (?) – sugestia, że jednak będzie trzeba to kiedyś zrobić, jakoś i po coś, no jednak, za jakiś czas. Pominę samopoczucie osoby która „przyłapie” delikwenta na takim kłamstwie…

Oczywiście kłamcy kłamią na każdy temat, ale wiecie co – tak na prawdę, to kłamstwo zawsze ma krótkie nogi i nigdy nie wychodzi na dobre. Zawsze gdzieś się czkawką odbije, czego by ono nie dotyczyło.

Czy kłamię? Oczywiście – bo kłamstwo ma jeszcze jedną formę. Tak przynajmniej mi się wydaje. Tą formą jest przemilczenie. Mnie samej zdarza się ono najczęściej. Przy czym, ę formę stosuję na wypadek przyłapania innych na oszustwie (chyba, że nerw mnie poniesie i bywa głośno wówczas). Bo w sumie, o czym z kłamcą rozmawiać? Brnąć w jego grę, czy wytknąć słaby kunszt sztuki kłamania? A może wytkną zakłamanie? więc moje kłamstwo polega na tym, że kłamię, że się nie zorientowałam, że ktoś mi nawija makaron na uszy i że to co opowiada ma sens, gdy sensu w tym brak. Dlaczego tak? Ano to, tak samo jak w przypadku mojego syna – bo nie chce mi się udowadniać kwadratury koła, wieść sporów i wbijać kogoś w zakłopotanie (choć pewnie powinnam, to może by się czegoś nauczył/ nauczyła), nie mam na to ochoty, a może czasu, albo zwyczajnie – nie zależy mi na tym… tyle, że skoro mi na tym nie zależy, to pewnie i na osobie zaczyna mi przestawać zależeć… choćby dlatego, że nikt nie lubi być oszukiwanym. Tak zwyczajnie, jest to bardzo nieprzyjemne uczucie, o czym kłamcy zdają się często zapominać.

Jest jedna zasadnicza różnica pomiędzy znoszeniem kłamstwa syna, córki, czy rodzeństwa lub rodziców, a tolerowaniem oszukujących znajomych… rodzina zawsze pozostanie rodziną (choć czasem tylko na przysłowiowym „zdjęciu”), a znajomych… znajomych zawsze można zmienić.

Mijanie się z prawdą zwyczajnie nigdy nie popłaca.

– 151 –

Długi dzień się kroi. Chyba nawet bardzo długi. Dużo rzeczy do ogarnięcia. Do tego jeszcze to poniedziałek i na dodatek 13 dzień miesiąca. Gdyby tego było mało, to dzień zaczął się zdecydowanie wcześniej niż miał się zacząć – nie ma to jak być posiadaczką złośliwego kota, który szcza kiedy i gdzie popadnie. No dobra, nie zawsze – ale bywa złośliwie, kiedy mu coś nie odpowiada to strzela focha i szcza. Dzisiejszy foch objawił się na dobrą godzinę przed tym nim zadzwonił budzik oraz skończył się wstawieniem prania i gotowaniem krochmalu.

Jest kilka minut po 8 rano, a ja już mam załatwione pranie z krochmaleniem (jeszcze tylko rozwiesić to pranie). Dopitą zimną kawę i podniesione ciśnienie, w związku z pomyleniem imienia… Nie, to nie ja pomyliłam imiona. To moje zostało pomylone. Więc tym razem to ja strzeliłam fochem. Mogłabym ściemniać, że wczesna pora, że mogłam tak rano nie dzwonić i inne takie. Kurcze, można znaleźć milion usprawiedliwień – tylko po co? Bo tak należy, bo tak wypada, dla czyjegoś dobrego samopoczucia i komfortu? a co z moim dobrym samopoczuciem i komfortem? Znudziło mnie bycie wyrozumiałą i cierpliwą do bólu. Znaczy, znudziło mnie jeszcze za poprzedniej znajomości, bokiem mi wyszło i nic nie wniosło. Skoro się to nie sprawdza, to po diabła się spinać na wyżyny wychodzenia z siebie w sytuacjach, które mi się nie podobają, i które mi nie leżą. Późno dorosłam, ale zanim na nowo zdziecinnieje, to musi upłynąć jeszcze kilka dłuuugich lat i sporo wody w Sanie. Choć raczej obstawiam, że stanie się to najszybciej w okolicach św. Dygdy… czyli po prostu – nigdy.

Tak, to będzie długi dzień. Czas powiesić pranie, i wybrać się po kwiaty, bo po drodze do wieczora mam jeszcze na trasie dzisiejszego dnia jeden pogrzeb do ogarnięcia wraz z jedną stypą i zupełnie do mnie nie trafia, że Sab już nie ma. Więc zdaje się mogę i zdaje się mam prawo do mniejszej cierpliwości niż na co dzień. Zwłaszcza, że pogrzeb to jest poza listą moich ulubionych rozrywek, a już zwłaszcza rozrywek przypadających na początek tygodnia…

– 150 –

Pacz Pan i pacz Pani – 150 wpisów. Niby nic, a jednak. Hm. Skoro już napisane zostało „nic”, to tak z cichutka mogę stwierdzić, że nic mi się nie chce. Nic, a nic. Ale to tak totalnie nic. Co z drugiej strony oznacza, że mam milion rzeczy do ogarnięcia praz to, że całe święta się wałkoniłam i nic, ale to nic nie robiłam z tego co robić miałam i co robić powinnam była.

Niby niechciej to u mnie nic nadzwyczajnego, ale ten niechciej jest taki większy. Taki spory, a nawet ogromny. W ramach tego niechcieja, to właśnie wzięłam się za zlewanie nalewek, które w kącie stoją zapomniane nieco. Może też w końcu kilka drobiazgów, na szybko upchanych w zamrażalnik, trafi do słoja i pod kontrolowane ekstrahowanie do zadowalającego poziomu smaku i mocy.

Tym nie mniej, chyba powinnam też znaleźć chwilę i dotankować paliwo do samochodu. Pewnie w obszarze wydarzeń na drugim końcu świata jawi się to niczym bieganie z rakietką do badmintona za muchą, zważywszy na ilość pokonywanych przeze mnie kilometrów. Doprawdy, ja rozumiem, że dawno wojny nie było na przyzwoicie nieprzyzwoitą światową skalę, ale doprawdy, miało to sens tylko i wyłącznie wówczas, kiedy sobie panowie biegali z siekierkami, kosami przekutymi na sztorc i z pukawkami o zasięgu kilkunastu do kilkudziesięciu metrów… teraz może pójść szybko jeśli się chłopaki rozkręcą, a nawet bardzo szybko i niekoniecznie, taka ja będzie mieć szanse na cokolwiek. No, a ja mam kredyt i kota na utrzymaniu, więc niech może sfolgują nieco z wymachiwaniem pięściami i zastanawianiem się komu szybciej nerwy puszczą i zacznie machać czymś jeszcze.

Tym czasem nie wiem w co mam włożyć ręce i za co się zabrać, czy za czytanie, czy za pisanie (sprawozdań i nie tylko), czy za nic nie robienie. Właściwie to poleżałabym sobie na kanapie i pooglądała jakieś filmidła nie wymagające myślenia. O ile filmidła nie są problemem, to jednak jest nim niejako brak tv, a laptoczek na kolankach – jakoś dziś mnie nie kręci. Tak więc zajmę się nalewkami, a o reszcie pomyślę… jutro?

 

– 149 –

Z tych nerw to mnie w głowie się kręci oraz w brzuchu też. Prawie się muszę szczęką wgryzać w blat biurka, aby nie zacząć wycofywać się raczkiem z tego co wczoraj powiedziałam. Znaczy powiedziałam to co myślę i jak odbieram sytuację całą, ale to nie znaczy, że nic nie czuję.

Więc staram się zająć robotą, a w głowie jakiś świder cały czas świdruje i boruje: „a jesteś pewna, a na pewno, a przecież chcesz czegoś innego, a może jednak, a …” sramto, tamto i owamto.

Więc tak świdrze w mojej głowie:

1. Jestem pewna (albo raczej jestem nie pewna, nie chcę, ale nie oszukujmy się, tak jak było, też być nie może, zaś powiedzenie „jak się nie ma co się lubi…” zupełnie tutaj się nie sprawdza i byłoby strzelaniem goli do własnej bramki z uporem maniaka).

2. Tak – na pewno (no dobrze – o tyle o ile starczy mi samozaparcia, a w brew pozorom jest go mniej niż więcej).

3. Tak – chcę czegoś innego – i w tym rzecz. Chcę współbycia, normalności, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, poczucia stabilizacji (ale mam wymagania – co nie?). Tym co zupełnie pozostaje poza strefą moich zainteresowań jest: upychanie mnie w tak zwany „między czas” pomiędzy inne rozliczne rozrywki i obowiązki; zapominanie o mnie na kilka dni, by nagle sobie przypomnieć, gdy jest to praktyczne (albo sama nie wiem jakie), może wygodne (ciężko powiedzieć – jeszcze się kryształowej kuli nie dorobiłam).

4. A może jednak… nie – jestem człowiekiem, żyję, mam uczucia, liczę się z uczuciami i emocjami innych osób i tego samego oczekuję.

Bez względu na to, jak dużą mam w sobie potrzebę bliskości, potrzebę kogoś (określonego), to mam jeszcze większą potrzebę chronienia siebie przed tym co mnie rani. Długo do tego dorastałam, sama nauka tego też był bolesna, więc czas z niej skorzystać. Nawet jeśli to korzystanie z posiadanego doświadczenia i wiedzy o tym czego się chce od życia i ludzi, ale też od samej siebie, boli.

Więc tym co sobie życzę na ten rok, jest to abym umiała czerpać z posiadanego doświadczenia i posiadanej wiedzy, nawet jeśli w danej chili to na prawdę mocno dusi. tak mocno, że chwilami trudno jest zaczerpnąć oddech. Więc zajmę się dalszym wgryzaniem w blat biurka, trochę sobie wewnątrz pokrzyczę i … może za kilka dni uda mi się złapać pion. Tym, czego się nauczyłam w życiu, jest świadomość, że chociaż dziś wszystko się wydaje bure, nijakie i ogólnie muł i wodorosty, to za jakiś czas wszystko to się ogarnie i znowu będę dostrzegać promienie słońca, chmury na niebieskim niebie i wszystko to co sprawia, że świat jest piękny i niesamowity… nawet jeśli dzisiaj jest mi trudno to dostrzec – to wiem, że to minie… nie wiem tylko kiedy, ale wiem, że tak będzie i to jest moje światełko, które sobie mruga gdzieś tam, i do którego, jak już będę mogła przestać zagryzać to biurko, pewnie powoli ruszę.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

– 145 –

… albo piszę, albo nie piszę…

Grudzień przyszedł w swoim tempie, które, jak na mój gust i jak na moje potrzeby, było zdecydowanie za szybkie. Święta, świętami, nie o nie wszak mi idzie, ale ilość pracy w pracy o tej porze roku jest zwyczajowo powalająca. Do tego zaczynają się zaliczenia, a do tego jeszcze zawsze jakaś życiowa „ciekawostka” się dokooptuje.

Ogólnie z tych pośpiechów, nerw i innych wszelkich terminowych „zdążę – nie zdążę”, czy nawet „o qźwa nie zdążę” oraz całego tego „jeszcze to” i „jeszcze tamto” oraz o „cholera zapomniałam” – mam dość. Niniejszym, obiecuję sobie, że w święta nie myślę o pracy, nie nadrabiam zaległości pracowych, trzymam się z daleka od podręczników. W święta robię tak zwane „nic”.  No może, poza tym robieniem „nic” pooglądam sobie jakieś ckliwe filmy, żebym miała dobre alibi dla zaczerwienionych oczu. Czasem bywa tak, że nie ważne, czy jest dobrze, czy jest źle, ale popłakać sobie trzeba.

To tak tyle – telegraficznym skrótem. Wracam do orki na ugorze swojego grajdołka pracowego. Bo w sumie lepiej jest się skoncentrować na czymś konkretnym, niż pozwolić aby myśli biegły gdzie nie powinny i tworzyły własne alternatywne światy w oparciu o wszystkie te duchy świąt minionych, które teraz, kiedy wieczory długie, tak chętnie wyłażą ze wszystkich zakamarków.

– 142 –

Połowa wieści jest dobra, a reszta się okaże. To jeszcze nie spokój, ale przynajmniej lekki oddech, a reszta – będzie dobrze, tego trzymać się będę aby znowu się nie nakręcać. To tak do wpisu 140.

Co do wpisu 141 to hm, sama nie wiem, a może wiem, ale nie wiem, czy ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

Czytając o bóstwach słowiańskich, tak sobie słucham tego co mi youtube podsunie, a podsuwa różne ciekawe ciekawostki muzyczne, które dla pamięci sobie tu wrzucę…

 

 

 

 

– 140 –

Poranek niedzielny. Koniec listopada, choć kiedy patrzę za okno, trudno w to uwierzyć. Nadal okolice 10 stopni w dzień, przymrozki w nocy sporadyczne, słońce świeci, czasem tylko wiatr zawiewa, ale też bez szaleństw. Oby jak najdłużej, ale nie obrażę się jeśli na same święta jednak trochę przypruszy śniegu. Bez śniegu jakieś takie te święta mało świąteczne bywają. Nie żebym nagle je polubiła, czy coś. Nic z tych rzeczy. Jednak zostało d nich już tyle czasu, że czas zabrać się za myślenie o prezentach i pierwsze przedświąteczne porządki.

Porządki mogą być różne. Nawet te przedświąteczne. Zdaje się, że czeka mnie kolejne przetrzebienie szafy z ubrań już wstępnie przeselekcjonowanych wcześniejszą jesienią. Czas teraz na to wszystko, co jeszcze „szkoda”, bo może ubiorę. Nie ubiorę. No może i ubiorę, ale w mocno niedookreślonej czasoprzestrzeni, więc, jeśli nie jest klasyczne w kroju, pójdzie na aut. No i z tym krojem jest nieco pod górkę, bo większość moich ubrań jest klasyczna. Te nieklasyczne wyjechały z mojej szafy 10 kilogramów temu.

Tak więc może zajmę się praniem zasłon, bo to też mnie czeka, a jednak nastręcza mniejszą ilość dylematów. Może zaszaleję iw tak zwanym między czasie, coś upiekę, przestawię, przemaluję. Nic to, że dziś jest niedziela. Mam kilka rzeczy na głowie i jak wiadomo to najlepiej zająć się czymś zamiast pozwolić myślom samopas pląsać po szarych łąkach mojego mózgu. Takie pląsanie samopas rzadko kończy się dobrze. Lepiej pod kontrolą czynności wspomagających koniecznych do wykonania konstruować budowle logiczne mniej lub bardziej mające rozliczać to co tu i teraz. Tym bardziej, że jestem trochę zła na siebie, gdyż zdaje się, że zaniedbałam jedną rzecz, za co przyjdzie mi „zapłacić”. Kiedy jednak pomyślę, że zaniedbałam to w dużym stopniu zupełnie świadomie i zupełnie z premedytacją wdrażając tylko działania pozorowane, to po prostu mam ochotę kopnąć się sama w kostkę albo kolano. Jak poboli, to może dotrze. Chociaż samo zaniedbanie, choć zupełnie świadome, tak bardzo mnie dziś nie drażni, jak motyw z jakiego wynikało.

Na prawdę odpuściłam wszystko aż tak bardzo? Aż tak całkiem? Chciałabym napisać, że było to czyste lenistwo. Niechciej mnie dopadł i trzymał, ale zdaje się to będzie mały procent prawdy. Odpuściłam wszystko zupełnie. Całkiem przestało mi zależeć na wszystkim. Chciałam nie być. Chciałam żeby niebycie stało się samo. Obym sobie tego chcenia nie zamówiła i nie sprezentowała przypadkiem.